. kwiatek kwiatek golem chmurka

Czy jest na sali jakiś deista?

Nikt mi nosa nie rozbił. Oblałam rozmowę wstępną.
Pytanie, które mnie pogrążyło dotyczyło szczepień przeciwko żółtaczce. Poczułam się jak wtedy, kiedy na "egzaminie" przed bierzmowaniem xsiondz zapytał "Jak się nazywa proboszcz twojej parafii?". A ja za nic w tym groteskowym świecie nie mogłam sobie przypomnieć, jak wabi się człowiek, który właśnie siedział przede mną i starał się nie pęknąć ze śmiechu.

Pytanie z kategorii "żółtaczka typu Be" brzmiało: "Czy była pani szczepiona?".
Tik - tak - tik - tak.
Hmm... Pamięć fotograficzna napina mięśnie, aby przywołać stronę w "Książeczce zdrowia dziecka". No, przypomnij sobie, szara okładka, strony z papieru toaletowego, chabrowy kolor długopisu, zielone pieczątki. Hmm...
Tik - tak - tik - tak, czas ucieka.
Odra - done, świnka - done, kurczę, nie ta strona.
Tik - tak.
O, mam! Szczepienia - żółtaczka typu be. Done.
Fiol: Tak! Tak. Chyba tak. Tak mi się coś majaczy w każdym razie...
Odpowiedź, jak się okazało, względnie prawidłowa.
Sympatyczna Pani pielęgniarka: A kiedy szczepienie zostało powtórzone?
Tik - tak, tik - tak.
Ej, to niesprawiedliwe. Zadaje Pani takie pytania osobie, która do dzisiaj nie wie, jaka jest jej grupa krwi. To znaczy wiem, że na pewno RH-, bo mi już od dzieciństwa smędzili, że mam znaleźć "se chłopa z taką samą krwią" co bym dzieci miała proste. Natomiast jeśli chodzi o skonkretyzowanie informacji powyższej - nie ma szans. Słyszałam już tyle wersji, że trudno mi się zdecydować na którąkolwiek.
Tik - tak.
Fiol: Nie mam pojęcia.
Odpowiedź bardzo, bardzo zła.

Pani stwierdziła, że najpierw muszę sobie zrobić badanie na ilość przeciwciał. Koniecznie. Bez tego nie mam co marzyć o rozwalaniu nosa.
Siostra Skalpel, zdziwiona niezmiernie. Tłumaczy mi później, że nawet nie pomyślała o tych badaniach, bo jako istota urodzona w rewolucyjnym 89 przeciwciał na pewno mam pod dostatkiem (tutaj mogłaby być cała nota z zakresu historii medycyny polskiej, aby wyjaśnić, skąd ta pewność, ale wam daruję łaskawie). I mówi, że jej koleżanka ze studiów (datowana na głębokie lata siedemdziesiąte) miała ich tysiąc (słownie: t y s i ą c), przy czym lekarze wymagają od każdego skromnej setki (słownie: s e t k i). Generalnie upór Pani Pielęgniarki był nieco intrygujący.
I tak, zamiast obiecanej pizzy ze szpinakiem i brokułką, Siostra Skalpel postawiła mi badania. Zniosłam to dzielnie, nawet nie było mi szkoda tych wielu, smutnych godzin bez jedzenia przed operacją. Cóż.

Zadzwoniła do mnie wieczorem.
Siostra Skalpel: Mam twoje wyniki. Chyba cię ktoś tam na górze lubi i pilnuje. Masz dziewięćdziesiąt jeden (słownie: d z i e w i ę ć d z i e s i ą t j e d e n).
Jak następnym razem usłyszę, że Szef Wszechmogący ma mnie gdzieś, to ograniczę się do kontrargumentu wyrażonego jeno śmiechem jak najbardziej gromkim.

[♪] Corvus Corax [Gaudia Vite] - "Filii Neidhardi"
[ale koniecznie z tej koncertówki]

4 września 2010 [11:11:19]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

O, klocki niestałe w swej naturzĘ / ledwo coś wybuduję - zaraz burzę / i nie bardzo wiem chyba / po kiego grzyba

Gdybym miała jakoś ubrać w słowa swoje emocje związane z faktem, że jutro rozwalą mi nos tylko po to, żeby go później złożyć do kupy (obiecali, że ładniej, modniej, prościej przede wszystkim i ma mi pasować do wszystkiego) to pewnie napisałabym wiersz. Których, upieram się przy tym stwierdzeniu dalej, chociaż powoli zaczynam podejrzewać, że tak naprawdę łżę w żywe oczy, JESZCZE NIE PISZĘ. A zaczynałby się przepełnioną głęboką empatią inwokacją do klocków lego. Podejrzewam, że z lekką nutką dekadencji, ze względu na to, co się dzieje za oknem (chociaż mam powody podejrzewać, że ów -yzm w moim wykonaniu skończyłby się bezlitosnym skopaniem tego włóczącego się po deszczu smutnego szatana oraz wersem "a robić to ni ma komu!" - czyli w sumie akcent pozytywistyczny by się znalazł tyż).

Najlepsze jest to, że dostałam skierowanie do szpitala, w którym anestezjoloży Siostra Skalpel. Pomyślałam sobie, że w sumie dobrze się składa, bo kiedy te parę lat temu ćwiczyła na mnie wiązanie bandaży obiecała, że kiedyś podłączy mi kroplówkę.
Pełna entuzjazmu (cytuję: "Czaaad!") przyjęłam informację, że przy takich zbiegach nikogo się nie usypia i w zasadzie to będę świadoma każdej sekundy tego barbarzyństwa.
Fiol: (z nadzieją w obu oczach na raz) A dadzą mi pomacać narzędzia, jak ich poproszę?
Siostra Skalpel: (z konsternacją w jednym oku i politowaniem w drugim) Zrobię ci takiego głupiego Jasia, że nie będziesz nawet umiała się przedstawić.
Cóż. Nie można mieć wszystkiego.

[!] Poza tym, apdejtując poprzednią notkę chciałam dodać, że warto było blogować te siedem lat, by stać się posiadaczką Adolfa Szarego (który, o ile dobrze widzę, jest bratem bliźniakiem Szarego na zdjęciu, z mniej fanatycznym spojrzeniem i zaczesaną grzywą, ale co tam, Adolf to Adolf). [kryptoreklama nieszczelna] A to wszystko od oVVcy, Szanowna Publiczności w Studiu (oklaski!), jej rączkami uczynione i potem skropione [/kryptoreklama nieszczelna]. Co tam kotylion Czerskiego! Chociaż też fajny i do dzisiaj nie wiem kto mnie do niego zgłosił tak naprawdę.

A teraz chcę takie. Koniecznie.

[♪] TLC [Fanmail] - "Fanmail"
[wspominki muzyczne tym razem]

2 września 2010 [21:54:40]

[Nudle w5minut]

tu! tu pyknij! (8) || Wyślij wiadomość ||

A niech tam! Nawet emotikony użyję!

Się właśnie zorientowałam, że siedzę w tym blogerskim grajdole od lat ponad siedmiu i jeszcze nigdy nie obchodziłam "Dnia Bloga" (w zasadzie, kiedy ktoś wpadł na coś takiego? Bo chyba nie przed 2003, prawda?).
Tak więc oto rodzi się nowa świecka tradycja.
Od teraz, jeśli nie zapomnę, dzień ów czczony prze mnie będzie napisaniem notki prosto w panelu admińskim, a nie w Łordzie, jak się to zawsze dzieje (odkąd zauważyłam, a było to jeszcze na blog.pl, że dodawane wpisy czasami giną w niewyjaśnionych okolicznościach gdzieś w czeluściach internetu. A później szukaj tu takiej).
Proszę o niewymuszone brawa.

W sumie mogłabym się podzielić tymi pięcioma linkami do blogów, którym Fiolka przylepiła znaczek epickości ogólnej tudzież zawsze-zielonego-stajla. Ale po co. Skoro wszystkie albo już nie istnieją, albo ostatni raz apdejtowane były jakoś w sześćdziesiątym siódmym. W porządku, jest jeszcze Ein, ale jego wolę nie komentować na wszelki wypadek. To jest człowiek, który czytał moje początki. A miałam wtedy lat 13/14. Jest taka niepisana zasada zachowania równowagi we wszechświecie, która codziennie ratuje życia wielu istot. Znana już w starożytnych Chinach. Włączona w samurajskie bushido. Miała być nawet zamieszczona w konstytucji ÓSA, ale jeden z Ojców Założycieli postawił w tym miejscu kubek i atrament wtopił się nieodwracalnie w kawowe kółko. (Poprzedzone chrząknięciem) "Osoby posiadające dostęp do twoich zdjęć z dzieciństwa należy traktować z łagodnością, ostrożnością, a nawet, jeśli sytuacja tego wymaga, z należytym ą, ę, ależ."

Innymi słowy: linków nie będzie. Ale zawsze można sobie pogrzebać w tej kolumnie po lewej stronie. Tylko uważajcie, w co klikacie, bo może wam z tak zwanego nienacka wyskoczyć moja lista zachciołów albo nagie zdjęcia biblioteki Neila Gaimana.

O, w żadnym konkursie ogólnopolskim na najcudowniejszego bloga też nie brałam udziału. Patyk od kaszanki ze mnie, a nie bloger.
[!] Ale za to mogę się pochwalić kotylionem od Czerskiego, ha. Bo co to było za siedem lat! Ach, co to było za siedem lat... Siedem! Matkokochana! Tak to jest, jak się nigdy rocznic blogowych nie obchodzi, później zwykłe siedem lat człowieka zaskakuje.

To my tu tera wspominać będziem, a wnusie spać, bo jutro do szkoły.

[♪] Sy - "Urodzinyyy (Rynkowski cover)"
[utwór - yeti: podobno nie istnieje, ale ja i mój dysk wiemy swoje; pomyślałam, że idealnie podkreśla klimat (: (emotikonka!)]

1 września 2010 [0:11:10]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (3) || Wyślij wiadomość ||

Poprzednie