. improwizacja-mniejsza

Lament niewyżytego grafomana

Boże mój… Daj mi słowa odpowiednie do myśli i myślenie godne tego co mi dano. Inaczej znowu albo bełkot tu wtargnie, albo przesyt pisania. Jeśli już słowa przelewać, to z sensem, jeśli mandolinę ludziom zawracać, to przynajmniej nie marnując pięciu minut ich życia, które poświęcą na czytanie.

Nie mam papierosa, którego każdy słowolep może zapalić w taki sytuacjach. Przynajmniej sławnych autorów książek wyobrażałam sobie zawsze w pokojach tak zadymionych, że obraz robił się czarno – biały. Jak na razie z wyżej wymienionymi łączyć mnie może najwyżej romantyczna wędrówka. Po blogach. Tutaj wstaw mój szyderczy śmiech. Przenoszę się z miejsca na miejsce. Ten najświeższy raz był spowodowany najprawdopodobniej kryzysem urojonego wieku starczego. Chociaż, o ile pamiętam, brała w tym udział również irytacja. Za każdym razem obiecuję sobie, że to ostatni raz, a i tak prędzej czy później wychodzi ze mnie grafoman wędrowny, Paweł z Tarsu - patron powsinóg, Włóczykij (bez fajki) i cygan.


Tak, oczywiście, to ostatni raz.

[♪] "Tsumihoroboshi Shinpushi (Gypsy of the Atonement)" - Ishii Yasushi (Hellsing OST)

4 stycznia 2009 [23:00:26]

[Nudle w5minut]

tu! tu pyknij! (3) || Wyślij wiadomość ||

Zuntik - bulbes, Montik - bulbes...

Mum zawsze odznaczała się nadgorliwością gorszą od griinpisowskich bojówek zaangażowanych w akcję ratowania owocówek czteroplamistych czy prastarych dębów pamiętających czasy, kiedy po ziemi jeszcze chodziły tolkienowskie hobbity. O ile w dzieciństwie doprowadziła mnie tym do lekkiej nadwagi („Nooo… Jeszcze gryza… Jeszcze kęsik…”) o tyle w okresie odchamiania się na uniwerku każda ilość jedzenia, w którą mnie zaopatrzy, znajdzie swój czas. I miejsce w czeluściach organizmu. Niekoniecznie mojego.
Biorę potulnie, co daje, a daje, co ma. Pilnuję tylko, żeby dawała w takich ilościach, co bym miała szanse zjeść zanim zacznie biegać po mieszkaniu i posiadać znajomych na naszej klasie. Ostatnio, oprócz pierogów i pączków, przywiozłam reklamówkę ziemniaków. Wielki Eduardo mnie odwoził, to i przemycił. Najpierw wywołałam ogólną radość u współlokatorów, później u ich krewnych, a następnie zostałam przechrzczona na potejtoł – gerl.
Reklamówka stoi obok łóżka. Zastanawiam się, czy z zawartości zrobić górę frytek, która wyżywi populacje mojego mieszkania (siedem osób + dwóch informatyków) czy może ziemniaczane pieczątki z literkami alfabetu hebrajskiego.


W czasie, kiedy udaję, że się uczę historii czytam archiwum mojego pierwszego bloga. Wniosek jest jeden: nie ten floł / fioł / Fiol, co kiedyś. Starzeję się. Albo licealne pisanie pierdół na wypracowaniach z polskiego odbiło się na mojej psychice bardziej, niż myślałam (powinnam dostać, oczywiście, odszkodowanie przelewem na konto).


[♪] „Walk Away” – Mad @ Gravity
[Trak bonusowy:] „Bulbes” - Ben Zimet (jakby tytuł przetłumaczyć z jidysz na nasze, to wyszłoby mniej - więcej „Ziemniaki”)

7 stycznia 2009 [1:39:56]

[University Show]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Dwa przecinek sześćdziesiąt pięć setnych procenta

Tak niewiele potrzeba, aby wywołać frustrację. Za wszystko inne zapłacisz kartą master kran.
Ale nie jest źle. Wszak to tylko dwa przecinek sześćdziesiąt pięć setnych procenta. Żeby zaliczyć ćwiczenia z historii powszechnej średniowiecza i dostać oficjalną przepustkę na egzamin. Niektórzy muszą napisać poprawę na procent sto i dziesięć.
Jak nie z nosa, to z rzyci, jak to mawiał Cadron z dzieł pana Dębskiego.
We wtorek podejście #362. Jak tak dalej pójdzie znienawidzę wszystkich królów europejskich, którzy odważyli się robić Żydom pogromy, procesy, organizować dysputy czym, psie krwie, dostarczyli mi nowych dat do zapamiętania. Do Żydów nic nie mam. Siedzieli sobie cichutko w tych swoich dzielnicach i liczyli lichwę. I pewnie byłoby tak przez całe średniowiecze. Nu, raz tylko Krzysztof Kolumb postanowił sobie odkryć Amerykę, ale to akurat data, która pamięta się z podstawówki.

Mimo wszystko, jakoś mi spokojnie. Nie mylić „spokojnie” z „mam to głęboko w Bajkale”. Przeżyłam dzisiaj swoje „popołudnie bezkarnie cytrynowe”*, może dlatego. A może po prostu zaczęłam wierzyć w moje trzyzdaniowe bushido. Zasada pierwsza: „Wszystko jest wynajęte”.
[Łyk herbaty]
No, i amen. Chodźta się uczyć. Życie po sesji podobno istnieje.

____________
(*)Z hipertroficznej COMY – wiadomo.


[!] „The Mummers' Dance” – Loreena McKennitt

18 stycznia 2009 [22:50:52]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (1) || Wyślij wiadomość ||

I metafory zmyło

Dwa rodzaje dzeszczu są. Przy pierwszym słucha się "Allay Pain" pana Iwasakiego. Przy drugim - "Divenire" Ludovico Einaudi. Przez ostatnie kilka dni padał zdecydowanie ten pierwszy. I jeszcze po głowie plątała się nieśmiała myśl, że to jest właśnie ten deszcz, po którym wiosna przychodzi. Ulice się myją, podeszwy się płuczą, świat się wylizuje przed nadejściem Zielonej, a rano słońce będzie wywoływać u ciebie mrużenie oczu. Ale nie. Wychodzisz z szarego pokoju z widokiem na śmietnik i nadal masz kłopoty z wyznaczeniem linii oddzielającej chodnik od nieba. Chmury są na chodniku, a kałuże na niebie.
Jeszcze trochę.

"Zapiski..." Umbero kusiły mnie strasznie. Tym bardziej, że kiedy miałam juz czas na przeczytanie jakiejś książki, której autorem nie był ani Mejer Bałaban ani Benedykt Zientara, to chwyciłam się za bełkot literacki - bardziej bełkotliwy niż literacki. Muszę oduczyć się kupowania książek w tanich księgarniach na chybil trafił, amen. Także niedosyt czytania czułam, Umberto kusił sobie nieugięcie, a ja męczeństwo białe odstawiałam kartkując i Mejera i Benedykta. I w końcu wydrapałam te dwa sześćdziesiąd pięć procenta. Nawet troszkę więcej. Nie mogę powiedzieć jak się z tym czuję, bo po raz pierwszy w życiu uciekły mi wszystkie metafory i porównania. Podejrzewam, że podobnie by było, gdybym w końcu zdała prawo jazdy.
To może ja odpowiem śpiewająco:

[♪] "Brooklyńska Rada Żydów" - KULT

24 stycznia 2009 [23:31:57]

[Soundwatcher]

tu! tu pyknij! (2) || Wyślij wiadomość ||

+3 do babskości

Proste przyjemności są najlepsze. Nie wierzę, że napisałam taki banał tak banalnie.
Obudziłam się po ośmiu godzinach nieprzerwanego snu. Obejrzałam dwa odcinki babskiego serialu jedząc pyszne śniadanie. Poszłam po wpis do indeksu po drodze wykupując pół Sziwy po promocyjnej cenie. Zasiadłam do nauki wypoczęta, bez stresu tudzież z uśmiechem na ustach. Zaczynam podejrzewać, że ktoś teleportował mnie do Stepford. Tyle, że sama nie jestem ichnią żoną.
Spojrzenie na świat i siebie samą zmienia się diametralnie po zdaniu egzaminu na terminie zerowym z przedmiotu, z którego generalnie cały semestr się kulało i zarywało nocki pozbawiając twórczych godzin spędzonych nad „Dziełem Rzyci”.
Jeszcze dwa egzaminy, a ja czuję się, jakby już było po sesji. Chcę iść do kina. Chcę ufarbować sobie włosy. Chcę założyć kieckę, i, szkurna, tańczyć na ukwieconej łące z badylkiem w ręce, latającym motylkiem i bieżącym barankiem.

Jeśli spalę podręcznik Mejera Bałabana to będzie to politycznie poprawne? Czy może będzie porównane do spalenia Talmudu / dzieł Majmonidesa w 1242?


[♪] "Ramallah-Tel Aviv" - Balkan Beat Box

30 stycznia 2009 [1:24:45]

[University Show]

tu! tu pyknij! (3) || Wyślij wiadomość ||