. improwizacja-mniejsza

Straconego czasu poszukam jutro (tak, w sumie to całkiem możliwe)

Wróciłam do domu mocno wcześnie, po dobranocce niemal, bo druga w nocy była. Wchodzę do łazienki i oczom moim ukazuje się obraz powojenny świadczący o panice ostatecznej, wyścigach z czasem i trwałym zagięciu czasoprzestrzeni. I to w trzech miejscach.
Na podłodze rajstopy z oczkiem plus mieszanka bielizny i odzieży wierzchniej. Brodzik wypełniony tubkami, butelkami i maszynkami rozrzuconymi w nieładzie godnym Mistrza Chaosu. Do tego wszystko upstrzone końcówkami do lokówki wszelkich maści i rodzajów, małych, dużych, z kolcami i bez, w kształcie zwykłego grzebienia oraz Empire State Building.
Moja wyobraźnia uruchomiła się automatycznie przez co nie mogłam przestać płakać ze śmiechu przez następne trzydzieści dwie sekundy. Wiecie, mycie zębów nogą przy jednoczesnych próbach podkręcenia sobie grzywki, tego typu obrazki.
Mon Dieu, doigrałam się. Mieszkam z kobietą a la babskie komedie.
Wniosek #1: Mon Dieu...
Wniosek #2: A ja się bałam, że moje życie przestanie wyglądać jak sitkom.
Wniosek #3: (Fiolka znowu wybucha śmiechem)
Wniosek #4: Czy takie towarzystwo przyspieszy mój proces babienia, czy wręcz przeciwnie? (gdybyście zobaczyli buty jakie sobie kupiłam na wiosnę, łomatkobożo... najlepsze jest to, że naprawdę uważam je nie tylko za ładne, ale i w y g o d o n e)

Dzisiejszy dzień spisałam na straty zaraz po przebudzeniu, więc nie mam wyrzutów sumienia z powodu leżenia z wzrokiem wlepionym w ekran komputera / sufit / strony książki, która nie dotyczy Żydów nawet w najmniejszy stopniu. A teraz kawa , na którą czekałam od wczoraj. Dużo, dużo kawy w godzinie wieczornej, a czuję, jakby dopiero ranek był.
Nie mam migreny. Łeb mi nie N*P*E*R*A. Zwyczajnie boli mnie głowa, jak każdego szarego przedstawiciela klasy średniej. I nie jest to wynik "nocy szampańskiej" czy cokolwiek innego tam się w główkach Szanownej Publiczności w Studiu przewinęło (się zaczęło wczoraj jeszcze).
Uznaję więc, że dzień 1 stycznia roku pańskiego 2011 po prostu się nie odbył. Tak więc spokojnie możecie rzucić palenie / jedzenie / nicnierobienie, albo cokolwiek tam sobie postanowiliście dopiero jutro.

[♪] Florence + the Machine [Lungs] - "Blinding"

1 stycznia 2011 [18:23:22]

[Soundwatcher]

tu! tu pyknij! (8) || Wyślij wiadomość ||

Najpiękniejszy komplement, jaki w życiu usłyszałam: "Masz ADHD mózgu"

Po tym jak 1 stycznia się nie odbył dostałam jakiejś hiper-aktywności. Niechże mnie ktoś potknie.

Tak więc po dwóch tygodniach niepewności oto mam otwarte pińćset zakładek z artykułami, bibliografiami i innymi tam hasłami na łiki. Albowiem okazało się, że cały świat postanowił napisać mój licencjat, więc zupełnie nie chciało mi się powielać całego świata. Małe miasteczko, owszem, ale świat jest zdecydowanie za duży dla mojego wewnętrznego Garfielda.
Tak więc po dwóch tygodniach trucia ludziom, którzy i tak nie mogli mi pomóc, olśniło mnie. Już wiem, o co mi chodzi w moim życiu akademickim. Zrobiło się lżej na samą myśl, że nie muszę czytać o metodach oddychania. Temat mam. I przyznać muszę, że cóż, jaram się tematem owym. Zobaczycie, pewnego dnia wyrosnę na porządnego magistra.
[!] A najprzyjemniejsze w tym wszystkim jest to, że zaraz będę mogła kliknąć mnóstwo razy "KUP tero!" na ajlegroł i nie czuć wyrzutów sumienia. Bo przecież kompletuję bibliografię! A tych książek nie ma w bibliotece! A Pan Vermes na pewno jest bardzo biednym Panem Historykiem i nie ma nawet na brioszki! I trzeba mu wykupić te książki, no! Wszystkie!

Z tego całego ADHD zaliczyłam dzisiaj godzinny spacer, uprzątnięcie łazienki, odkurzenie Sahary (jest dla mnie zagadką, jak znalazła się w moim pokoju) oraz, w ramach procesu babienia, zakupy. Takie z torebkami, paskami, szminkami i czymś, co najpierw wprawiło mnie w lekką konsternację (no, bo masło do ciała?!), a później oszołomiło zapachem. Poza tym jestem naprawdę zdruzgotana, że sekyndhendy nie posiadają mojego nowego rozmiaru gaci.
Owszem, wiszą mi lekko na tyłku, ale kosztowały całe 4,70 polskich, nowych. Tak więc.
Poza tym jutro zamierzam iść na absolutnie wszystkie zajęcia.
Nawet sesja mnie nie przeraża. Żeby nie mówić, że na przypomnienie o niej mój mózg krzyczy coś w stylu "Katjusza! Kopę lat! Niechże Cię uściskam!".

No, gdzie to potykanie?

(A na tak zwanym marginesie... do ilu to nam ten VAT podnieśli? A na książki jest?)

[!bonus] Tak oprócz chciałam wam pokazać szczyt. Bo myślałam, że po Mandarynie już nic nie będzie. Bo czas pokazał, że są głosy, których nawet mikser w studiu nie jest w stanie doprowadzić do stanu słuchalności.
Piosenka jest o bólu, cierpieniu, zdradzie i odtrąceniu. Tak więc spróbujcie się nie śmiać.
[Nutka]

A tak na serio:
[♪]Daft Punk [Alive 2007: Deluxe Edition] - "One More Time / Aerodynamic"

3 stycznia 2011 [21:01:40]

[University Show]

tu! tu pyknij! (8) || Wyślij wiadomość ||

Wodzenie na pokuszenie / Viva Verdun! / Każda kobieta ma swoje diamenty

Wesoło wymachując torebeczką (której używam tylko do transportu dużej ilości kser i książek) w podskokach uderzyłam na Rajską w celu zagarnięcia pińć'uset mondrych ksiąrzek do licencyjatu.
Wyszło jak zwykle.
Bo ta "Lalka Kafki" tak kusiła bezczelnie uroczodrobną czcionką. Nie mówiąc już o "Posłańcu" Zusaka, którego koniecznie, absolutnie, bezapelacyjnie wziąć NALEŻAŁO pod karą permanentnego utracenia szacunku do samej siebie (nie wiadomo, kiedy drugi raz taka okazja się nadarzy!).
Limit na Rajskiej to książek śtyry (słownie: cztery). Cóż. Trzeba mieć jakieś priorytety. Nikt mi tego Flawiusza nie ukradnie przecież.

Od kilku wieczorów grzecznie zajmuję się wskrzeszaniem mojego francuskiego. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, kto nie podejdzie do tego języka z uporem napędzanym miłością - zostanie pokonany.
Francuski ma kroćset czasów i nie jest tak jak w angielskim, że czasownik odmienia się niemalże od niechcenia. Każdy czas to inna odmiana, inne końcówki DO KAŻDEJ OSOBY.
Dostać można kota w ciapki.
Generalnie nie polecam tym, którzy chcą szybko władać jakimś obcym narzeczem. Nie chodzi o czytanie - tutaj akurat zasady są proste: czytaj co trzecią literę i spróbuj połączyć jak najwięcej słów w jedno. Pod względem rozumienia tekstu też jest prosto, szczególnie jeśli zna się dobrze angielski. Ale gramatyka. Gramatyka to jedno wielkie Verdun 1916, wojna pozycyjna. Po pierwsze: masakra i powykręcane kończyny, po drugie: bądź pewien, że kiedy już zbierzesz się na odwagę i wyskoczysz z tego okopu, to na pewno dostaniesz kulkę w cokolwiek.
W dodatku mam wrażenie, że oni to tak specjalnie wymyślili, Robespierr'y parszywe.

Tymczasem wróciłam do domu by w swoim puchatym, turkusowym szlafroczku uczyć się i zjadać ostatnie domowe obiadki przed sesją. Nadchodzący tydzień będzie pięknym tygodniem, albowiem czekają mnie zaliczenia z trzech języków. Dzień po dniu. Ach, nie ma to jak mieszanka hebro-francusko-jidyszowa, mniam.
Entuzjazm z notki poprzedniej jednak utrzymuje się. Dostałam od Wlk. Eduarda zestaw długopisów (medium - lubię to), ołówków (stabilo, hb2 i pół - lubię to!) i zakreślaczy (które właśnie mi się skończyły - stabilo we wszystkich najwścieklejszych kolorach - LUBIĘ TO!).
Wzruszyłam się. Serio.
Okazało się, że Wielki Eduardo jest najprawdopodobniej jedyną osobą na Ziemi, która wie, jakie są moje ulubione przybory biurowe.

[♪] Louisa Baileche - "Monts et merveilles"

6 stycznia 2011 [15:20:49]

[University Show]

tu! tu pyknij! (14) || Wyślij wiadomość ||

Definicja pojęcia "warunki do nauki" oraz odpowiedź na pytanie "Dla kogo tak naprawdę gra Orkiestra w tym roku?"

Ostatnio mamy chyba jakiś czas dobroci dla Fiolki, bo zostaję obdarowywana jedzeniem na każdym kroku. Być może jest to sugestia "Dziecko, przecież Ty w anoreksję wpadasz". Taka teoria zakładałaby również spisek pod przewodnictwem mojej Mum, która przez to całe chudnięcie podejrzewa u mnie wachlarz chorób, od anemii poczynając (a repertuar ma rozległy, wszak od lat wierną fanką Szpitala w Leśnej Górze jest). Jednak spisek ów musiałby mieć rozmiary monstrualne wręcz i swobodnie mógłby konkurować z żydowskimi i/lub masońskimi.
Albowiem zaczęło się nie od Mojej Własnej Rodziny, ale Obywatelki Bibliotek (Librarianki?), która podarowała mi ostatnio cukierki nazwane moim imieniem (co ucieszyło mnie podwójnie, bo jak do tej pory byłam patronką jeno chusteczek higienicznych i taniego wina) ze słowami (cytuję) "Masz, bo pisałaś, że nie przytyłaś przez święta".
Radość i frajda. Jeden z tych cukierków, ku czci, zjedzony został po kryjomu w naszej żydologicznej bibliotece. Co nie do końca się Obywatelce podobało tak na marginesie i w sumie troszkę Ją rozumiem, bo to mniej-więcej tak, jakby urządzić papieżowi imprezę urodzinową w Bazylice św. Piotra.

Co się zaś działo w domu podczas łikendu zaprezentuję może za pomocą krótkiej scenki rodzajowej wyjaśniającej, co ma na myśli Moja Rodzina, kiedy używa terminu "warunki do nauki".
Fiol: Cześć, Siostro Lekarz, przyszłam się do Ciebie uczyć, bo u nas dzieci bawią się w Har-Magedon.
Siostra Lekarz: Mhm, okej. Słodycze są w tamtej szafce.
Kurtyna.
Na odchodnym dostałam od jej męża, zwanego Czatalem, trzy tabliczki czekolady i pudło ptasiego mleczka z okazji sesji. Nie, nie zamierzam zjeść tego wszystkiego sama. Ale zamierzam zjeść. I to już przy okazji zjednoczenia Włoch i Niemiec.

W snach mojej Mum albo się głodzę, albo nic nie jem. A pomiędzy jednym a drugim podobno jest jakaś różnica. No, i niech tak będzie, w końcu Mum musi się czymś martwić.
[!] Tymczasem moje dzisiejsze nic miało smak naleśników: jeden z budyniem i kokosem (polecam!) drugi z czekoladą, serkiem i wiśniami (przesłodka słodkość w słodkości - zostałam znokautowana).
Poza tym dostałam od Koleżanki Żydolożki babeczkę z rodzynkami, którymi gardzę szczerze, nie wysilając się przy tym zbytnio. Ale zamiast je wydłubać - zjadłam grzecznie. Były tak duże, że moja wyobraźnia z łatwością przekonwertowała je na śliwki.
Z resztą byłam to winna Koleżance Żydolożce, bo babeczka była jej produkcji i, nie wyolbrzymiając, spokojnie można ją było nazwać dziełem sztuki. Babeczkę w sensie. A Koleżenka to nie "sztuka", co prawda, ale genialny twórca - owszem.

Warto wspomnieć jeszcze sernik Zone, który według niej znowu wyszedł za krzywy, a my z Błażejem, zapychając sobie nim otwory gębowe, wykazywaliśmy pełne poparcie dla tej teorii.

Książeczki biednego Pana Vermesa dotarły, "Posłańca" Zusaka zeżarłam w dwa dni, odwołali mi francuski w środę, temperatura na plusie, Zone, dla której specjalnie tworzyłam chce.to kupiła mi prezent spoza listy i był idealny, obejrzałam "Tangled" i starego "TRONa" stwierdzając, że były urocze, ergo, jestem bardzo szczęśliwą, obczytaną, obdarowaną i nakarmioną Fiolką.
Za dobrze mi coś.
Ale jutro kolokwium z jidysz. (złowieszczy pomruk niosący się z oddali)

[♪] Daft Punk [TRON Legacy Score] - "Rinzler"
[nie mogłam się zdecydować, który utwór zamieścić, bo to jest jeden z tych albumów, w których klikanie w przycisk "ukochane" urasta do rangi tiku rodem z zespołu natręctw ruchowych; ja wiedziałam, że Daft Punk jeszcze zrobią coś genialnego, ale nie przewidziałam w tym smyczków i instrumentów dętych]

10 stycznia 2011 [20:05:32]

[Zwyczaje Fiolkus Fasolkus]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

Temet nosce, targecie / bateryjko

Stoję w dziale "artykuły higieniczne" czy inne tam "kosmetyki OBOWIĄZKOWE". Stoję i kupić chcę.
Gapię się na te szczoteczki do zębów jak ostatni imbecyl, bo jedna ma nakładkę, a druga nie, ale jest tańsza "więc lepsza też". Dalej mam wieszaki z takimi, co to powyginane są pod najbardziej zaskakującymi kątami, z polerkami do szkliwa, druciakami do języka, włóknami w zygzak, piramidkę i celtycką plecionkę, z atestem Związku Dentystów Polskich, znakami jakości KU, tagami "Lubię to!", polecanymi przez Kasię Cichopek, demotywatory.pl albo Partię 80% Konsumentów Którzy Nie Widzą Różnicy, dla dzieci, śmieci, dziadków, babciów, ich sztucznych szczęk, fanów Hany Montany i Maj Kemikal Rołmens.
A ja stoję jak ten imbecyl, powtórzmy to raz jeszcze, przed półką ze szczoteczkami do zębów, i zastanawiam się kim jestem.
(Po dziesięciu minutach stwierdziłam, że na pewno nie chcę brokatowej "Szczoteczki księżniczki" i to jest jedyne, co o sobie wiem w tamtej chwili: moja teza się potwierdza - nie jestem księżniczką najprawdopodobniej. Tymczasem nie ma "Szczoteczki dla smoka" więc mój problem pozostaje nierozwiązany.)
Metodą tak zwanego odrzutu odkrywam, że mam naprawdę wąskie przestrzenie międzyzębowe i jestem gotowa wydać kupę kasy, żeby jakoś z nimi żyć.

No, proszę, jakie to proste. A filozofowie zastanawiali się nad tym tyle wieków. Kim jestem, dokąd zmierzam, jaki jest sens życia. A wystarczyło supermarkjet postawić w tych Atenach, skoro Agora nie wystarczała.

Jednak odchodzę krokiem niepewnym i chwiejnym, bo strach we mnie wzbiera na myśl, czego się o sobie dowiem przy lodówkach z mrożonkami.
Cebula, ziemniak, bambus, z przyprawą polską, farmerską, buddyjską, dla kanibali, mięsożerców, wege, wega, super-fit-shit...

[♪] Photek [The Animatrix Soundtrack] - "Ren 2"

15 stycznia 2011 [0:06:08]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (8) || Wyślij wiadomość ||

Filozofia wyrzucania śmieci (albo, jak to określa Mum, "kosza")

Albowiem istnieją dwa nurty.
W Nowej Wenecji (tak postanowiłam nazwać moje nowe miejsce zamieszkania przez uderzająco podobną infrastrukturę) kosz się wynosi na zasadzie "na kogo wypadnie na tego bęc", co nie stanowi dużego problemu, bo kontenery są tak po drodze, że gdyby były bardziej, to musiałyby stać na klatce, w okolicach domofonu. Widzę kosz przepełniony - wyciągam, sprawa jasna. Problem jest z definicją "kosza przepełnionego".

Otóż dla mnie wygląda mniej - więcej tak: wrzucam śmieć, śmieć się odbija od / stacza po reszcie i wypada na podłogę. To jest kosz przepełniony zdecydowanie i bezsprzecznie. Tym bardziej, jeśli już dokonano jedno, ewentualnie dwurazowego aktu tak zwanego "sprasowania kolanem".
Natomiast Mum w powyższej sytuacji upycha zawartość, trzeci, dziewiąty, szesnasty raz, póki nie będzie pewna, że worek zmieścił już przynajmniej osiem do dziesięciu kilo skompresowanych odpadków, gwarantujących, że folia rozerwie się już przy wyjmowaniu jej z kosza. Inaczej wynoszenie nie ma jakiegokolwiek sensu.
Toteż kiedy czwarty raz z kolei chwyciłam worek (uprzednio grzebiąc w zawartości, bo panuje tu również zasada "jak coś wyrzucasz i przygnieciesz koniec to się nie przejmuj, osoba, która będzie to wyciągać za dwa dni na pewno nie będzie miała nic przeciwko babraniu się w przegniłej marchewce, aby go odnaleźć") i wrzuciłam do niego porozsypywanie dookoła śmieci (bo przecież wypadły) po prostu postanowiłam sytuację wyjaśnić. Albowiem myślałam, że to zwykła spychologia.
Nie. Moje flatmejtki, łącznie z Hermijąniną, są wikipedyjnymi wręcz przedstawicielkami nurtu drugiego.

Człowiek w takich chwilach potrzebuje wzoru do naśladowania, jakiegoś światłego przykładu, co by harmonię wewnętrzną zachować i pokornie pogodzić się z tym, że jest nic nie znaczącą mniejszością, pyłem u stóp, paprochem na sweterku jakiegoś pudla, studentem w dziekanacie... Tak więc przypomniałam sobie osobę Czatala, który zmuszony był mieszkać w naszym domu przez czas jakiś jako przedstawiciel wyznawców nurtu pierwszego (tak, wtedy ja też byłam nurtem drugim, ale później zamieszkałam bez Mum i to mnie zmieniło).
Otóż zaakceptował fakt, że w efekcie na niego i tylko na niego spadnie ten obowiązek. Albowiem wolał to niźli wyrzec się swoich ideałów.
Amen i pozdrawiam Czatala. Wszyscy pozdrówmy Czatala. Czatal dzisiaj mieszka z moją Siostrą tylko (pierwszy nurt), w ramach małżeństwa. Jest szczęśliwy.

[!] Tak, to była notka o wynoszeniu śmieci.
Natomiast poprzednia tak naprawdę wcale nie była o trudzie kupowania szczoteczki do zębów.

[♪] Kazik Staszewski [Piosenki Toma Waitsa] - "No, klaszcz!"

17 stycznia 2011 [18:07:57]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (2) || Wyślij wiadomość ||

To teraz jeszcze Dougan, Ciechowskiemu mogę odpuścić

Jeszcze w tamtym tygodniu Zone pisała o naszym spełnionym marzeniu z dzieciństwa. Jeszcze w tamtym tygodniu, ach, tamtym tygodniu.
Tymczasem wstaję dzisiaj rano. Wzrok ułożony w nienaganne, ponętne O.o, (trzy) włosy w nieładzie (i te "trzy" to nie lada osiągnięcie, wierzcie), facjata średniowiecznego idiotae. Zły dzień. Mroczne widmo kolokwium zaliczeniowego z frąsuskieGO, gdzie nawet najbardziej wymiatający Miszcz Dżedaj nie pomoże.
Wtem!
Zmrużonym, bo niedospanym okiem patrzę na mojego rssa CGM. Patrzę i śnię. "Sleeping Awake", nie przymierzając. Bo widzę informację, że tatusiowie z P.O.D. przyjeżdżają do Polski. I że koncert. Tym razem bez KORNa, ale ach, cóż, obejdę się (no, bo przecież nie przyznam się, że KORN wielkim zespołem nie jest i nie zachwyca takiej Fiolki jak ja).
I nagle ten dzień stał się naprawdę kolorowy, piękny i wypełniony hasającymi sarenkami.
A kilka godzin później miałam dwa bilety w łapkach.
Pan Kasjer pochwalił mnie za refleks, bo informacja świeżusia wszak, na co mogłam odpowiedzieć tylko tyle, że jak się czekało na ten koncert osiem lat w pełnej gotowości, bo zaprawdę, ani dnia, ani godziny nie znacie, to przecież nie może być inaczej. Acz nie zmienia to faktu, że po tej akcji do końca miesiąca żywię się ryżem z kery.
Na co Pan Kasjer, że on w sumie też się zastanawia nad taką ewentualnością, ale jeszcze poczeka, jak bilety będą schodzić. A nóż, widelec uda mu się wepchnąć ten wydatek do budżetu miesiąca przyszłego.
I tu nastąpiła w podziemiach empika chwila filozoficznej zadumy nad kolejami życia, bo KULT bez kabla, bo Jelonek, bo Raz Dwa Trzy, Delain nawet (!), a to dopiero styczeń... I skąd na to pieniądze braŚć?
Nie znaleźliśmy odpowiedzi.

W takich wypadkach dziękuję opatrzności za Fundację Charytatywną Pocałuj Studenta w Słońce (1 kliknięcie = 1 gorący kubek w5minut i 5 stron ksero!), w której Wlk. Eduardo intensywnie się udziela. Ostatnio Zone przywiozła mi od niego zapomogową paczkę z żywnością. Prosiłam o pięć filetów z piersi kurczaka, sześć jajek, pomidora i zasłonę przy czym ilościowo zgadzała się tylko zasłona. Jeśli zaś chodzi o resztę to dziękuję Szefowi, że nie dzielimy już lodówki na dziewięć luda, tylko na cztery.

Poza tym, tuż po zakupie biletów zostałam zaproszona przez Wąsatą Płaszczę, która na chwilę objawiła się w Kroke, na najlepszą czekoladę na gorąco w całym moim życiu - tak w tym prawdziwym, jak i wyobrażonym. Mam nadzieję, że w zaświatowych knajpach właśnie taką czekoladę serwują, bo jeśli nie, jest szansa, że ta cudowność w galaretowanym płynie będzie powodem, dla którego po śmierci dalej krążyć będę po tym ziemskim padole jak ten kretyn, zamiast hasać po aslanowym patrymonium.
Tymczasem Wąsata Płaszczka zostaje Członką Honorową Fundacji.

[!] Dzisiaj chwila odpoczynku. W łóżku z Dukajem. Znowu ta sama historia: idę na Rajską po książki do Dzieła Naókowego, a tam trzy Dukaje. I się gapią na mnie. A ja mam wypożyczone już dwie książki na cztery możliwe.
Co zrobiłam?
Wzięła dwa Dukaje. I czytam je na zmianę.

[♪] P.O.D. [Payable on Death] - "Revolution"
[niech się nie ważą przyjechać i tego nie zagrać]

19 stycznia 2011 [22:23:31]

[Tajemnice Wszechświata]

tu! tu pyknij! (5) || Wyślij wiadomość ||

Zwyczaje sesyjne - odc. 1

Kiedy reszta świata rzuca się do zaprowadzania ładu i porządku mnie się zwyczajnie nie chce. Jak wiadomo, moją ulubioną formą ruchu jest szermierka słowna, a moja przestrzeń użytkowa musi być, no właśnie, użyteczna, więc mam tendencję do obrastania we wszystko, które (nie, nie "co") musi być pod ręką.
Za to zaczynam załatwiać sprawy, które nagle okazały się nie cierpiące zwłoki. Typu fryzjer, zakupy (bo przecież zostało mi tylko pół kilo płatków!), przelewy, doładowania, poszukiwanie czerwonych trampek na allegro (od trzech lat nie mogę odnaleźć godnych następców - okazuje się, że warunek "mają nie posiadać tego idiotycznego suwaka" jest nie do przeskoczenia) i tym podobne.

Z mojego punktu widzenia wszystkie fryzjerki świata łączą trzy rzeczy:
1] Reakcja na moje włosy (teraz do łopatek, wcześniej do pasa).
Brzmi mniej - więcej tak: "Ależ ma Pani piękne włosy! Chyba nie będziemy ich obcinać na krótko?!"
[Nie, nie będziemy.
Mam taką ideę, że krótkie włosy to może po śmierci. Ewentualnie jak będę kiedyś musiała jakieś dziecko wychowywać codziennie.]
2] Fryzura na krótko.
Dalsza część reakcji: "Ja zawsze chciałam sobie takie zapuścić, ale nie mam silnej woli...".
[To nie tak. Jest Pani po prostu fryzjerką i rączki Panią świerzbią. Ja od dziecka chciałam wypożyczać tylko te książki, które potrzebne mi są do licencjatu. Tymczasem natura jest silniejsza, z tym się nie wygra]
3] Wysokie poczucie misji, jeśli chodzi o zabawianie klientki rozmową.
Nie mam pewności, czy one od zawsze takie były, ale oto właśnie stereotyp: do fryzjerki idzie się na ploty. W mniejszym lub większym stopniu, ale jednak. Biorąc pod uwagę fakt, że zawsze usłyszę to sakramentalne "Z pracy czy z zajęć?", albo "Gdzie się Pani uczy?" coś w tym musi być.
[Ja NAPRAWDĘ chcę się tylko obciąć, tymczasem wysilam swój mózg, żeby odnaleźć odpowiedź na pytanie jakiej i czy w ogóle używam odżywki, a później czuję się odpowiedzialna za wypełnienie zawisłej między nami ciszy - bo lubię kiedy rozmowa się toczy]
Tak więc mam grzywkę. Dodając do niej moją szeroką żuchwę wyglądam trochę jak Tempryns Brenan.

Tłumacząc na jidysz zdanie "Dzikie zwierzęta wiedzą, że należy jeść takich, a takich ludzi i pić taką, a taką wodę" zastanawiałam się, w jakiej sytuacji życiowej mogłoby mi się podobne wyznanie przydać.
Ogólnie nauka tego języka przestała być dla mnie cierpieniem, a stała się czymś naprawdę zabawnym.
("Jego białe, długie gacie i moja łysina lśniły jak słońce na letnim niebie")
Nawet mam już wpis za pierwszy semestr. W kontekście majaczącej się wizji Gandalfa krzyczącego "YOU SHALL NOT PASS!" jest to rzecz naprawdę mocno wyzwalająca.
("Nie patrz tak na mnie! Zostałem rabinem, ale nadal bardzo cię kocham!")
Chociaż. Bo trzeba postawić sprawę jasno. Potrafię wyobrazić sobie Gandalfa wybierającego krem do rąk w rosmanie, ale zupełnie poza moim zasięgiem jest wyprodukowanie obrazu osoby własnej przy odpowiedzi ustnej na egzaminie z tegoż języka, który mam zaliczyć w sesji letniej. Gramatyka jest cudownie jasna i zrozumiała, ale na psa mi ta gramatyka, skoro nie będę znała słownictwa, w które będzie można ją ładnie ubrać.
I to nie jest tak, że "słownictwa zawsze można się nauczyć, nie przesadzaj". Któryś z wieszczów internetowych stwierdził kiedyś, że on się uczy tego niemieckiego, ale jego mózg skutecznie opiera się germanizacji. I ja go rozumiem, u mnie jest dokładnie to samo. Niemieckiego uczyłam się trzy lata, skończyłam z piątką, a pamiętam tylko piosenkę o wszy tańczącej na murze śpiewaną przez Sztefyna Mi/u/ylera z resztą. Podejrzewam, że z jidysz zapamiętam tylko zwrotkę i refren hymnu Bundu.

Poza tym oglądam sobie "Wojny Klonów" w ramach "przerwy od nauki".
Zupełnie nowym zwyczajem jest raczenie się kubełkiem lodów o północy. I bardzo lubimy ten nowy zwyczaj, trzeba przyznać.

[♪] Bonobo [Black Sands] - "Prelude" + "Kiara"
[koniecznie!]

22 stycznia 2011 [12:39:23]

[Zwyczaje Fiolkus Fasolkus]

tu! tu pyknij! (16) || Wyślij wiadomość ||

Wieści z frontonu (Zwyczaje sesyjne odc.2)

Hermijąnina dowiedziała się dzisiaj, że można trzy dni się uczyć tematu obejmującego plus - minus czterdzieści stron litego tekstu, iść spać o czwartej, wstać po czterech godzinach, powtórzyć, iść na dyżur i tego tematu nie zaliczyć.
(Moim absolutnie ulubionym komentarzem w takich sytuacjach jest "Łelkom tu de rii-yl łorld")
Bo Pan zada Ci pytanie spomiędzy wierszy. Albo twoja pamięć fotograficzna wyświetli ci error 404 akurat na tej stronie, na której była potrzebna dana informacja. Albo zaskoczy cię tekstem "A kim z zawodu był Garibaldi?". Albo musisz wymienić po kolei wszystkich wodzów azteckich (z dziennymi datami panowania). Albo nagle przestajesz myśleć, bo zamiast najpierw zrozumieć fabułę, ty tracisz siły na znalezienie różnic pomiędzy Zgromadzeniem Narodowym, Komitetem Narodowym tudzież Zgromadzeniem Komitetowym oraz umiejscowieniem ich w czasie i przestrzeni. Najlepiej prawidłowo.
Można.
I może nie jest to pożądane, ale jak najbardziej na miejscu. Stara prawda o uczniu bez karabinu i "Jak się nie psewrucis...".
Tymczasem Hermijąnina postanowiła rzucić studia i zmienić plany na przyszłość (waha się pomiędzy "kelnerką" w wiejskim barze a inżynierem po jakiejś zapadłej uczelni w Kielcach).
Oznajmiła mi to, po czym chwyciła za plik ksero i zaczęła fachowo zakreślać najważniejsze informacje żółtym kolorem.
Tak. Musi upłynąć dużo wody zanim Hjumanista wyzbędzie się pewnych odruchów.

[!] Tymczasem moja miłość do Garwiło Principa odzyskała dawną młodość przy okazji dzisiejszego posiedzenia nad I Wojną Światową.
Nie mam pojęcia jak ogarnę historię Polski w XIX wieku.
Zamiast się martwić - szukam w myślach po Kroke miejsca odpowiedniego do napisania (dokończenia) SHTÓki.
Poza tym, jak to zwykle bywa w sytuacjach, kiedy człowiek musi nad tym podręcznikiem siedzieć - nie stąd ni zowąd wypłynął spod mojego ołówka jeden tekst piosenki, jedno tłumaczenie oraz fragment "Dzieua Rzyci".
Na egzaminie zamierzam znowu podzielić się moją wersją alternatywną historii, jakimś smaczkiem, wiecie, czymś na co nie wpadłby nawet Wołoszański. Starego kotleta o Piotrze Wielkim, którego zabiła własna żona zamierzam nie odgrzewać. Ale też może być śmiesznie.

[♪] Alan Menken & Judy Kuhn [Pocahontas OST] - "Just Around The Riverbend"
[Aczkolwiek moim osobistym hitem sesji jest "Ty masz mnie za głupią dzikuskę" jidysze werszyn - marzę, żeby usłyszeć to w wykonaniu Adamsa]

26 stycznia 2011 [0:01:43]

[Zwyczaje Fiolkus Fasolkus]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Zupa monotematyczności / muszę więcej ora niż labora zdecydowanie

Jest dokładnie 13.30, a ja jeszcze śpię. Niby wstałam, niby żyję, coś tam powtarzam i obżeram się do granic skromnych możliwości mojego pokurcznego żołądka i jego pojemnej, w pełni autonomicznej kieszonki na deser (albowiem nastał tak zwany Dzień Pakmana), ale jednak.
Senny dzień to tragedia w zaistniałej sytuacji. Jerby nie ma (!). Zapasy zaginęły gdzieś w trakcie przeprowadzki. Odmawiam kategorycznie zażycia "tabletek na porost mózgu" (jak to mówi Hermijąnina) o wdzięcznej nazwie "Sesja" oraz wprowadzenia w swój organizm wszelkich płynów energetyzujących mających kolor, zapach i smak płynu do spryskiwania. Są pewne granice upodlenia przecież.
Pozostaje zrobienie sobie kawy i udawanie, że mnie obudziła.

Zyskałam kolejny argument w ciągle powracających (irytujących mnie niezmiernie) dyskusjach na temat "wyższości nauk ścisłych nad humanistycznymi" innymi słowy: "jesteś frajer, jeśli twierdzisz, że nauka historii się przydaje".
Niechże zacytuję mój podręcznik do XIX wieku, rozdział o gospodarce.

"Zarzucono uprawę winorośli, a rozwinięto uprawę rodzynków."

A teraz przeczytaj jeszcze raz.
I jeszcze.
I pomyśl do tego.
Zestaw podręcznik plus ćwiczenia. Dowiadujemy się co to propaganda, jak działa i uczymy się wychwytywać ją ze strumieni informacji. Poza tym zadanie z interpretacji: "co wydarzyło się tak na serio?". Zawsze lepiej brzmi "Zostańmy czołowym producentem bakalii!" niż "Panowie, uprawa nam zdechła".

[!] Tęsknię za Psicą. To jedyna istota zawsze chętna, żeby mnie wyprowadzić na spacer. Półgodzinny. Ot.

[♪]Evanescence [Fallen] - "Bring me to life"
[za fragmenty "Łejk mi ap insajd" i "Sejw mi" (z dwoma wykrzyknikami); utożsamiam sie z podmiotem lirycznym - w ten czy inny tam sposób]

29 stycznia 2011 [14:05:33]

[Nudle w5minut]

tu! tu pyknij! (3) || Wyślij wiadomość ||

To jest ten moment, kiedy wykrzykuję "Co za kretyn!" i mam na myśli Napoleona III

Na niektórych ludzi zawsze można liczyć.
Zamiast na spacerek półgodzinny zostałam wczoraj wyciągnięta (rzut na siłę woli mi nie wyszedł) na regularną imprezę oblewającą obronę magistra. Zgrzeszyłam nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu ze trzy razy pod rząd, a i tak resztki piccy dojadać będziemy jeszcze jutro.
[!] Nie wiem, czy już wam zdradzałam tę tajemnicę, ale najlepsze kawały o Żydach opowiadają żydolodzy. Albo Żydzi.
Jestem na tym etapie przeuczenia, kiedy śmieszą mnie, i to do łez, chamsko - rasistowskie dowcipy (wczoraj zasłyszane). Wiem już, co jutro powiem, jeśli dostanę pytanie o wojnę secesyjną ("To ja może zacznę od żarciku, Panie Doktorze... Co by wyszło ze skrzyżowania murzyna z ośmiornicą?...").

To jest ten moment, kiedy mówię z podziwem "Szeżty, skubańce óesańskie..." komentując w ten sposób okoliczności powstania Kanału Panamskiego i przejęcia Kuby Wyspyjakwulkangorącej.

[♪] James Horner [Avatar Score] - "The destruction of 'Home Tree'"

30 stycznia 2011 [23:06:22]

[Nudle w5minut]

tu! tu pyknij! (1) || Wyślij wiadomość ||