. improwizacja-mniejsza

Wyobraź sobie Fiolkę z błyszczykiem na ustach w panice dopijającą malibu, za które zapłaciła złotych dziewięć i to właśnie cena zadecydowała o tym, że nie porzuciła go, mimo że została wyrzucona z knajpy dla istot powyżej dwudziestego pierwszego roku życia.
Wiem, że wyobraźnia ma swoje granice.
Dla ułatwienia dodam, że Fiolka nie miała wtedy na sobie obcasów, a najzwyklejsze na świecie treki z vibramem.

Mon Dieu, czuję, że przez te cztery dni goszczenia u siebie wymiany z Włoch nadrobiłam zaległości knajpiano-imprezowe z całych siedemnastu lat życia, a zapasu jeszcze starczy mi do studiów. Dziękuje losowi za pustelnię, którą stał się teraz mój dom. Cała eduardowa familia, pokoleń: trzy, udała się w kierunku polskich gór zostawiając na włościach jeno Fiolkę nadrabiającą zaległości w szkole, psa i spleśniałą połówkę chleba. Pieniądze sobie darowała. Mimo wszystko pięknie jest, nie musze odzywać się do nikogo i mogę używać głośników.

Myślę sobie, że warto było. Kiedy wącham moje włosy, które do dzisiaj śmierdzą papierosami natychmiast staram się myśleć o czajniku do mokki, puszce espresso i trzech butelkach wina, które dostałam w prezencie od Włoszki. Później myślę o kryształach, których nie będę musiała już odkurzać, bo zostały przygarnięte do serca przez osobę, która nigdy nie mieszkała w Polsce Ludowej. Działa.
I wycieczka do Krakowa. Nie chciało mi się wybitnie, bo przecież ile razy można zwiedzać Wawel, ale w drodze uświadomiłam sobie pewien fakt. Przecież leży tam Wieszczu, nie wypada się nie przywitać. Mró powiedziała, że pani przewodnik miała naprawdę dziwną minę, kiedy stanęłam przed zejściem do grobowca i w wielkim zamyśleniu powiedziałam: „Wiecie co? To chyba nie może być fajne, jak po śmierci robią cię w jajo i przenoszą do tej samej krypty, co twojego rywala z pierwszego pojedynku freestylowego w dziejach…”.
Morał z tej bajki jest taki, że kupowanie ciuchów, dobór farby do malowania pokoju i własny pochówek warto załatwiać samemu. Jeśli zostawi się to osobom trzecim, zawsze zrobią coś głupiego.

♪ "Etna" - Siddharta

7 października 2006 [17:03:50]

[Główna]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Z cyklu „Fiol kontempluje (przy kawie)”
Już wiem, dlaczego moje ulubione postacie z książek zawsze umierają w samym środku historii.
Zwykle są to idealiści służący ziemkiewiczowskiemu „pierwszemu wrażeniu” (patrz: „Pieprzony los kataryniarza”), szaleńcy, którzy nie zawahaliby się oddać życia za kogoś innego. Każdy szanujący się pisarz musi takie indywiduum uśmiercić, jeżeli chce, aby jego opowieść była wiarygodna i nie zaprzeczała prawom wszystkich znanych ludziom nauk.
Siłą rzeczy taka postać musi zginąć śmiercią bardzo głupią (żeby idiotyczną nie napisać). Na przykład pomaga uciec ludzkiemu dziecku, które, nawiasem mówiąc, sam zwabił do domu „na herbatkę” w celu późniejszego podarowania strasznej Czarownicy. Albo jest Szermierzem Natchnionym, który nigdy nikogo nie zabił. Albo jest ulubionym patrycjuszem kogoś tak kopniętego jak Neron i próbuje narzuć mu własne zdanie. Albo próbuje opóźnić nieco pościg (bardzo skutecznego) Łowcy Nagród i wyzywa go na pojedynek z całą świadomością tego, że przeciwnik jest cholernie szybki, podczas kiedy on sam do walki używa cholernie ciężkiego miecza. Powinien był zauważyć, że coś jest nie tak już w momencie, kiedy najczęściej powtarzaną przez niego kwestią stało się „Nie jestem Nilfgaardczykiem” i jakoś nikt nie kwapił się by mu uwierzyć przez bite tysiąc osiemset stron. Ja bym się nad sobą zastanowiła.
[nawias]Akurat. Ja w kółko powtarzam: „Dam sobie radę SAMA” i też nikt mi nie wierzy, a przemyślenia na temat własnej egzystencji jak się nie pojawiły, tak się nie pojawiają.[/nawias]
I cóż w takiej sytuacji autor począć może. Lituje się nad biednym idealistą i ubiera głupią śmierć w cały garnitur słów uważanych powszechnie za patetyczne. Czytelnik nie plaska się otwartą dłonią w czoło, a i biednemu idealiście umierać lżej.
No, jakie ma autor wyjście.

♪ "Zaprzepaszczone Siły Wielkiej Armi Świętych Znaków" - COMA
[czternaście minut trzynaście sekund i każdy dźwięk potrzebny]

9 października 2006 [23:38:51]

[Główna]

tu! tu pyknij! (9) || Wyślij wiadomość ||

Dwugodzinne pisanie charakterystyki porównawczej Tristana, Romea i Wertera psychicznie mnie wykończyło. Dlaczego ja nie potrafię przerwać w momencie, kiedy zaczynam pisać nie na temat, a moja praca może być dokładnie każdą formą literacką, z dramatem antycznym włącznie, tylko nie charakterystyką? Dlaczego moja prawa ręka wraz z wprawieniem ją w ruch ogłasza niepodległość, wszczyna walki o wolność i jeszcze do tego krzyczy coś o represjach? Bo ja tu miałam pisać co tałałajstwo powyższe łączyło, a co dzieliło, kiedy nie-dzieło moje zaczyna się apostrofą do Kobiety (tu cytuję: „Kobieto! Ty, która po tym, jak w PRLu wsiadłaś „na traktory”, „puchem marnym” zwać się już nie możesz!”).
No i znowu trzeba będzie wciskać kit o „charakterystyce porównawczej w formie eseju”.
Pani jesień przyszła do przedszkola, drogie dzieci i tyle. Bo znowu do redakcji oddałam teksty na wczoraj, przez co numer październikowy, owszem, wychodzi, jeno połowa będą to rasowe zapchajdziury stworzone przez Redaktor Szefową i Redaktora Naczelnego (jak zwykle nie z mojej winy, jak zwykle zawalił mail). Bo zeszłam do kuchni po herbatę, a przyniosłam kakao. Bo wracam do mojego typowo jesiennego nawyku wstawania w środku nocy i gapienia się w niebo. Bo znowu wena twórcza wessana została w niebyt i tym podobne wymiary, których to sobie wyobrazić nie możemy, jak twierdzi moja profesor od filozofii. Łord zapewne znowu mnie zapyta, czy „zapisać zmiany w pliku mroo.doc” i znowu kliknę „Tak”, mimo że zmian nie było żadnych. No, może oprócz kilku enterów. Naprawdę brakuje mi opcji „Poczekaj, jeszcze się zastanowię”.
Tylko koleżanka Chandrodepresja jakoś się spóźnia i jak tak dalej pójdzie, to naprawdę zacznę się martwić. Trzeba jej wysłać eSeMeSa i zapytać, czy na pewno wszystko w porządku.

[!] Po przeczytaniu „Wielkiej Improwizacji” Wieszcza stwierdziłam, że już wiem dlaczego skończył ją, po czym padł na własne biurko i ruszyć się nie mógł (w tej wesołej pozycji odnaleźli go nad ranem kumple). I nie miało to nic wspólnego z alkoholem ani opium.

♪ "The Harder They Come" - Paul Oakenfold feat. Nelly Furtado & Tricky)

16 października 2006 [20:53:25]

[Główna]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Wiecie ile można sobie narobić zaległości przez cztery dni nieobecności w szkole?
Ano tyle, że kiedy postanawiasz to wszystko nadrobić, zaczynasz marzyć o byciu analfabetą w zachodniej Ugandzie. Marzysz o dobie, która ma trzydzieści sześć godzin. Marzysz o tym, co będziesz robił po studiach (o spaniu konkretnie). Marzysz o chałwie Ukraińskiej, którą Kuuba przemycił przez granicę i obiecał cię nią nakarmić. Marzysz o byciu kimś średnio ambitnym. Marzysz o byciu geniuszem. Marzysz o tym, co zjesz sobie na kolację.
I na marzenia tracisz mniej więcej siedemdziesiąt procent czasu przeznaczonego na naukę. Kolejne pięć tracisz na pisaniu ołówkiem po blacie biurka czegoś w stylu „Matrix Has You”. Złe przyzwyczajenie ze szkoły do domu przyniesione.

W tej sytuacji Fiolka może zrobić tylko jedno.
Zwiać na kolejne dwa dni ze szkoły.
Wybaczcie, ale oprzeć się nie mogłam. Jedno słowo: GÓRY (dwa wykrzykniki). I wszystko jasne.

[!] Kit przeszedł. Monstrum nazwane „charakterystyką porównawczą w formie eseju” zostało ocenione na bdb i uśmiech polonistki. Są rzeczy bezcenne, za inne zapłacisz kartą jakąśtam.

♪ "Square One" - Coldplay

18 października 2006 [22:21:44]

[Główna]

tu! tu pyknij! (10) || Wyślij wiadomość ||

Trasa nie była ciężka, co przywitałam z lekkim uśmiechem. Jak wiadomo, w tym sezonie największym wysiłkiem fizycznym jaki zrobiłam, było przeniesienie mojego monitora do pokoju obok, ewentualnie wejście po schodach (ale uwaga! Z wielkim dzbankiem herbaty i dwoma kubkami w rękach!). A i ekipa była taka, że spokojnie mogłam się dowartościować. Jeden facet naprawdę chciał przez całe dwa dni nosić w rękach małą reklamóweczkę z klapeczkami (brwi podjechały mi wysoko do góry, ale nic się nie odezwałam). Ale ten sam gość przyszedł do nas na drugi dzień rano i zapytał, czy nie mamy przypadkiem prostownicy (nadal nic się nie odezwałam, byłam dzielna. Albo zbyt zaskoczona).
Także nie miałam okazji do marudzenia. Trasę jedenaście kilometrów, pokonaliśmy w sześć godzin, co daje nam tempo zbliżone do tego, które osiągnęła horda emerytek i rencistek z Klubu Dobrej Gospodyni.
Więc kiedy na drugi dzień Siostra Prof ogłosiła zakłady, po jakim czasie wtoczymy się na szczyt Czantorii (wchodziliśmy od strony Kiczery) bez mrugnięcia okiem powiedziałam „dwie godziny”. Siostra spojrzała na mnie jak na kretyna, zaprotestowała, że „przecież to tylko lekko ponad dwa kilometry wchodzenia pod górkę”, na co byłam w stanie odpowiedzieć tylko tyle, że „górkę ostrzejszą niż wczoraj, zapisuj”.
Tak to jest proszę publiczności zgromadzonej w studiu, kiedy się myśli, że nic cię już w życiu zaskoczyć nie może, że ludzi rozgryzłeś i teraz będą dla ciebie jak program telewizyjny, który po dwóch dniach znasz już na pamięć. Oto ekipa złożona z ludzi, którzy na dwa dni w góry zabierali dwie pary butów i kosmetyczki większe niż mój plecak wkroczyli na szczyt po czterdziestu minutach. I przyznać muszę, że raczej toczyłam się w spokoju za nimi. Jakaś część mojego ciała stwierdziła, że „Not enough MANA” (ale to zignorowałam). Jak już kiedyś powiedziałam, góry uczą pokory.
I optymizmu.
I dystansu.
I jeszcze wielu innych rzeczy, o których banałów popychać nie wypada.

Ale i tak najbardziej zaskoczyła mnie moja stateczna, odpowiedzialna, poważna Siostra Prof, która rano podeszła do naszego stolika ze słowami: „Macie tu fetę i zioło”. Zdążyłam się nieźle przerazić zanim zorientowałam się, że chodzi o serek pleśniowy i zioła prowansalskie.

♪ "The Shaping of the World" - Jason Hayes
[tak, to jest to ładne ze score do "World of Warcraft"]

22 października 2006 [10:52:44]

[Główna]

tu! tu pyknij! (12) || Wyślij wiadomość ||

Godzina 15.54 czasu Sarajewo – Skopie – Warszawa.
Ulicami pewnej mieściny leżącej gdzieś na południu IV Rzeczpospolitej przemyka się postać. Postać pisana z małej litery (no, chyba, że na początku zdania), ale poczekajcie, kiedyś się jeszcze dużej litery dorobi. Przemyka się przez uliczną dzicz niezauważona przez nikogo, w końcu ma na sobie barwy maskujące: spodnie moro typu „woodland”, sweter zwany „złym i mrocznym” (zapewne ze względu na rękawy wyciągnięte do kolan) i, najbardziej maskujący z całego ubioru, szalik w barwach rasta.
Godzina 15.56
Postać (nadal z małej litery) podchodzi pod Miejski Ośrodek Kultury. Budynek ten zaprzecza wszelkim prawom fizyki i logiki. Rozmiarom nie dorównuje nawet byle Biedrónce, a mieści w sobie galerię, salę konferencyjną, urząd stanu cywilnego, dwie knajpy, salę bilardową… (cięcie notki, budżet nie pozwala) …i kino, które zawsze jest zamykane na wakacje.
Godzina 15.58
Postać (mała litera!) czeka oparta o filar pomalowany farbą „chaber oczowyżeracz”. Niczym elfi łowca idealnie wybiera tło, w które będzie się mogła skutecznie wtopić.
Godzina 16.00
Postać (jak wyżej) nadal wtapia się w tło.
Godzina 16.01
Pod Miejski Ośrodek Kultury podjeżdża dwójka, na oko, licealistów na jednośladach napędzanych (ekhm…) pedałami. Zero reakcji na postać. Z tego też powodu postać nie reaguje na licealistów.
Godzina 16.03
Postać (nadal z małej) czeka.
Godzina 16.05
Postać (sami wiecie) zaczyna coś podejrzewać. Przygląda się licealistom, którzy śmieją się, wygłupiają i rozmawiają na bliżej nieznane tematy.
Godzina 16.06
Postać (no…) bierze sprawy w swoje ręce. Odrzuca swój genialny kamuflaż i wyłania się z ukrycia. Kieruje swe kroki w stronę, na oko, licealistów.
Postać: Ej, ej! To nie wy przypadkiem macie mi sprzedać słuchawki?
Na Oko Licealiści: (rozmowa się urywa, zastygają w bezruchu, w ich oczach pojawia się przerażenie)
Na Oko Licealista I: No, ja mam…
Postać: Świetnie… Pisałam: zielono – żółto – czerwony szalik. Już chyba bardziej charakterystycznego się nie dało…
Na Oko Licealista I: (jeszcze większe przerażenie) Ale… Miał być zielony…
(Psychika postaci zostaje bezceremonialnie powalona na kolana, krzyczy o więcej arkuszy popularnego „Czytania ze zrozumieniem” dla polskiej młodzieży, więcej ćwiczeń na kojarzenie faktów, więcej… (ponownie cięcie budżetowe)

Niniejsza scenka rodzajowa dowodzi, że Fiolka sieje na ulicach postrach (ubiorem? Szalikiem w temperaturze plus dwadzieścia? Fryzurą / jej brakiem?). Aż strach do niej podchodzić.
Wniosek dla szanownej publiczności jest taki, że nie należy się umawiać na osobisty odbiór zakupów z aj-legło, jeśli nie jest się ładną i przyjemną dla oka brązowooką blondynką.

Ale później, jak stałam na przystanku, jakiś nieznajomy, na oko, dwunastolatek, także poruszający się jednośladem na pedały, zeskanował mnie wzrokiem, uśmiechnął się szeroko i powiedział „cześć”. A to znaczy, że chyba jednak jestem fajna.

♪ "Robin" - Taku Iwasaki

24 października 2006 [22:03:51]

[Główna]

tu! tu pyknij! (2) || Wyślij wiadomość ||

Po dwóch godzinach miętoszenia książki od biologii (albowiem uczucie bezsilności wywołane niemożnością wbicia sobie do głowy pewnych faktów z podręczników objawia się u mnie miętoszeniem i alertem dźwiękowym typu „aaieeeee!” w rozszerzeniu wav), po dwóch godzinach przedzierania się przez neurony, bruzdy (można pomylić z „bzdurami”) i zakręty, potykając się o psa Pawlowa, w końcu dotarłam do upragnionego ostatniego zdania powtórki.
„Wniosek jest prosty, choć niezbyt odkrywczy” – powiedziała do mnie książka, a imię jej „Biologia 1 OPERON” – „należy się cierpliwie i ustawicznie uczyć!”.
Moje eksteroreceptory odebrały bodziec spotęgowany wykrzyknikiem na końcu zdania, zamieniły go na impuls nerwowy, który spokojnie udał się w kierunku mojego mózgowia. Kiedy już tam dotarł, poturbował i spustoszył moją, i tak już zachwianą, psychikę (wszak „Jestem oazą spokoju, [cenzura], [cenzura] [cenzura] kwiatem na tafli jeziora”). Pomimo, że mózg [!] mój dokładnie od czterdziestu (i czterech) już minut pracował na zasilaniu awaryjnym.
Oczy zwężają się w małe szparki. Mięśnie kończyn górnych wykonują lekki skurcz. Powietrze uchodzi z płuc przez nos. Wszystko synchronicznie.
Z ust wydobywa się ryk straszliwy (uruchomienie dźwięku „GROOO.wav”).
… i pod owym zdaniem dopisane zostało jedno, jedyne słowo, uważane za najbardziej ciętą ripostę świata.

[!] …a mózg mój ma na imię Pinki.

♪ "Navras" Juno Reactor feat. Don Davis

26 października 2006 [22:32:50]

[Główna]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||