Cisza blogowa dlatego, że ostatnio zaczynam żyć sytuacjami, w których biorą udział konkretne nazwiska. O tych ludziach nie da się pisać nadając im pseudonimy.
Ostatnie dwa tygodnie sprawiły, że rozejrzałam się dookoła, po ludziach, których znam od czasów, kiedy internet był jeszcze na modem. Okazało się, że moi przyjaciele już dawno dorośli i też nazwiska zaczynają posiadać. Co raz trudniej będzie ich ukrywać pod pseudonimami.
Kiedy staram się wyobrazić sobie, jak wyglądam na "zakulisowych salonach", w mojej głowie pojawia się postać bohaterki "Devil wears Prada" i to jeszcze w momencie przed metamorfozą. Wiecie, z tym niebieskim sweterku, rozklapciałych butach i fryzurze.
Mam trudności z rozpoznawaniem ludzi, których rozpoznawać powinnam, a przede wszystkie rozpoznawać CHCĘ, bo przecież szanuję i cenię ich pracę (zdanie bez przekąsu). Mam trudności ze znalezieniem rajstop bez dziury. Mam (co raz mniejsze) trudności z chodzeniem na obcasach. I nigdy jeszcze nie miałam identycznych ramiączek przy staniku.
W takich historiach zawsze pojawia się albo łysy Pan Projektant w kujo-larach, albo Sztab Przyjaciółek, którzy sprawiają, że bohaterka zaczyna nadawać się do użytku i w końcu staje się źródłem pozytywnych doznań estetycznych.
Widać jestem przypadkiem raczej beznadziejnym, bo w mojej wersji opowieści pojawił się i Pan, i Sztab. Brakuje jeszcze stada śpiewających wróbelków, które pomogą księżniczce uszyć sukienkę na bal, no doprawdy.
(I Księcia brak)
Powoli będę chyba zamykać to miejsce (patrz: akapit pierwszy).
Nawet mój stary laptop nie zniósł tego łynd of czejndż, bo zdechł, parszywiec, zdechł bez ostrzeżenia.
(Z nowym laptopem lubimy się bardzo.)
Gotye feat. Kimbra [Making Mirrors] - "Somebody that I used to know"
Do swoich osiągnięć życiowych dodać muszę to, że udało mi się nie wywinąć orła na obcasach w trudnym, okablowanym środowisku scenicznym. I nie popsuć sukienki. Drogiej sukienki. Wątpię, czy miałam tyle kasy na sobie, nawet jeśli ubrana byłam w swoje treki i kurtkę z goreteksu.
Odkrycie łikendu: kocham tę robotę. Uwielbiam. Chcę więcej - i więcej mieć będę. To jest najpiękniejsze.
Zmyłam dzisiaj z włosów cztery litry lakieru i zapach papierosów. Z twarzy resztki makijażu scenicznego. Wracamy do rzeczywistości (w której pada, wiatr zrywa parapety i trzeba pisać prace zaliczeniowe). Nie jest tak trudno w sumie, bo odespałam, jestem naładowana, zainspirowana, wytańczona i zadowolona z efektu.
Tak pewnie czuł się Jasieński pisząc "But w butonierce".
Anioł ubiera się u Kleina (znalezionego w lumpeksie)
Rano, przed wyjściem z domu nawet nie silę się na ścielenie łóżka bo wiem, że kiedy wrócę, będzie już dawno po dobranocce. Dwa, zupełnie nie będę miała many na nic innego poza leżeniem krzyżem twarzą do Kocyka.
Fiol: W ciągu ostatnich dziesięciu dni schudłam dwa kilo... Agu: ! Agu: Nie wstyd Ci?!
Życie w przyspieszonym tempie przyspieszyło również mój metabolizm. To było thinspiration, moje kochane. Ruszcie rzycie, ruszcie życie, schudnie się samo, a kości biodrowe pojawią się z tak zwanego nienacka. Pozbawienie się nusbajzera, rogalików francuskich, mafinek i wieczornych biszkoptów maczanych w gorącym mleku (prawdopodobnie) łamie prawa człowieka, konwencję genewską i, kurna, wszystkie traktaty podpisane w Paryżu na przestrzeni dziejów.
Ministrówa Propagandy ostrzega.
Poza tym okazało się, dlaczego w grę wchodzi tylko prasa i mikrofon radiowy. Ja po prostu nie lubię się oglądać. Zawsze daję się fotografować i filmować, nigdy nie zasłaniam swojej twarzy ręką, ale to przecież nie jest jedyny sposób, żeby odwrócić uwagę od swojej postaci.
Natomiast kiedy w obiektywie kamery jestem tylko ja, a jako tło mam perfekcyjnie białe ściany, po prostu nie ma gdzie się ukryć. Wchodzę wtedy w rolę. Nie jestem sobą.
Nie lubię nie być sobą tak samo, jak nie lubię ciasnych butów i malutkich filiżanek.
Suzanne Vega [Nine Objcets of Desire] - "World Before Columbus"