. improwizacja-mniejsza

Fiol: Rocky jest synem Kevina Mitnicka. Prawie.
Rocky: Eee tam… Ja się wcale nie znam na komputerach…
Fiol: Tak. Zupełnie. Jeszcze nie potrafi wyłączać komputera siedząc w innym pomieszczeniu.
Rocky: Nieprawda! Ostatnio przez blutóf wyłączałem!
Fiol:(Z szerokim uśmiechem na ustach) No, właśnie…

Bo ja naprawdę mam bardzo fajnych znajomych i potwierdzam wszystkie wasze zarzuty w tym temacie.
Takich, którzy wystrzeliwując frajerwerki skandują nazwy wszystkich czterech żywiołów, po to, żeby na końcu krzyknąć chórem „Kapitan Planeta!”. Takich, którzy są święcie przekonani, że marynarze na co dzień w swej pracy używają kowadeł. Takich, którzy przez dobre dwie godziny gotowali ryż, a przez kolejne dwie stroili gitarę. Takich, którzy wykorzystywali prawa fizyczne do ścierania żurawinowej wódki z białego obrusu. Takich, którzy o szóstej rano, leżąc twarzą do mojego biodra, sami siebie przekonują, że „są normalni, są normalni”… Takich, którzy na pewno „zgasiliby to wkurzające słońce”, gdybym ich o to poprosiła (może właśnie dlatego pokornie schowało się za chmurami tym razem, może właśnie dlatego lepiej, że jestem chaotyczną abstynentką i słońce przeszkadza mi tylko wtedy, kiedy świeci mi prosto w monitor komputera).

Nowy rok przywitałam, po czym wróciłam do domu lekko nieprzytomna i od razu zawinęłam się w kordełkę w celu smarkawczym. O, tak. Bakterie obnażyły ostre ząbki i wgryzły się w którąśtam część mojego organizmu. To pewnie dlatego, że nie napisałam wypracowania o sensie w życiu Raskolnikowa i Szanowna Najwyższa Szycha postanowił raz jeszcze me życie uratować dając czas i fory. Napiszę, napiszę. Jutro rano. Mam połowę już.

[!] Trzy najważniejsze informacje z trzech pierwszych dni nowego roku:
1] Piękny Roman powiedział, że poda się do dymisji, jeśli w referendum odrzucone zostaną jego propozycje zmian o mundurkach, dyscyplinie i godzinie bezpieczeństwa dla podstawówek i gimnazjów. Osobiście serce me jest rozerwane, bo niby te pomysły wcale takie głupie nie są i chętnie tłusty krzyżyk na „tak” bym postawiła przynajmniej przy dwóch z nich, jednak… Jednak kusi zagłosowanie na „nie”, bo aż boję się myśleć, ile dostaniemy jeszcze spisów powszechnych homoseksualistów w liceach i spotów reklamowych pokazujących, że Kinder-metale są źli i niebezpieczni, jeśli Roman na stanowisku pozostanie. Chyba się jednak nie opłaca.
2] Nie je, nie pije, nie chodzi i żyje. Nowy reality show, prawie z Bollywood: „Return of Budda”. Dzisiaj widziałam program dokumentalny, na Onecie (chyba) jeszcze nic na ten temat nie było. Ale będzie. Jak się dowiedzą Óesańczycy, to będziesz wszędzie. Może nawet wyślą tam swoje wojska. Ich armia zawsze popiera „pokój na świecie”, w imię którego nowy Siddharta G. wszak medytuje.
3] Mój niespełna dwuletni siostrzeniec nauczył się pisać na klawiaturze. Długopisem.

♪ "System" - COMA

3 stycznia 2007 [20:41:56]

[Główna]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

Znosząc karton mleka czułam, jak bije od niego ciepło. Nie muszę chyba dodawać, że karton miał w sobie resztki cieczy, której nazwanie teraz mlekiem godziłoby nie tylko w mleczną dumę, ale również w inteligencję nazywającego. Podeszłam do zlewu, wyciągnęłam rękę jak najdalej się dało, przeżegnałam się na wszelki wypadek i wylałam zawartość. Substancja się lekko skrystalizowała i wydaje mi się, że grudki przemieszczały się w stronę otworu ruchem pełzającym.
Jednak… kiedy ścisnęłam karton w celu wyrzucenia go do śmieci, ten wydał z siebie pomruk pełen cierpienia.
To na pewno ten antybiotyk…

Jakież było moje zdziwienie, kiedy wczoraj okazało się, że jestem chora na anginę. Generalnie jeśli chodzi o leczenie, to wdałam się w Wielkiego Eduarda. Do póki nic nie krwawi i jestem w stanie czytać książkę, nie wydaje mi się konieczne pójście do lekarza.
Kaszlnęłam wczoraj. Trzydzieści sekund później napadła mnie Mum, nasza Hestia, niezłomna strażniczka ogniska domowego zasilanego bateriami R16 i zapytała dlaczego się w ogóle nie leczę. Wychyliłam głowę zza „Ogniem i Mieczem” (czytane na zmianę z „Narnią” – wyniosłam już to skisłe mleko, może mój stan się poprawi…), spojrzałam na prawie-ruski głośnik, który robi za moją półeczkę nocną i skinęłam głową na polopirynę, ascorutical forte i krople do nosa o tak kosmicznej nazwie, że nawet nie chce mi się jej przepisywać. Odpowiedziałam poważnie, że przecież się leczę. Mum w odpowiedzi zrobiła ogólny kocioł, wyliczyła wszystkie choroby, których objawem może być moje kaszlnięcie i zagroziła, że wykopie mnie do lekarza. Po czym wyszła.
Wizja wizyty u pani Pę. (a może Pen.?) zawisła nad moją głową, jak Mroczne Widmo i Zemsta Sithów na raz. Nie lubię. Tyle. Resztę moich przemysleń względem tej pani zachowam dla siebie.
Dla świętego spokoju zapukałam do drzwi obok. Siostra Lekarz osłuchała, wymacała krtań, zajrzała do gardła, stwierdziła anginę. Bardzo krótko upierałam się, że to przecież niemożliwe.Mum nie wyładowała na mnie swojej furii tylko dlatego, że Siostra Lekarz wyładowała na niej swoją. Okazało się bowiem, że Mum na swoja chorobę wzięła nieco więcej leków niż było w zamyśle.
Bo w mojej rodzinie zawsze tak było i będzie zapewne do końca. Jest Pan Dziedek, który poranek zaczyna od otwarcia kredensu i wyboru tabletki do połknięcia, tak na dobry dzień. I jest też jego syn, który przed lekarzami broni się rękami i nogami, włączając w to jego własną córkę. Obadać się dał dopiero, kiedy był już tak słaby, że trzeba było podpiąć go pod kroplówkę.
Equillibrium (jak ja lubię to słowo) musi być i tyle.

♪ "Evacuating London" - Harry Gregson-Williams

6 stycznia 2007 [16:47:58]

[Główna]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Miałam tu napisać, że jak siedziałam, tak siedzę. Że walczę z Raskolnikowem i jego sensem życia, po czym półtorej godziny walkę ową przepisuję na czysto, podczas kiedy taki c* znowu się czegoś tyka i znowu mu jakby wychodzi. Że robię dokładnie nic, podczas kiedy moja (rok starsza) siostra cioteczna zamieszkała w Ósa dostaje stypendium i teraz, tak, dokładnie w tym momencie szlaja się po jakimś laboratorium w białym kitlu i bada sobie atomy. Co dokładnie w tych atomach, nie jestem w stanie powiedzieć, ponieważ mój rozwój w dziedzinie języka angielskiego jest hamowany przez inne nauki i nie byłam w stanie dokładnie zrozumieć zaprezentowanego mi na rodzinnym wiecu artykułu (W każdym razie coś ciekawego odkryła). I jeszcze miałam napisać, że nie mam czasu na dziennikarstwo, co wszak o patologię zahacza, podczas kiedy taka Masłowska potrafiła się rozdwoić i jednocześnie uczyć się do matury oraz napisać przygody silnego dresa. O! Pisać czasu nie mam i ogólnie marnuję się w czasach, kiedy wszyscy lansują się (czy to słowo jest jeszcze modne?) na konkursach z angielskiego, ocenach blogowych, serwisach z szablonami, w agencjach reklamowych, zostają młodocianymi gwiazdami mjuzikali, telewizji i zespołów kinder-punkowych, a także piszą książki o szesnastolatkach znajdujących jaja smoka, po czym zgarniają kupę kasy na ich ekranizację (no i dlaczego jak ja byłam w gimnazjum nie było tego fajnego teleturnieju z eureką czy tam Europą w tytule, w którym rozdają laptopy?)
Całość miała być okraszona retorycznym pytaniem w przestrzeń wykrzyczanym z desperacką nutą dramatyzmu (przez istotę w koszuli z postawionym kołnierzem, nawiasem mówiąc, bo podobno tak najlepiej wyraża się tzw. „niepokój wewnętrzny”). Pytanie brzmieć miało: „Dlaczego?” (pauza) „Dlaczego tylko ja stoję w miejscu jak ta lokomotywa z dzieła Tuwima?” (dłuższa pauza) „I co ja tu w ogóle robię?” (dramatyczne pochylenie głowy)

Pełen bólu wewnętrznego wpis został już potraktowany CTRL+A jak i CTRL+C i wtedy coś mi się przypomniało. Pytanie konkretnie. Mniej dramatyczne, ale nadal gdzies w okolicach prośby o pomoc. Cytuję: „[!] Nie macie przypadkiem jakichś pytań do pana J. Żakowskiego? Albowiem Szanowny Dyro wrobił mnie w wywiad i po dwóch godzinach oglądania urywków „Tok 2 Szok” skończyły mi się pomysły, a przydałoby się jeszcze kilka…”.
Tak drogi, widzu przed monitorem. Pacłam się w czoło w twoim imieniu. Bo poczułam, że te niemal dwa tysiące znaków zapisanych nad pytaniem brzmią co najmniej… najmniej brzmią.
Powinnam zdawać rozszerzoną maturę z histerii.

[!] Pytanie aktualne. Pomożecie?

♪ "Improwizacja na temat Cantigi 129 (Instr.)" - Maleńczuk & Consort

8 stycznia 2007 [17:54:04]

[Główna]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Lubisz się włóczyć po mieście, kiedy jest ciemno, oj lubisz. Przed wschodem, po zachodzie, nie ma różnicy.
To i włóczysz się.
Łazisz po tym brudnym mieście niczym Anton Gorodecki z odtwarzaczem nastawionym na funkcję shuffle, bo już dawno odkryłaś, że oprócz tego, że „Illidan” sam się ładuje, to jeszcze wykształcił w sobie AI i lepiej od ciebie wie, jaką piosenkę chciałabyś/powinnaś teraz usłyszeć (a leci „Hope”). Łazisz gapiąc się to na ludzi, których „tłumem” przezwać byś nie śmiała, to pod nogi, to przed siebie. Łazisz mając pewność niezbitą, że teraz, właśnie teraz, ludzie ci są prawdziwi, a już na pewno bardziej naturalni niż w dzień. Łazisz przydeptując szalik, z rękami w kieszeniach, a wszystkim innym na wierzchu i modlisz się, żeby nikt znajomy cię nie spotkał i nie zadał jednego z Trzech Pytań [A Trzy Pytania są następujące: „Co tu robisz?”, „Co się stało?”, „Dlaczego nie zawiążesz w końcu tych sznurówek?”]. Gdybyś odpowiedziała na któreś z nich w najlepszym wypadku by ci nie uwierzył. W najlepszym.
Poczucie własnej pionkowatości i tego, że kiedy ktoś odeskortuje cię bezpiecznie do końca planszy, to na pewno wymieni na hetmana / królową (!), doprowadza do spazmów śmiechu. Po pierwsze: to sympatyczne uczucie déjà vu. Po drugie: rację miał, jak zwykle, że przecież nie ważne kto jaki jest (wszak pionki wszystkie są identyczne), tylko kto kim jest (pionkiem, którego można wymienić na hetmana).
Ocierasz łzy radości, idziesz dalej.
O, proszę. Przystanek. Na wprost ciebie proroczy znak drogowy z napisem „Koniec”. A więc trzeba będzie podjąć jakąś decyzję w najbliższym czasie. W końcu.

♪ „Hope” – Alien Ant Farm
[jedna z tych piosenek, które trzeba odsłuchać po raz pierwszy w odpowiedniej sekundzie swojego życia. Inaczej to tylko ładne partie smyczkowe. Ot, idziesz ulicą, po raz pierwszy tak naprawdę wsłuchujesz się w tekst i jakież jest twoje zdziwienie, kiedy okazuje się, że to samo właśnie myślałeś przed chwilą bądź dwoma. Czasami nawet w użyciem tych samych słów. Someone I thought was a friend to me /
has gone and married my wife / (And there was nothing else to do / but walk for miles / so I walked for miles)
]

12 stycznia 2007 [19:13:05]

[Główna]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Za mną jeden z gorszych tygodni tego roku szkolnego. Żyję. I nawet jestem wyspana. Teraz spokojnie mogę się poświęcić testom efsii. Od wczoraj zrobiłam sześć jós pejper szitów i już prawie mogę podrapać się po mózgu.

Trzy tygodnie nieobecności w KLOPie odzwyczaiły mnie od niego na tyle, że szokiem było dla mnie (ponowne) uświadomienie sobie, jak bardzo ta szkoła jest kopnięta.
Mam na przykład kolegę, który jest święcie przekonany, że „Ziemia podobna jest do pizzy i podtrzymuje ją Obelix”.
Mam jeszcze kolegę Górala, który nienawidzi łaciny, ale uparcie na nią chodzi, żeby na studiach prawniczych mieć spokój. Ale przyszedł sprawdzian z dwunastu odmian, nagle jak atak klonów i cicho jak mroczne widmo. Postanowił więc kolega Góral sobie pomóc i korzystając z mikrofonu wyprodukował dwanaście plików mypyczy. Pliki zapakował na swego krijejtiwa 512, wetknął sobie tajniacką słuchawkę do ucha, przyodział sweter typu golf i tak przygotowany wybrał się na sprawdzian. Podobno myk się udał, pomijając te kilka chwil grozy, kiedy przez przypadek wyszedł sobie z katalogu. Napisał wszystko i już został przeze mnie obwołany Mistrzem Mistrzów, a na pewno moim idolem.
Dzisiaj dowiedział się, że dostał dopuszczający, ni mniej, ni więcej. Komentarz: (cytuję) „Zjebałem tematy. Ale końcówki wszystkie miałem dobrze.” Góral jest znany z wiecznego optymizmu i uśmiechu kota z Cheshire.
Mam też kolegę o wdzięcznej ksywie Jajo, który wcześniej jeździł na rowerze niż chodził. Wszystko kojarzy mu się z rowerem, rower ze wszystkim, i z Magiem podejrzewaliśmy, że jeździł na nim już chyba wszędzie. Nasze podejrzenia Jajo potwierdził w momencie, kiedy wsiadaliśmy do pociągu, który miał nas zawieźć w Beskid Żywiecki i powiedziałam, że uwielbiam pociągi. Na co Jajo odpowiedział: „Ja też. Fajnie się w nich jeździ na rowerze.”
Mam też pana Dyra, który normalnie jest nauczycielem historii, co jednak nie przeszkadza mu uczyć nas fascynującego przedmiotu „Podstawy Przedsiębiorczości”. Mamy dwie godziny w tygodniu. I Dyro czasami zapomina, na nie przychodzić. Tym razem wpadł na trzydzieści minut przed końcem drugiej godziny, zarządził sprawdzian, szybko wyłożył fascynującą lekcję o papierach wartościowych, a notatkę zaczął dyktować już po dzwonku, kiedy wszyscy śpieszyli się na autobus / pociąg / odrzutowiec / wehikuł (niepotrzebne skreślić).
Kolega: Panie drektorze, mogę już iść? Spóźnię na pociąg…
Kilka osób: (synchronicznie) No, właśnie…
Pan Dyro: Nie. Dlaczego? Przecież normalnie macie do trzeciej lekcje, prawda?
Kolega: No, tak. Ale właśnie jest piętnaście po trzeciej…
Pan Dyro: (w bezruchu)
Klasa: (w napięciu)
Pan Dyro: (słychać cichutkie „klik”) To ja znowu przyszedłem do was na drugą godzinę?
Klasa: (niewinnie kiwa głowami)
…po czym wyznaczył trzy osoby, które mają go zawsze wołać.

[!] A WOŚP się odbył. Szczegóły w Ministerstwie. Koleżanek Sztabowych, które poddały błyskotliwy pomysł zorganizowania koncertu, od czasów zebrania nie widziałam na oczy. Ale może spotkam je dzisiaj. W "Drukarni". Gdzie ORGANIZUJĄ. Tym razem Konopiansów ORGANIZUJĄ.

♪ "Wystarczy słowo" - Koniec Świata

20 stycznia 2007 [12:32:20]

[Główna]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

Niby oczy mnie szczypią. Aplikuje sobie substytuty lektur szkolnych w postaci mypyczy, a referaty końcowosemestralne pisze za mnie serwis studenci pele. Gadam do siebie, jestem zmęczona, nie mam siły nawet dowiedzieć się, co mam na koniec z poszczególnych przedmiotów, nie mówiąc już o wyciąganiu średniej. Ogólne „Not Inaf Enerdżi” (w skrócie: NIE). Niby.
Bo stan NIE, jak zauważyłam, dotyczy tylko spraw szkolnych, które zeszły na plan daleki, jeśli chodzi o priorytety. W końcu są ważniejsze rzeczy na ziemi.
Aktualnie zajmuje się głównie angielskim, bo działając w jakimś amoku wpłaciłam 530 PLN (słownie: pięćset trzydzieści polskich, nowych) na egzamin efsii. Nie wiem nawet kiedy, nie za bardzo wiem w jakich okolicznościach, w każdym razie niedawno w portfelu znalazłam różowy kwitek, który to potwierdza. Data wskazuje, że wpłata dotyczyła sesji wiosennej, co jest bardzo pocieszające. Lepszy egzamin za miesiąc niż egzamin miesiąc temu.
Gdybym była w pełni władz umysłowych, na pewno by do tego nie doszło. To może oznaczać tylko jedno: Mrs Ce. dosypała mi czegoś do Tymbarka, ewentualnie zahipnotyzowała. Jakkolwiek i cokolwiek się stało, zdać egzamin muszę. To i katuje się jós pejper szitami, które, istotnie, wychodzą szitowo. Prawie tak samo szitowo jak list formalny. Oglądam filmy bez napisów i, jak już mówiłam, gadam do siebie. Po angielsku. Panikuję za to bardzo po polsku.
Poza tym piszę. TEKST jak i artykuły, co ratuje mnie przed ogłupieniem wypracowaniami o postawie Polaków (i tak dalej…). Ogólnie wydaje mi się, że gdybym zrezygnowała z gazety te trzy miesiące temu, byłaby to katastrofa porównywalna z odsprzedaniem Alaski ÓSA, albo fochem okazanym przez Zygmunta III, kiedy Ruscy śmieli zaoferować tron carski jego synowi, a nie jemu samemu. Teraz bym pewnie siedziała gdzieś na strychu za pudłem z ozdobami choinkowymi i cięła się plastykową szyszką, która zadaje sobie niewielki trud, aby wyglądać na prawdziwą. „Fiolka Absurdu” i ogólnie kinder-dziennikarstwo przy życiu mnie trzyma, niczym respirator od Owsiaka. Jest to jedna z niewielu rzeczy, obok wypełniania ridingów, mycia zębów i ratowania galaktyki „far, far away” jako Jedi, w których widzę jakikolwiek sens. Co jest miłą odmianą po ośmiu godzinach w szkole.

A pan Żakowski powiedział mi dzisiaj, żebym nie pchała się w dziennikarstwo, jeśli mogę się jeszcze powstrzymać. Generalnie życie dziennikarza opisał jak jeden wielki akt masochizmu, szczegóły sobie daruję, ale opisywał bardzo obrazowo. Kiedy z Młodszym Kolegą Redakcyjnym przyznaliśmy się do swoich planów na przyszłość, zrobił minę, jakbyśmy powiedzieli, że jedziemy na wycieczkę do Kabulu w koszulkach z karykaturami Allacha.
W części oficjalnej wywiad przybrał formę konferencji prasowej, ale i tak powierzono mi wdzięczną funkcję „nakręcacza”. I to pozwoliło mi zaobserwować, że każdą odpowiedź na moje pytanie p. Żakowski rozpoczynał kilkusekundową ciszą (czyli ma coś wspólnego z paroma ludźmi, których znam, w tym mi. z moją Prof. Polonistką).
I nie wiem czy to (jeszcze) źle, czy (już) dobrze.
A najważniejszych pytań, oczywiście, nie zdążyłam zadać.

♪ "Dreamgirl" - Dave Matthews Band

23 stycznia 2007 [20:48:34]

[Główna]

tu! tu pyknij! (10) || Wyślij wiadomość ||

Wczoraj skończyłam słuchać „Lalkę” (aplikowana w formie dźwięku w drodze do szkoły, za pośrednictwem „Illidana”). Po czym wróciłam do domu i skończyłam oglądać serię „Cowboy Bebop”. A dzień wcześniej „Tristana i Izoldę”.
Przygnębienie nie opuszcza mnie do dzisiaj.
Teraz, w imię wielkiej aequilibrium, potrzebuje czegoś co kończy się dobrze, nikt nie umiera, a romantyk nie żyje uwięziony w pozytywistycznym świecie. Zdesperowana zgadzam się nawet na wątek ratowania świata przez jakiegoś Óesańczyka, bądź rockową ścieżkę dźwiękową rodem z hamerykańskiej sali gimnastycznej. [Naprawdę jest źle]
Życie z książek i filmów jest tak obrzydliwie przygnębiające, że człowiek aż boi się przeżyć własne.

Poratuję się Narnią. Obecność Aslana w mojej świadomości jakoś dziwnie mnie uspokaja.

[!] Znowu zgubiłam piórnik. Tym razem bonusowo umieściłam w nim telefon komórkowy.
Po dwóch godzinach nerwów (denerwował się głównie Wielki Eduardo) znalazłam go we własnej szafce szkolnej, numer 67.
Starzeję się.

♪ "Tall boy" - Akeboshi
[Jedyny Japończyk, którego akcent w angielskim mnie nie irytuje. Przynajmniej nie tak bardzo. W końcu dorwałam jego cały album (Panie Boże, błogosław torrenty) i oderwać się nie mogę od sześciu godzin]

27 stycznia 2007 [16:48:36]

[Główna]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Dobry Pan Bóg popsuł autobus. Albo też nie popsuł, ale na pewno opóźnił jego przyjazd na tyle, że wróciłam do domu. A przede mną bieżyła zamieć, a nade mną latała zamieć dla odmiany, to i progi domowe powitałam ze łzą wzruszenia w kąciku oka. Tym bardziej, że w ferworze walki zapomniałam przeczytać tych zdechłych czterech rozdziałów „Nad Niemnem” (więc właściwie i tak nie miałam po co się w szkole pokazywać).
Czy ja już wam mówiłam, że z Pana Boga fajny gość?

A już myślałam, że jak w tym roku zima przyjdzie w połowie stycznia, to nie zaskoczy polskich kierowców. Ale widać polscy kierowcy zaskoczeni muszą być zawsze, jeśli nie wczesnym przyjściem zimy, to jej przyjściem w ogóle. Jak łatwo jest przyzwyczaić się do myśli o ociepleniu klimatu i Har-Magedonie, jaki się z tym wiąże. Według mediów oczywiście. Bo na moje subtelne oko geografa – amatora i astronoma – jeszcze – większego – amatora (bo z bardzo nikłą wiedzą na temat fizyki) to ocieplenie związane jest z siłami, przy których człowiek i jego dymki są jak czkawka ameby co najmniej. Stosownego artykułu o przeskakiwaniu staruszki Ziemi o klika stopni teraz znaleźć nie jestem w stanie, niestety. Poza tym myślę, że kierowcom jest wszystko jedno, czy zima zaskakuje ich w połowie stycznia ze względu na anomalie w orbicie, czy dymiące kominy zbudowane przez złego człowieka.
Ale jeśli już poruszyliśmy temat człowieka i jego masochistycznych ciągot do autodestrukcji, to osobiście twierdzę, że jeśli nie tymi kominami, to popsujemy sobie świat czymś innym. Żyjemy za krótko i zbyt intensywnie, żeby przewidywać jakieś długoterminowe efekty własnych działań. Mamy kłopoty nawet z tymi krótkoterminowymi właściwie.

Chociaż zawsze jest jeszcze ten wielki wulkan moszczący się pod Parkiem Narodowym Yellowstone, który wybucha raz na 600 tysięcy lat, a ostatni raz wybuchł 620 tysięcy lat wstecz.

I tym optymistycznym akcentem... przyczepiam rakiety tenisowe do butów i udaję się w stronę mojego podzaspowego przystanku autobusowego.

♪ "Until it Sleeps" - Metallica
[Wersja z "S & M". Tak à propo wulkanu...]

30 stycznia 2007 [8:50:59]

[Główna]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

Powinnam być bohaterką komiksu. Codziennie utwierdzam się w tym przekonaniu. Taką z łapami w kieszeniach spodni wojskowych. Ze wzrokiem powątpiewania rzucanym znad okularów. Z promieniująca aurą dystansu spowijającą moją postać (aura koniecznie koloru oliwkowego) i napisem na koszulce w stylu „Nie jestem jednym z NICH (tu strzałka w odpowiednim kierunku)” bądź klasycznym trzykropkiem. Na każdym pasku stałabym w tej samej pozie, od czasu do czasu tylko brwi podjeżdżałyby mi do góry. Moją stateczność rekompensowałyby postacie drugoplanowe.

Siedzę sobie na lekcji fizyki i robię to, co jest najrozsądniejsze w zaistniałej sytuacji. Czytam drugą część „Paragrafu 22”. Jak wiadomo, książka absurdem ocieka. Milo kupuje jajka po 7 centów i sprzedaje je z zyskiem po 5, poza tym jest w posiadaniu nowej generacji bombowca, którego nie widać, a vice-prezydent nie może zostać prezydentem, bo zniknął przewodniczący Sądu Najwyższego, jedyna osoba, która może mianować prezydenta, a nowego powołać może tylko prezydent. Podniosłam głowę znad książki i rozejrzałam się po klasie. Profesor Szakira tłumaczyła właśnie co to jest to ognisko w zwierciadłach, co męskiej połowie mojego profilu skojarzyło się jednoznacznie. Nagle zaczęli śpiewać ogniskowo – harcerską piosenkę. Na dwa głosy.
Kiedy podniosłam głowę drugi raz, Profesor Szakira wygarnęła niedojrzałość mojemu koledze słowami: „Jesteś nienormalny”. Na co kolega odpowiedział: „A pani jest nauczycielką”.
Trzeci raz się nie odważyłam. Główną zaletą świata absurdu Hellera jest jego absolutna fikcyjność.

Po lekcji fizyki zobaczyłam Kolegę Czeko wychodzącego z klasy z pudłem po pizzy pod pachą. I Kolegę Szarka mniej - więcej mojego wzrostu niosącego na rękach Kolegę Damiana wzrostu dużo ponad mój własny. Jeszcze Tomuś chwalący się, że ma najśmieszniejszą uwagę w dzienniku („Powiedział, że musi odebrać telefon, po czym wyszedł z klasy”) i błagający Profesor Wych., żeby „nie mówiła dzisiaj ojcu nic o średniej, bo potnie go na kawałeczki, a jutro przyjedzie, rozsypie na schodach i krzyknie, że przywiózł puzzle”. Do tego Kolega Góral witający się z nauczycielkami błoratowskim pozdrowieniem (cytuję: „Haj, maj nejm i Błorat. Du ju lajk mi?”). Bo Błorat jest nowym idolem męskiej części mojej klasy. Już od dwóch miesięcy.

Naprawdę potrzebuję tej koszulki.

♪ "Vilages" - Ben Houge

31 stycznia 2007 [22:27:00]

[Główna]

tu! tu pyknij! (9) || Wyślij wiadomość ||