. improwizacja-mniejsza

Dzień luja mam. Chęć na najgorsze szmaty, wyciągnięte swetry i błoto za paznokciami. Dzień chęci na plecak, pot, sól na wargach i leżenie na dworcu w oczekiwaniu na pociąg, który przyjedzie za dwie godziny. W towarzystwie kartonu mleka. Wyłącznie.
Patrz na mnie z obrzydzeniem, dotykaj ze wstrętem ale, do jasnej góry, weź mnie stąd.

Odgrzebałam jakieś relikty przeszłości datowane na gimnazjum. W rozszerzeniu .doc. Powstała wtedy np. „Historia Fiolki +3” (tytuł oryginalny niewiele mówi – „Terapia jonowa.doc”). Zajęła dokładnie 19 stron A4 i najsmutniejsze w tych 19 stronach nie jest kilka błędów stylistycznych, czy lekko rzygawiczna banalność historii, ale to, że wszystko, co tam opisałam zdarzyło się. Dokładnie na odwrót. Nawet do szkoły poszłam innej. Nawet geografię pokochałam, w dodatku nad życie.
Już wiem, dlaczego Mickiewicz spalił swoją „Historię Polski +50”.

Z dwóch powyższych powodów przegrałam z całym powstaniem styczniowym. Dobrnęłam do połowy. A później zasłuchałam się w skora z trzeciej części „Piratów Wiadomojakich”. Najlepszego skora z trzech, tak nawiasem.

Bo faktycznie jest mi źle,
(nie-emo) samo-tnie,
i najchętniej odmroziłabym ten odbyt na betonie
na dworcu w Krakowie.
Kupiłam mleko białe
wrosnę tu na stałe
i wszystko będzie dobrze [...]


♪ "Nienasycenie" - COMA
[za powyższą, bezczelną para-fiolo-frazę SZ.P. Roguckiego
p r z e p r a s z a m y
serdecznie.
ja i mój kubek z królową Elizabeth wyładowany teiną.]

1 października 2007 [21:19:17]

[Główna]

tu! tu pyknij! (8) || Wyślij wiadomość ||

Gdybym tylko mogła, to poszłabym gdzieś, gdzie nie mam szansy spotakć siebie samej.
W każdym razie bardzo chętnie ograniczyłabym swój z sobą kontakt do minimum.
Bardzo.

[apgrejd]
Spełniam jedno ze swoich małych marzeń: wypełniam kubek Amazonią

♪ "Tak, tak... to ja" - Grzegorz Ciechowski

5 października 2007 [16:19:34]

[Główna]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Nigdy nie lubiłam kolonii. Dzisiaj wiem dlaczego. Do tej pory myślałam, że po prostu od dziecka kochałam się w górach, prysznicach typu „wigwam” i przeciekających namiotach, tylko musiałam sobie to uświadomić pierwszym obozem z legendarną 69 HDT. Ale to nie o to chodzi. Bo nornice pod namiotem i mycie włosów w cudownie zimnym potoku to swoją, leśną drogą. A Ysterajś w Jugendherberge z łóżkiem oraz łazienką przeżyłam znowu i nie nudziło mi się wcale.
Chodzi o to, czy wyprawa jest twórcza, czy dupoplaszcząca tak naprawdę.
Powstał list do Kulki, cała lista obelg zaczynających się od „Twoja stara” („… podlewa kwiatki w Simsach” albo „… gra humanem priestem” na przykład), dwa paski komiksu „Przygody Mrocznego Romanka (…czyli metal w nieprzyjaznym świecie emo)” mojego autorstwa, a pierwowzór głównej postaci, nasz paparazzi M(h)roczny R(h)oman napisał coś ponad 1000 znaków felietonu. Co nigdy mu się nie zdarzało.
Ot, Kinder-dziennikarska wyprawa.

[!] Poznałam jedyne słowo w języku szwabskim, które naprawdę ładnie brzmi.
Edelweiss
Przywiozłam ze sobą małą manię szarotkową. Bywa.

Poznałam Precelka, która zwabiła mnie do różowego sklepu o wdzięcznej nazwie „Bipa” i dedukowała w kwestii perfum. W efekcie znam już więcej zapachów niż trzy. Nawet kupiłam Pumę czerwoną. I dałam Mum po przyjeździe.
Poznałam Panią Kretową, która mówi oczami i jest zeszytofilem. Odwiedzałyśmy wszystkie księgarnie i sklepy alpinistyczne. Kupiłam w końcu kubeczek termiczny. Z wilczą łapą.
W India Shopie pan sprzedawca był tak skuteczny, że doprowadził perfumami Szwarcównę do szaleństwa. Natomiast kiedy zaczęłyśmy wszystkie wybierać kolor arafatki, bo obiecał nam, że jedną da nam gratis, jeśli kupimy trzy stwierdziłam, że ktoś tu chyba chce wkręcić Córkę Eduarda, czyli, nomen omen, handlarzo – krętacza z dziada, pradziada. Coś śmierdziało i nie były to kadzidełka. Wyszłam, chwaląc pana, że prawie mu się udało i postanowiłam, że przyśle tu kiedyś Wielkiego E. Zobaczymy kto wygra.
W efekcie wydałam większość pieniędzy i musiałam żebrać o kawę u facetów.
Ale picie herbatki z kubka termicznego nad jeziorem w Alpach jest bardzo, ale to bardzo przyjemne. Bardzo, zaznaczam raz jeszcze.

Znalazłam sobie muzeum, w którym mogłabym spokojnie być kustoszem. Jest w Wiedniu i nazywa się „Dom muzyki”. Zapraszam.
Natomiast nie polecam domu Mozarta w Salzburgu. Gdyby nie ten deszcz za oknem, przez który zrobiło się nagle tak prawdziwie i wiarygodnie, to nie pomogłyby nawet włosy i jedwabny portfel za szybką.
Nie cierpię muzeów. Szczerze. Oprócz tego jednego w Wiedniu. Który potwierdza regułę.

Wróciłam.
No, nie miałam wyjścia.
Przynajmniej na razie, bo kiedyś nie wrócę tak szybko. I jak na razie średnio to sobie wyobrażam, ale tak po prostu będzie.
A innym razem nie wrócę wcale. I to nie jest groźba, czy próba wymanipulowania „Nie! Nie zostawiaj nas!” tylko fakt z przyszłości, który kiedyś stanie się faktem z dzisiaj. I ani ja, ani wy na to nic nie poradzicie.
„Amen, I’m alive”.

♪ "The promise" - Michael Nyman

16 października 2007 [12:22:25]

[Główna]

tu! tu pyknij! (2) || Wyślij wiadomość ||

Przychodzi w końcu, Kiedyś, z wielkiego nienacka taki dzień w życiu każdego człowieka, że najchętniej spóźniłby się na wszystkie kolejne autobusy i pociągi. Spóźniłby się na wszystkie autobusy i pociągi świata, tak dla pewności.
I został tu, gdzie siedzi
Na wieki
Wieków
I Amen

♪ "Inside" - Sting
♪ "Iris" - Goo Goo Dolls
[bo ta piosenka co noc gra specjalnie dla kogoś innego i spokojnie trzeba czekać na swoją kolej]

17 października 2007 [7:46:43]

[Główna]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Łikend jest troszkę mało rozciągliwy.
Co staram się zmieścić w tych zdechłych kilkudziesięciu godzinach wymieniać nie będę, ale podejrzewam, że czasu na sen mi nie starczy. Cóż, sen będę musiała wcisnąć jakoś w ramach przemieszczania się autobusem bądź odwiedzin u Wiosełka. O, tak. On sobie będzie struny szarpał i plumkał, a ja godzinkę się zdrzemnę (pomysł genialny, ale zapewne jak każdy pomysł tego typu – nie wyjdzie).
Z grafiku postanowiłam wywalić sztukę bizantyjską i już się lekko poluźniło. Później wywaliłam resztę nauki i poczułam się szczęśliwa. Fiolce gratulujemy sprytu.

Generalnie to bardzo dawno czytałam coś innego niż książka od historii (dowolnej). Ale nie martwcie się, przyszedł koniec umowy, wraz z nią zmiana telefonu, w nowym telefonie można czytać e-booki.
Pro-fa-nac-ja.
Ale cóż poradzić.

Siedzimy w klasie historycznej, czekamy w spokoju na Pana Dyra i lekcję „historii (najn)”. Brak dwóch koleżanek.
W pewnym momencie przez otwarte drzwi dostrzegamy Pana Dyra w pędzie. Z wąsem rozwianym i krawatem falującym na wietrze. Za nim brakujące koleżanki, w pędzie również. Pan Dyro wpada do klasy zatrzaskując za sobą drzwi i próbuje łapać oddech. Zaraz za nim wpadają brakujące koleżanki.
Pan Dyro: (z wielkim uśmiechem na twarzy wyciąga w ich stronę oskarżający palec wskazujący) Ha! Spóźnienie!
Gdyby nie to, że KLOP codziennie dostarcza mi podobnych rozrywek to pewnie popadłabym w depresje i nie chodziła tam w ogóle. I pomimo że nie mam czasu nawet na korki z historii (...a to już patologia) to ciągnie. I jak mam nie iść to wolę iść.
Tym bardziej, że stałym wystrojem naszej klasy od historii stał się ekspres do kawy. I jak tu nie kochać?

[!] Jestem absolutnie, od początku do końca i na zabój zakochana w „The Invisible”. Skoro hollywoodzki rimejk był taki, to czas obejrzeć szwedzki pierwowzór.
Potrzebuję soundtracka.

♪ "Taking back control" - Sparta

25 października 2007 [22:03:40]

[Główna]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||