. improwizacja-mniejsza

Pszeglond literatóry: z listy "Książkae fiolkensis"

Błożesztymój, i cóż tu podsumowywać, skoro wszystko podsumowuje się onlajn. Lastfymy powiedziało, że najczęściej żywiłam się Panią McKennitt i Panem Shorem. Oboje wylądowali na miejscu pierwszym i nie było to ukartowane. Ale to mogliście sami sobie sprawdzić, gdyby was to obchodziło, a wiem, że nie obchodziło, bo kogo niby obchodzą czyjeś podsumowania noworoczne.

To, czego nie mogliście sprawdzić mieści się w pliku „ksionrzki.txt”, w którym skrupulatnie zapisuję, co przeczytałam (koniecznie od deski do deski). Celowość prowadzenia takiego spisu objawia się w momencie, kiedy ktoś prosi mnie o polecenie czegoś, na co warto poświęcić kilka godzin. I tutaj, proszę państwa, nastąpi propaganda mniejsza. Podam szanownej publiczności w studiu tytuły, które mnie w ubiegłym roku urzekły, kolejność przypadkowa. Cobyście nie musieli tracić nerwów, pieniędzy i czasu na poszukiwania - niechże to podsumowanie ma chociaż jakieś resztki sensu.
1] O „Złodziejce książek” Zusaka już gdzieś pisałam. To jest jedna z tych książek, które przeczytałam w idealnym momencie życia. Nie wiem, czy w innych przypadkach zadziała tak samo.
2] „Zwiadowcy” to podobno seria dla „młodszych nastolatków”, ale „Harry Potter” też miał być dla dzieci. Fabuła co prawda, dość prosta, przynajmniej w pierwszych trzech częściach, ale nadrabiają bohaterowie, których ulubiłam sobie bardzo. Na okładce wam napiszą, że „fantastyka bez magii” i dalekie od prawdy to nie będzie, ale prawdziwa potęga tych książek polega na tym, że Flangan jest pierwszym autorem, który zauważył, że cięciwę z łuku czasami trzeba zdjąć.
3] „Niecni Dżentelmeni” Scotta Lyncha to złodzieje, owszem, ale typu „Ocean’s Eleven”. Postacie czasami giną, a jak ktoś je sponiewiera w walce to leczą się dłużej niż dwa dni. Później długo ćwiczą, zanim znowu wezmą broń w dłoń. Przy okazji inteligentna fabuła i dialogi, które doprowadzały mnie do łez radości.
4] Dorosłam do „Dzieci Hurina” i "Silmarillionu” Tolkiena. Czytałam z zachwytem.
5] Niepozornie wyglądający w taniej księgarni "Heroizm dla początkujących" Johna Moore okazał się być cudownie prześmiewczą szpileczką dla całej tej przewidywalnej, banalnej i wypłowiałej fantastyki, której mamy w empikach na pęczki. Satyra inna niż Pratchett, który tak naprawdę bardziej wyśmiewa nasz świat, niż ten wyobrażony.
6] "Rury" były pierwszym zbiorem opowiadań Etgara Kereta, który dostał mi się w ręce. Nie trzeba być żydologiem, żeby je zrozumieć. Trzy z nich rzuciły mną o ścianę. Lubię, jak się mną rzuca o ścianę.

Poza klasyfikacją znajdują się książki Pana Domagalskiego, o tytułach tak patetycznych, że aż prosi się je przekręcać (co z Gwadorem robimy nagminnie, dostarczając sobie w ten sposób prostej rozrywki): „Delikatne uderzenie pioruna” i „Aksamitny dotyk nocy”. Poza klasyfikacją dlatego, że nie mogę ich polecić bez „ale”. Owszem, dwadzieścia (!) stron przypisów, owszem, bibliografia pełna książek, które mam w sylabusie na „Historię Polski w średniowieczu”. Szkoda tylko, że nie ma tam żadnej z zakresu mistyki żydowskiej. Mój wewnętrzny historiofil ukochał tę część książki, w której autor układając dialogi cytuje Długosza, ale żydolog głośno protestował przeciwko założeniom mistycznym, które pojawiły się dopiero sto lat po opisywanych wydarzeniach.

[podsumowanie roku 2009!] Dziesięć książek z czterdziestu dziewięciu, które przeczytałam było naprawdę dobrych. Osiem z nich to szeroko pojęta „fantastyka”. [/podsumowanie roku 2009!]
[zagadka na rok 2010]
A gdzie są dobre książki bez mieczy, mikstur i szpiczastych uszu, ja się pytam?! [/zagadka na rok 2010]

[♪] Giulia y Los Tellarini - [Vicky Cristina Barcelona (Motion Picture Soundtrack)] "Barcelona"

3 stycznia 2010 [17:08:56]

[Mniejsza Propaganda]

tu! tu pyknij! (9) || Wyślij wiadomość ||

„Seeeesja juuż się zbliiiiża, już puuuka dooo mych drzwiii…”

- zaintonowała dzisiaj Flatmejtka Dzjunia. A kiedy tak wyśpiewywała swe uczucia, wzruszyłam się we wśrodku swym, wzruszyłam do cna.
Tożto prawda sama, prawda mojsza i twojsza, prawda najnaszniejsza, sama prawda, świnto prawda i merde prawda. Wczoraj na przykład, miałam już wyrzuty sumienia, że sadzę winogrona na fejsbókowej farmie zamiast przedzierać się przez pasjonującą pozycję „European Jewry in the age of Mercantilism”.
Dwie godziny później stwierdziłam, że to już faktycznie TEN czas. Szybko przeszłam ostatni rozdział „Jade Empire” żeby nie kusiło (jak zwykle moja ulubiona postać umarła w połowie, pod tym względem nic się nie zmieniło), powiedziałam Panom Meyrinikowi i Potockiemu, żeby grzecznie na mnie poczekali, bo teraz będę czytać innych Panów. No, i zakopałam się w kserówkach.
„…pobieeegnę ją przywiii(!)iiitać, z radoości seeeerce drżyyyy…”

Coś za szybko zleciało. Już prawie poczułam jak to jest studiować, a nie uczyć się. No, cóż. Może w przyszłym semestrze.


חוה אלברשטיין - שרליה [♪]
[albo, jak kto woli, Chava Alberstein - "Sharaliya"; moje "uzupełnij ze słuchu" z ostatnich zajęć; jak można się domyślić, nie poszło zbyt dobrze, co nie zmienia faktu, że przyjemne]

5 stycznia 2010 [0:19:23]

[University Show]

tu! tu pyknij! (13) || Wyślij wiadomość ||

Popsuję wam dzisiaj dzieciństwo

Nie, nie powiem, jak się kończy „Avatar” (za mało zabawy: można się samemu domyślić już po obejrzeniu trailera, ba!, plakatu nawet).

Opowiem wam dzisiaj o Audiomachine [w tym momencie do pokoju wszedł Mag Malin i kazał napisać: „Teraz jest Malin” – przyp. fundacja Spełniamy Marzenia].
Ile razy siedziała szanowna publiczność w kinie i czekając na film delektowała się trailerami z muzyką, która ruszała was tak, że skarpety spadały, popcorn wypadał z rak, a płuca się wyłączały na wdechu? Mnóstwo instrumentów smyczkowych, genialny chór, ogólna atmosfera grozy i podniosłości chwili. Wraca się później do domu, gógla się za soundtrackiem, a tam niespodzianka, utworu nie ma na płycie. Pisze się więc na forum, pyta się last.fma, wynajmuje się prywatnych detektywów i dalej nic.
Rozwiązałam zagadkę wczoraj, kiedy szukałam muzyki z traileru do „Avatara” właśnie. Utwory są trzy i o ile pierwszy był mi dobrze znany (wydrapali od Pana Jablonsky’ego ze score do „Island”) o tyle podane przez jakiegoś forumowicza hasło „Audiomachine” było tajemnicą.
Klykłam tu i ówdzie, zapoznałam się z kilkoma utworami i coś mi nie grało. Najbardziej to brzydkie zdjęcie w profilu na last.fm. Klykam dalej i oto mym oczom ukazała się strona niniejsza.

Także pamiętaj, obywatelu. Kiedy następnym razem będziesz siedział w kinowym fotelu z tchem zapartym, łzami w oczach i emocjami wylewającymi się z czaszki, pomyśl sobie, że autorzy tego utworu stworzyliby też muzykę do prognozy pogody, reklamy psiego żarcia i losowania lotto.
I świat od razu robi się inny.

[Przed chwilą do pokoju wszedł Nurlaf i pokazał mi swoją ulubioną koszulkę – taka spraną, wypłowiałą, ze słodkim pieskiem na torsie]

[♪] Audiomachine - [Platinum Series III - Eterna] "Guardians at the Gate"
[ostatni utwór z trailera]

10 stycznia 2010 [22:25:10]

[Tajemnice Wszechświata]

tu! tu pyknij! (8) || Wyślij wiadomość ||

Trzy razy, raz po raz

Zawsze, kiedy piszę, że „zasypuję się kserówkami” to mam na myśli najbardziej dosłowne znaczenie tego zwrotu, jakie tylko szanowna publiczność może sobie wyobrazić. Trzeba sprzątnąć ten syf (hebrajsko - angielski) zanim zrobi się następny (nowożytno - średniowieczny).
Chociaż tyle, że terminy egzaminów mi się poukładały należycie. Właściwie tak, jak sobie wymarzyłam.

W poniedziałek skończył się mój maraton kinowy. Pierwszy raz zdarzyło mi się być na seansie trzy dni pod rząd i to jeszcze w weekend, jak przystało na prawdziwego bórżója. Z „Le petit Nicolas” wyszłam bardzo uśmiechnięta, bo podczas czytania książek jakoś nigdy nie wpadłam na to, że natura oprócz niesamowitej inwencji łobuzerskiej obdarzyła te małe diablątka równie niewinnymi twarzyczkami. Pięknie wyszło. „Imaginarium of doctor Parnassus” obejrzeć można, nawet trzeba. „Avatar” natomiast zostanie bez obszerniejszego komentarza, tak jak niegdyś „Hipertrofia” COMY. Może tylko tyle, że jest to mój filmowy „Siewca Wiatru”: fabularnie nic, czego bym wcześniej nie widziała / czytała, ale obejrzane w idealnym momencie życia (Panie Dżejmsie, jeśli nakręci Pan sikuel, to się na Pana poważnie obrażę).
Ach, i jeszcze jedno: zauważyłam pewną prawidłowość, że ekipa z Watykanu zawsze potępia te książki / filmy, które zarobią więcej niż oni. Tutaj przyczepili się, że "zręcznie wyżyma wszystkie pseudodoktryny, które czynią z ekologii religię tego tysiąclecia". Już nie okultyzm i magia, wyrabiają się.
No, dobrze. Jeszcze jedno. Nie mogłam uwierzyć, kiedy usłyszałam słowa Pana Byłego Jeszcze Białego Prezydenta ÓSA („Odpowiemy terrorem na terror”) w ustach Złego Pana Pułkownika. Odważnie.

A teraz wracamy do rzeczywistości. Fiolka mówi „pa pa”, a wy idźcie na tego "Avatara" i nie bądźcie takie nie-obejrzę-tego-komercyjnego-gówna sztywniaki. Tylko w okularkach, bo graficy piękne rzeczy tam porobili i nawet postacie robione komputerowo nie ruszają się już tak sztucznie, jak dotychczas.

James Horner - [Avatar Score] "Jake enters his avatar world"
[Pan Horner w formie; szkoda, że wizja przytłumiła dźwięk w tym filmie, ale zawsze można na spokojnie, w domu posłuchać]

13 stycznia 2010 [12:42:39]

[Mniejsza Propaganda]

tu! tu pyknij! (9) || Wyślij wiadomość ||

W dodatku śnieg za oknem pada poziomo

Dziwne to uczucie.
O 9.03 doturlałam się na dyżur Pana Doktóra w celu przeegzaminowania się z wiedzy o Historii Filozofii. O 9.43 dotarła do mnie wiadomość, że egzamin nie odbędzie się, bo dyżur został przełożony na poniedziałek, a informacja o tym wisi w gablotce piętro niżej. Szkoda, że nie w sąsiednim budynku, no naprawdę.
Oto o 9.43 zamknęłam oczy, zamknęłam zeszyt z notatkami robionymi na szybko, obok mnie przemknął jakiś bliżej nieznany student, któremu zrobiło się wyjątkowo przykro, o czym dobitnie i głośno informował wydziałowe ściany za użyciem słów, których na filozofii nie uczą na pewno. Sprawdziłam, czy cytat „Nosz {kurtyzana}!” pasuje do mojego aktualnego stanu emocjonalnego. Jednak nie.
Dziwne to uczucie. Z jednej strony to chyba dobrze, bo genialna z tematu nie jestem. Heidegger z niczym mi się nie kojarzy, Locke się myli z Humem, a byt z odbytem, także czas, żeby wiedzę swoją uporządkować na pewno mi się przyda. Z drugiej strony jednak, szlag prze-jasny człowieka trafia na myśl o nieprzespanej nocy, opuszczeniu wykładu z przedmiotu, do którego nie ma podręcznika, za to jest wywalony w Alfa Centauri egzamin i tak w zasadzie to chciałoby się mieć to już za sobą tudzież z głowy. A tak poza tym to zieeeew.
I wtedy pojęłam Freuda. Teraz już wiem, jak się czuje „ego w imadle” pomiędzy id a superego, kiedy te się przeciągają z siłą jednakową. To chyba właśnie coś w tym stylu. Pierwszy raz w życiu miałam tak neutralny pogląd na zaistniałą sytuację. Zero absolutne, wszystkie cząsteczki mi zamarły.

Po powrocie do żydowskiej kamienicy okazało się, że rano (znaczy przed wyjściem) byłam tak otępiała, że zamiast włożyć wczorajsze zakupy do lodówki włożyłam je do szuflady z kosmetykami. I nic to, że meble te znajdują się w dwóch różnych pomieszczeniach.
[po chwili namysłu] Ciekawi mnie, co w takim razie włożyłam do lodówki.

[♪] Placebo - [Covers] "Running Up That Hill"
[jedna z dwóch piosenek Placebo, które lubię; na co dzień wokal mnie irytuje]

21 stycznia 2010 [14:03:05]

[University Show]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

Wpisy – zbierz je wszystkie

Na razie mam jeden z ćwiczeń. Za to jaki. To mój osobisty Pikaczu ( psze-mondra auto-korekta Łorda poprawiła na „Sikaczu”), który może uratować mi rzyć w odcinku zatytułowanym „Historia nowożytna powszechna; historia Żydów nowożytnych - egzamin” . Szefie Wszechmogący, jak ja dawno nie dostałam piątki z historii. Chyba w podstawówce ostatni raz. No, dobra. Przesadzam. Ale bardzo dawno.

Matko kochana, znowu zgubiłam gdzieś zatyczkę do markera.

Poza tym w lokalnym warzywniaku było w promocji kapuczino w specjalnych wydaniach „Burbon - vanilla”, „advocat” i „szarlotka” . Nie mogłam się powstrzymać, nie mogłam się zdecydować, kupiłam wszystkie trzy rodzaje.
I tyle, nie będę wam opisywać, jak to mi klimatycznie z kubka paruje, bo już dawno wystygło. Morał brzmi: szarlotka jest zdecydowanie najgorsza.

Od porzucenia lektoratu z angielskiego na rzecz francuskiego dzielą mnie dokładnie dwa podpisy. Jak widać, wszystko da się z JotCeJotem załatwić, jeśli zada się odpowiednie pytanie w odpowiednim czasie i wydepta odpowiednią ilość wizyt w sekretariacie. Madame od języków romańskich, czyli klucz do sukcesu, okazała się być bardzo konkretną i optymistycznie nastawioną kobietą. Trochę mi przypomniała Mrs Ce. Kiedy wyjaśniłam, że z nadgonieniem zaległości na drugi semestr poziomu A1 nie powinno być problemu, bo francurzyłam troszkę w liceum, ona wykrzyknęła „To w takim razie na pewno świetnie pani mówi! Zapiszemy panią na czwarty semestr.” . Déjà vu, niech mnie Babcia Kaczka kopnie. Że nie dokończyliśmy nawet pierwszej części „Frequence jeunes” nie zdążyłam powiedzieć, bo Madame przeszła już do zupełnie innego tematu.
I znowu najgorsza z najlepszych, fighter, le guerrier, niech to dunder świśnie. A miałam w ferie podręczników nie tykać.

A jutro podejmuje ryzyko i jadę do domu po trzech tygodniach nieobecności. Mam nadzieję, że pociąg nie przymarznie do torów.

[♪] Corvus Corax - [Venus Vina Musica] Venus Vina Musica

22 stycznia 2010 [20:47:15]

[University Show]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Bang, bang you're pwned

Magu: Ej! Cały dzień szukałem tego noża dwa dni!
Doszliśmy do mistrzostwa, jeśli chodzi o zaginanie czasoprzestrzeni.

W ostatnim tygodniu sprawdzałam swoje możliwości Z*P*E*D*L*N*A w tym uroczym czasie sesyjnym. Tak więc wyzwanie było heroiczne, chodziło i kilka nieprzespanych nocy, a cala trudność polegała na tym, że nocy tych było z rzędu cztery (albo pięć). Wyszło, że mogę nie jeść, nie pić, nie oglądać serialu / anime, w który akurat się wciągnęłam, ale spać muszę (muszę też pisać, ale o tym innym razem). Sen jest rzeczą konieczną i niezbędną. Owszem, miałam więcej czasu, ale kiedy przyszło co do czego pustka wielka w głowie nastała i nie mogłam sprzedać Panu Doktórowi tych wszystkich fascynujących rzeczy, których się dowiedziałam z podręcznika Pana Szczura.
Tak więc zamiast zamiast dwóch planowanych na ten tydzień ocen z egzaminów typu „zero” mam jedną. Straty nie są wielkie, jeno zrobiłam z siebie kompletnego ignoranta, a nad głową wiszą mi dwa potężne egzaminy z historii, w dodatku dzień po dniu.
Cóż. Mogło być gorzej. Pan Doktór w całej swej uprzejmości powstrzymał się od popsucia mitycznej średniej pięć zero i zaprosił mnie na pierwszy termin.
Nie dam się już nabrać na opowieści o tym, że ktoś na guaranie i/lub marihuanie i/lub kofeinie i/lub teinie i/lub piąchopirynie przeżył trzy noce Z*P*E*D*L*N*A i spał tylko godzinę, po czym wywalił egzamin na cztery i pół. Takie rzeczy to, proszę państwa, na Medyku. Mnie natura do takich akcji nie przygotowała.
Ja mogę się nie uczyć, ale spać muszę. I amen.

Adams: Tylko jak wrócisz do domu po tym egzaminie, to chociaż dojdź do własnego łózka zanim padniesz, BO JA SIĘ O CIEBIE W PRZEDPOKOJU POTYKAŁ NIE BĘDĘ!

[♪] Jacek Kaczmarski - [Carmagnole 1981] "Lekcja historii klasycznej"

29 stycznia 2010 [20:31:22]

[University Show]

tu! tu pyknij! (13) || Wyślij wiadomość ||

Opowieści Żydolożki

Wchodzenie na fejsbóka dzień przed egzaminem powinno być zabronione. I tu nie chodzi o idiotyczne tracenie czasu na sadzenie cebuli (33 lvl - przyp. Fi) i robie testów pt. „Po ch*j żyjesz?” (żeby „zbawić świat” – przyp. Fi), który można byłoby wykorzystać na wkucie dwóch nazwisk (ADOLF Siódmak, nie ALFONS). Czytanie opisów moich Towarzyszy Żydologów niszczy mnie zdecydowanie bardziej.
Demotywuje mnie to, że ONA przerobiła wszystkie synagogi drewniane, tymczasem ja ograniczyłam się do czterech, wszak i tak więcej nie zapamiętam. Z murowanymi już jest lepiej, chociaż i tu szaleństwa nie ma, bo czasami trudno jest dostrzec jakiekolwiek różnice pomiędzy jednymi ruinami, a drugimi. Poza tym ostatnie zdanie większości opisów, informujące, że „budynek dzisiaj nie istnieje”, albo „spalony przez Niemców w 44r.” sprawia, że nijak nie można go do mózgu załadować, o sejwowaniu nie wspominając.
Nie wiedzieć czemu. Wszak jakieś osiemdziesiąt procent informacji wciskanych mi do głowy na studiach dotyczy rzeczy, które „już nie istnieją”. No, albo zostały spalone. Nie tylko przez Niemców, żeby być sprawiedliwym.

Zdecydowanie lepsze oko mam do malarstwa. Boże, gdyby to było malarstwo…

Jutro w samo południe. Jedyny egzamin pisemny w tej sesji. I jak na złość wczoraj, czytając fascynujący podręcznik Pana Wójcika, dostałam w głowę dwa pomysły na opowiadania. A nie zacznę ich pisać, bo nie mam kiedy (już doszliśmy do tego, że sypiać muszę, prawda?). Teraz będę się musiała z nimi borykać do 9 lutego i ujarzmiać wyobraźnię każdym znanym mi sposobem.
Niby patrzę na synagogę, a odwrócę się tylko na sekundę i już myśli uciekają do mojej nowonarodzonej Skrzypaczki.

God save the Fi.

[♪] Tori Amos - [Tales of a Librarian] "Crucify"
[najlepsza / ulubiona płyta Tori]

31 stycznia 2010 [23:46:08]

[University Show]

tu! tu pyknij! (5) || Wyślij wiadomość ||