. improwizacja-mniejsza

Przywitam się z państwem dostojnym „smark” i uronię łezkę.
Tak to jest, kiedy się wychodzi z domu bez kurtki, a na uwagę Mum, że jest li i jedynie plus trzy stopnie odpowiada się: „Przesadzasz. Przecież jeszcze nie dawno było lato!”.
Także w tym roku zima zaskoczyła nie tylko polskich kierowców, ale samą Fiol. Mój obecny stan zdrowia, to oczywiście nie moja wina. Winę ponosi złośliwy klimat. Czas, który za szybko biegnie. Szkoła do której trzeba chodzić. Zone, która zupełnie się mną nie interesuje i Kuuba, który twierdzi, że o mnie dba, ale widać przypominanie mi o założeniu kurtki wychodzi poza jego kwalifikacje (za to przypomina, żebym się nie oblała wrzątkiem przy zalewaniu kisielu wpięćminut). Rząd Polski, który ponosi winę za wszystko hurtem. Prezydent ÓSA, który jest winny już tylu rzeczy, że jedna w tę czy tamtą nie zrobi mu różnicy. I oczywiście Mum. Bo gdyby dwa lata temu nie straciła swojego autorytetu w momencie, kiedy odkryłam, że przez całe życie na moje przeziębienia podawała mi syrop wykrztuśny i przeciwkaszlowy jednocześnie, na pewno bym zareagowała na jej uwagę o temperaturze.

Sympatycznie jest. Kordełka, herbatka. Po tych wszystkich ambitnych lekturach szkolnych rysuje sobie mózg Wędrowyczem w międzyczasie nadrabiam zaległości w redakcji. Tylko smutno, że omija mnie moje ulubione święto w KLOPie. Jest taka tradycja, że przed Zaduszkami po szkole krąży karteczka, na którą każdy może wpisać nazwiska zmarłych (w domyśle: bliskich), za których ma być odprawiana msza (tak, specjalnie zwalniają nas z lekcji).
Wyobraźcie sobie mój uśmiech, kiedy rok temu Kolega Masłowski Młodszy stojąc za amboną z kamienną twarzą wyczytał: „Robert Nesta Marley” i „Ryszard Riedel”.

♪ "Śmierć na pięć" - Republika
[i to wcale nie z tego powodu, który macie na myśli]

2 listopada 2006 [10:27:25]

[Główna]

tu! tu pyknij! (5) || Wyślij wiadomość ||

Czasami polska rzeczywistość przestaje mnie śmieszyć.
Lista katastrof jest długa, a zaczyna się od tego, że czternastoletnie dzieci robią rzeczy gorsze niż dorośli i nadal odpowiadają za to jak dzieci. Bo za ich zachowanie wini się dokładnie wszystkich: rodziców, uczniów, nauczycieli, media, system szkolnictwa, tylko nie ich samych. Osobiście kwestii źródła i wzorców rozsądzać nie będę, bo jak znam siebie ocierałoby się to o filozofię i teologię, a w obecnych czasach Re – Renesansu wywodów takich nie bierze się na poważnie, ba! Nawet na poważnie się nie słucha. Poza tym dużo kilobajtów by to zajęło.
Plusem całej sytuacji, bo takowy istnieje, jest to, że nasz kochany Strażnik Teksasu, Piękny Roman z wielkimi ciągotami do sprzątania, w końcu zaczął sprzątać tam, gdzie powinien i zajął się gimnazjami zostawiając swoje genialne innowacje dla liceum w świętym spokoju. I niech tak zostanie na wieki, wieków, albo przynajmniej do mojej matury. Trochę czasu im to zajmie. Zawsze twierdziłam, że gimnazja są jak radziecka bomba: musisz się nieziemsko namęczyć, żeby rozbroić, a i tak nie masz stuprocentowej pewności, że nie zacznie znowu tykać, ot, sama z siebie.

Jakby tego było mało, moja ciotka za tydzień będzie jedną z tych czterystu tysięcy Polaków na emigracji, przez których Anglik już nawet w sklepie nie może dogadać się po angielsku. Podkatastrofą jest fakt, że w Polsce obcokrajowiec jadący na gapę w autobusie nie może się już poratować starym numerem zaczynającym się od słów „I don’t speak Polish”, gdyż okazuje się, że kanarowi to wcale nie przeszkadza, bo ma CPE i dyplom wyższej uczelni filologii germańskiej.
Wyobraźcie sobie, że w czasach tej Wielkiej Emigracji znalazłam paru szaleńców, którzy w Polsce chcą zostać. Smutne jest to, że nie maja pojęcia czy „będzie to możliwe”. Ha! Ja się nie dziwię, bo sama się boję. Poza tym, jak to zwykle bywa u Fiol, z pierwszym śniegiem budzi się we mnie ta malutka iskierka włóczęgi i jeżdżę moim krótkim placem wyposażonym w obgryziony paznokieć po mapie. Z tym, że palec mój kieruje się gdzieś w okolice Tybetu, Fudżi, wzdycham, i jadę dalej: Jerozolima, Aconcagua, kończę gdzieś w Wellington skąd stopem udaję się do podnóża Ngauruhoe. Jakoś tak odwrotnie niż wszyscy.
Ale jeśli wierzyć, że historia jest jak chomik wciśnięty do karuzeli, cały czas koła zatacza i Wielka Emigracja właśnie się dokonuje, to znaczy, że za sobą mamy już rozbiory. A przed sobą wiadomo co.
Niniejszym stwierdzam, w całym swoim patriotyzmie i umiłowaniu Ojczyzny, że pomysł Kuuby o etnologii i mieszkaniu w jakiejś afrykańskiej lepiance nie jest taki szalony i taki wybitnie nie dla mnie, jak wydawało mi się na pierwszy rzut oka.

[!] ...tym bardziej, że Ola śmiertelnie pokłóciła się z Tolą i Blog 27 ostatecznie się rozpadł, pomimo sukcesów na japońskich listach przebojów. Po tej katastrofie nazywanie się „Polakiem” przestało mieć już jakikolwiek sens przecież...

♪ "Shadow of the Moon" - Blackmore's Night

4 listopada 2006 [12:31:40]

[Główna]

tu! tu pyknij! (10) || Wyślij wiadomość ||

No i skończyło się leżakowanie. Jutro trzeba będzie wyjść na śnieg, mróz i zawieję. Decyzja Wielkiego Eduarda wyrażona słowami (tu cytuję): „Może byś tak do szkoły w końcu poszła?”. O, i w tym momencie w głowie zaświeciła mi się żółta żaróweczka i już wiedziałam, o czym zapomniałam.
Nicnieróbstwo prostuje zwoje mózgowe, na co jest wiele przykładów. Wystarczy się rozejrzeć.
Przez te osiem dni choroby zajęłam się wszystkimi rzeczami, które zawsze odkładałam na później ze względu na ciężki proces samoedukacji. I tak:
1] Po długim czasie, w bólach zrodziłam grafikę do szablonu Kúby. Próby były trzy: za pierwszym razem nie podobało mi się już tło, więc dziecię porzuciłam, niczym wyrodna matka, w powijakach. Za drugim razem wyłączyli mi prąd, co ostatnio na mojej dzielni jest zjawiskiem normalniejszym niż to, że autobus 7.29F spóźnia się dokładnie dwadzieścia trzy minuty. Chyba nie muszę dodawać, że przez godzinę mazania zdjęcia brószami nie wpadłam na to, żeby pseudo-dzieło swe zapisać. Oczywiście.
2] W niemniejszych bólach zrodziłam trzy teksty do gazety. Jeśli wydrukują wszystkie, będę chyba pierwszym człowiekiem na Ziemi, który poniesie wielokrotną śmierć. Z ręki Mum (felieton o tym, jak sprzątała przed przyjazdem Włochów), z ręki Dyra (tekst o przyjeździe Włochów), z ręki Mrs Ce (tekst o Snowball’u). Czyli… w zasadzie… norma.
3] Zarejestrowałam się na milionie serwisów typu deviant, typu opowiadania, typu tu-wstaw-nazwę. Będę miała gdzie wchodzić trzy razy dziennie, żeby sprawdzić czy ktoś nie przysłał mi PW. LastFM przestał mi wystarczać. Świetny sposób na zapchanie dziury zwanej wolnym czasem. Ha-ha.
4] Wraz z zakończeniem opowiadania „Kocioł” ręce ostatecznie mi opadły. Izolacja od Wędrowcza na jakiś rok. Tym bardziej, że przypomina mi mojego dziadka.
5] Zaczęłam w końcu zbierać do kupy pewien hmm… projekt. Wybitnie nieambitny. Wybitnie nieskładny. Wybitnie niewybitny. Pozostaje modlić się, aby Bóg się nade mną zlitował i nadał tej makulaturze jakiś sens. Chociaż tyci. Malutki.
I najważniejsze.
6] Wybrałam studia. Tylko, cholera, będę musiała zdawać historię. Wykorzystując wiadomości, że Fiolka uwielbia uczyć się rzeczy wybitnie niepotrzebnych, a język, którego ewentualnie mogłaby się nauczyć, musi ładnie brzmieć, zgadnij jakie to studia. Bo ja nie powiem. Żeby to wykrztusić musiałabym najpierw zwalczyć salwy niepohamowanego śmiechu, jakie wywołuje u mnie sama myśl o tym kierunku.
I nie jest to dziennikarstwo, moi drodzy. Aż tak bezsensownych studiów nie wybrałam.
A kto konkurs wygra, ten dostanie dodatkowa kartę do głosowania w wyborach.

♪ "The Start Of Something Beautiful" - Porcupine Tree

8 listopada 2006 [20:09:07]

[Główna]

tu! tu pyknij! (11) || Wyślij wiadomość ||

Nie cierpię niedzielnych popołudni.
W niedzielne popołudnia piję najwięcej herbaty, bo zrobienie jej jest dla mnie nie lada przedsięwzięciem i za każdym razem kiedy wracam z krucjaty herbacianej do mojej bazy czuję się, jakbym właśnie w pojedynkę uratowała świat. Jak Robert Langdon. Jak Harry Stemper. Jak każdy, pełnowartościowy Amerykanin innymi słowy.
W niedzielne popołudnia jestem w stanie oglądać tylko filmy, przy których za wiele myśleć nie trzeba. Oglądam więc horrory amerykańskie i sama siebie przerażam obojętnością na nieszczęście ludzi, których atakują armie zombie, armie brzydkich kosmitów z fryzury podobnych do Maga, armie zmutowanych pomidorów (niekoniecznie na raz).
W niedzielne popołudnia wisi nade mną widmo poniedziałku. Widmo WOSu. Sprawdzianu z Chemii. I writingu, który właśnie teraz powinnam pisać, a którego nawet nie tknę.
W niedzielne popołudnia nawet mycie zębów nie ma dla mnie sensu. Dopada mnie choroba wieku, a imię jej Weltschmerz. Jeśli kiedykolwiek odważę się popełnić samobójstwo, to na pewno uczynię to w niedzielne popołudnie.

A tym prawem to mnie państwo obrazili.
Dowiedziawszy się, że przy rekrutacji na Mój Kierunek przyznawane są dodatkowe punkty za zdanie rozszerzonej matury z historii sztuki, czym prędzej udałam się na stronę Centralnej Komisji Egzaminacyjnej. Zaopatrzyłam się w próbkę matury owej sprzed roku. Przejrzałam. Pięknie opisałam elementy budowli gotyckiej i równie spektakularnie rozpoznałam na obrazku „Dawida” pana Donatella. Koniec.
Niniejszym oficjalnie stwierdzam, że mam półtora roku na przerobienie i wkucie materiału z zakresu przedmiotu o dumnej nazwie „historia sztuki”.
[W tym miejscu następuje wybuch gromkiego śmiechu z lekką (?!) nutką szaleństwa]
(…)
[W tym miejscu śmiech nagle się urywa]
Zdam.
Zobaczycie.

♪ "Temple of Love" - Sisters of Mercy

12 listopada 2006 [19:10:43]

[Główna]

tu! tu pyknij! (13) || Wyślij wiadomość ||

Tylko ja mogłam nie zakreślić tematu rajtingu pięknym, równiutkim, okrąglutkim kółeczkiem. Właściwie nierównitkim też nie. Jeśli zakreśliłam temat, to było to kółeczko mentalne, wytworzone siłą mojej podświadomości, widoczne tylko dla godnych widzenia kółeczka.
Och, dobra. Przemilczy temat „Fiolka pisze próbne matury”. Przemilczmy temat matur w ogóle. A najlepiej przemilczmy temat Fiolki.

Kiedy się nie da. Bo panika ogarnia człowieka co raz większa. Poziom paniki jest wprost proporcjonalny do przejrzanych arkuszy z historii sztuki i wypełnionych arkuszy z przedmiotu tu-wstaw-nazwę.
O dziwo, tylko u Fiolki, która jest do panikowania uwarunkowana genetycznie (wielkie dzięki, Mum). Panikuję więc sobie za wszystkich dookoła. Za Maga, który wie, na jakie studia chce iść i to go właśnie wpędza w depresję. Jego wymarzonym kierunkiem jest informatyka z fizyką na UJ-cie. I wszystko jasne.
Panikuję sobie za Kúbę, który nadal się waha. Oprócz panikowania, odmawiam też w jego intencji modlitwy dziękczynno-błagalne. Codziennie. O, panie Boże, spraw, żeby nie poszedł na prawo, do kółka wzajemnej adoracji, na czciciela Lokiego, niech się okaże, że jest naprawdę kiepskim aktorem. O, panie Boże, spraw, żeby nie został psychologiem, który niby postać z eRPeGa w kółko powtarza „I jak się z tym czułeś?”, a cała jego wiedza to tezy poparte tylko wyjątkami. O, panie Boże, cud uczyń, niech nauczy się rysować przez te półtora roku, niech okaże się, że jest drugim Beksińskim i niech projektuje już te mosty w Białymstoku w którym to mają „powstać miejsca pracy dla młodzieży i ludzi”.
Najbardziej jednak panikuję za Mró, która maturę pisze za pół roku i znowu zmieniała deklarację. Mea culpa przyznać się muszę, przynajmniej po części. Albowiem deklarację zmieniła po tym, jak wyśmialiśmy jej marzenia o ekonomii i ogólnym nabijaniu kabzy. Podobno byliśmy kroplą, która przepełniła czarę. Z nami nie wolno się zadawać. Mamy bardzo niedzisiejsze poglądy. Poświęcamy się dla ludzkości. Kochamy Mickiewicza. Jemy korniszonki na przystankach autobusowych. I ogólnie jesteśmy nieco… Nieco jesteśmy.
Jedyna osobą z mojego środowiska, o którą wyjątkowo się nie martwię jest Zone. Bo jej dużo do spełnienia marzeń nie potrzeba. Wystarczy kartonowy domek w centrum z dostępem do Internetu. No, i żeby ktoś, od czasu do czasu, jej ten karton wymieniał na nowy. Obiecałam sobie więc, że zawsze jak będę kupować nową lodówkę, karton odeślę na jej adres. I się uspokoiłam nieco.

A tak w ogóle to Wszyscy czegoś chcą ode mnie ostatnio, a jak się nie wyrobię, to krzyczą. Mam ochotę Wszystkich zapoznać z moim przyjacielem Fochem.

[!] Filmy produkcji południowo-koreańskiej są fajne. Nawet jeśli opowiadają [cudzysłów]historie banalne[/cudzysłów].

♪ "Bearing The Cross" - John Debney
["The Passion of the Christ Soundtrack"]

16 listopada 2006 [17:10:41]

[Główna]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Dwa dni temu byłam zdecydowana popełnić samobójstwo.
Śmierć moja wcale nie miała być piękna. Żadnych poświęconych sztyletów i podcinania sobie żył w imię Odyna. Żadnych marzeń o patetycznym locie ze szczytu wieżowca i nieco mniej patetycznej plamie z własnego mózgu przed wejściem do czyjejś klatki. Żadnych tabletek połykanych przy akompaniamencie My Chemical Romance.
Samobójstwo moje miało charakteryzować się głównie tym, że nikt go nie miał zauważyć. Ze mną włącznie.
Albowiem poczułam, moi drodzy, że zaczynam przypominać te bluzkę, co to kiedyś Mum ją wrzuciła do wybielacza, przyszła po dwudziestu minutach i z bluzki ostały się jeno guziki. Mniej poetycko rzecz ujmując, szkoła zabija, co każdy dobrze wie. Kiedy sobie pomyślę, że po raz czterysta sześćdziesiąty czwarty mam roztrząsnąć zachowanie Polaków w realiach zaborów, to życie mnie boli, bo każdy wie, jakie to zachowanie było. A było dokładnie takie samo, jak przez wieki, no cholera jasna, nie przypominam sobie żadnej lekcji historii, w której nie byłoby o wojnach, represjach i konfliktach w państwie Polskim. Piszę więc po raz czterysta sześćdziesiąty czwarty to samo, wypracowanie kończę tak samo („Kiedyś Mick Jagger zapytał polskiego dziennikarza: czy w Polsce wszyscy rodzą się bohaterami?”… et cetera, et cetera…). Największy problem jest w tym, żeby to samo napisać, a inaczej ująć. I właśnie przez to pisanie wypracowania zajmuje mi nie godzinę, a godzin trzy (bo pocztę trzeba sprawdzić, bo herbatę trzeba zrobić bo plik do ściągania wcisnąć…).
Najgorsze jest to, że choroba przenosi się również na pisanie do gazety. Pisanie ogółem. Nawet notatki z lekcji pisze wolniej niż zwykle. Szkoła zabija. Nie mam czasu na nic i na wszystko.
Wpadłam więc na genialny plan. Wszak jak nie możesz sobie z życiem poradzić, kup rewolwer, jak to mówiła pewna reklama na sieci. I oto zarysował się w mojej głowie plan samobójstwa.
Zdecydowana życie swe zakończyć poszłam do redakcji Gazety Zawierciowiańskiej „Dziura”, usiadłam na krześle i westchnęłam ciężko przecierając zmęczone oczy. Gest ten miał sygnalizować otoczeniu, że coś jest ze mną nie tak. Otoczenie zareagowało prawidło, pytaniem: „Co ci jest?”. Wyłożyłam więc Redaktor Szefowej moje problemy czasowe okraszając je lekką aluzją pt. „Chcę zrezygnować z pisania do gazety”. Aluzja była bardzo lekka, wyrażona słowami: „Musimy porozmawiać…”.
Redaktor Szefowa zamrugała tylko oczami po czym podrzuciła mi najnowszy numer gazety z poleceniem zwrócenia uwagi na stopkę.
A stopka zawierała informację, że niniejszym oficjalnie dostaję zaszczytną funkcję „sekretarza redakcji” i mogę ją sobie w spokoju piastować.

[Filopedia.pele]
Sekretarz redakcji - ta cholera, co to czyta wszystkie teksty zanim pójdą do druku, poprawia, tnie, albo z mściwą satysfakcją wywala do śmieci wygłaszać przy tym odpowiedni komentarz (np. „Tekst, który spłodziłeś nie nadaje się nawet do adopcji”).

Przemieliłam informację i jedyną reakcją, na jaką potrafiłam się zdobyć było: „Aha”.
Samobójstwo odwołane. Następna próba dopiero w klasie maturalnej.
O ile wcześniej nie oszaleję.

[!] Zastraszona milionem propozycji powiększenia penisa i/lub biustu postanowiłam zmienić maila. Poza tym trochę nowych badziewi na Ministerstwie

♪ "Kino MOCBA" - Koniec Świata

21 listopada 2006 [11:00:07]

[Główna]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

Na biurku stały miseczki z resztkami kisielu żurawinowego i talerz z chałwą ukraińską. Kúba z Magiem robili sobie przerwę w nauce mapy i na zmianę sprawdzali czy gitara Kúby na pewno działa. Ja rozwiązywałam efcii jós pejper szit powtarzając w myślach, że nie zdam, nie zdam, nie zdam tego i tak. Wtedy Mag, który przecież zupełnie nie potrafi grać (a przynajmniej tak twierdzi), zmusił swoje palce do przemieszczania się po gryfie ze zdwojoną prędkością i zabrzmiało „Stairway to heaven”.
Bo gdzie będziesz za lat dziesięć. Kim zostaniesz, a kim się staniesz. Czy będziesz mieszkać pod mostem angielskim. Czy w mieszkanku z IKEI, które pewnego pięknego dnia wysadzi w powietrze twoje alter-ego. Czy w lepiance afrykańskiej. Kogo poznasz na ulicy, kogo za cholerę, kogo zignorujesz. Czy twój mózg będzie na biurku szefa, w portfelu czy w rozsypce. Kupować będziesz waciki od Szanel, „Fakt”, czy czerstwe bułki. Gdzie spędzisz Wigilię. Z kim. Czy spędzisz Wigilię. Zrobisz, czy nie zrobisz, zarobisz, czy się zarobisz. Do ludzi będziesz machał z okna, czy z bilboardu. Ile darmowych numerów będziesz miał w pakiecie i czy będzie ich za dużo / za mało. Imię twoje czterdzieści jest i cztery, czy (tu wstaw numer gadu). Czy kiedyś obudzisz się z myślą, że wcale nie w tym miejscu i nie w tej rzeczywistości miałeś wylądować, a jeśli tak, to z którego mostu skoczysz.
Oczy mi się lekko spociły ignorując tusz (!) na rzęsach (!!). Bo kisiel żurawinowy jest dobry. Kisiel żurawinowy jest kwintesencją światłości i jasnej strony mocy. Kisiel żurawinowy w tym wypadku wyraża wszystko, co powinniście sobie wbić do głowy i zapamiętać na całe życie. Podobnie jak chałwa ukraińska. Jak korniszonki z przeceny. Jak ciastka typu „Łakotki”.

Fiol: Nigdy nie chciała mnie pani pytać, jak się zgłaszałam. Z kartkówek miałam czwórki, bo zawsze gdzieś brakło mi tego jednego punktu. A zdawać będę rozszerzoną historię i historię sztuki. Wyobraża sobie pani?...
Pani De.: Zaraz, zaraz… To na co ty idziesz?
Fiol: Judaistyka.
Pani De.: (milknie i odwraca głowę w stronę trzeciej klasy gimnazjum, z którą powinna w tym momencie omawiać życie Zygmunta III Wazy) …ja zawsze wiedziałam, że ty jesteś nawiedzona…
…a Zygmunt III Waza urodził się w więzieniu.

♪ "A Sorta Fairytale" - Tori Amos

26 listopada 2006 [0:00:07]

[Główna]

tu! tu pyknij! (16) || Wyślij wiadomość ||