. improwizacja-mniejsza

No i co ja mam wam wszystkim napisać, że siedzę w historii po uszy? Właściwie historii każdego rodzaju, historii wszystkiego i wszystkich, całą tę historię muszę pomieścić w moim małym móżdżku, zwanym Pinkim. Upchać kolanem te wszystkie daty najbzdurniejszych faktów uznanych za fakty tylko dlatego, że są w podręczniku, przyczyny zabaw dużych chłopców z karabinami i mieczami, wpływ alkoholu na przebieg powstań narodowowyzwoleńczych, skutki owych z załączonym w podtekście „Chcielim dobrze, wyszło jak zwykle”, nazwiska wietnamskie i arabskie z których Hafizullah Idi Amin jest najprostsze.
Upchać, przeżyć i jakoś sobie z tym poradzić, nie będąc ani Bogiem, ani Wikipedią.

Mam ostatnio wyjątkowo siedzący tryb życia, zagryzany każdym rodzajem jedzenia. I nie przeszkadza mi o tyle to, że tyję, ale to, że nijak nie mogę znaleźć czasu i chęci na ruszenie cielska. Kiedy mam okazję – dosypiam. Co nie znaczy, że mam ją często.
Ot, kurna, matóra.
Wybaczcie, następnym razem postaram się napisać o czymś mniej… szkolnym. Bo i piękne rzeczy się w moim życiu zdarzają, jeno te trzy i pół godziny historii dzisiaj mi zakłóciły biorytm, zmiażdżyły karmę i przestawiły feng shui w pokoju.

Za to kto nie przeczyta „Procesu” ten trąba. Przy założeniu, że jest się Józefem K., okazuje się, że każda kolejna strona staje się większym koszmarem niż poprzednia. I to nie dlatego, że czasami napotykamy na tak zwaną „blachę”, czyli kartkę opisu działalności sądu, średnio zrozumiałą. Franz wiedział co robi. Dla mnie działalność sądu była tak prze-logiczna, że nie miałam siły się w nią zagłębiać (jak chyba każdy normalny człowiek). Co pogłębiało we mnie poczucie kompletnej utraty kontroli. Co pogłębiało z kolei panikę. I tak logika zrodziła chaos.
Kto nie przeczyta „Procesu” ten trąba.
A jak w szkole każą mi to interpretować, to się obrażę. To jest książka, której nie wolno interpretować na lekcji.

W końcu, po dwóch latach, dooglądałam ostatnie pół godziny „Pearl Harbor”.
Nie wiem, po co mi to było.

♪ "Toringi" - XIV Dark Centuries
[...muyhykhyhy :>]

2 listopada 2007 [20:10:05]

[Główna]

tu! tu pyknij! (5) || Wyślij wiadomość ||

Proszę państwa. Druga zasada obsługi Fiolki jest bardzo prosta: „Fiolka przyciąga dziwaków z siłą wprost proporcjonalną do ich dziwactwa i odwrotnie proporcjonalną do zjedzonego dżemu truskawkowego (liczonego w słoikach)”.
Dżemu truskawkowego nie lubię za bardzo.
I tym sposobem właśnie imprezy spędzam w towarzystwie geeków (w wolnym przekładzie na polski: „mONdrali”), często dyskutujących na informatyczne tematy, których człowiek taki jak ja nie jest w stanie nawet zacytować. Poza tym wyłączają kompa przez butófa w komórce, co nie jest ich największym osiągnięciem, ale dla mnie najbardziej absurdalnym. Dobrą stroną tej znajomości jest na przykład moja bardzo lamerska wiedza na tematy powyższe, co owocuje tym, że ostatnio zajmuję się doradzaniem jeszcze większym lamom w sprawach zakupu sprzętu.
Poza tym od ponad dziesięciu lat zadaję się Magiem i jeszcze nie zwariowałam. Magiem, który zapoznaje się z ludźmi siedzącymi na ławce po drugiej stronie ulicy, konstruuje kinetyczne orzeszki i je korniszony na przystanku autobusowym obwiązany ze mną jednym szalikiem. Moim.
Poza tym jest Kulka, która jest pierwsza, jeśli chodzi o realizację najbardziej szalonych z głupich pomysłów. Pomysł musi być madness jak Sparta i czym głupszy, tym lepszy. Albo taki M(h)roczuś, który jest bardziej mroczny niż czarna dziura nad Antarktydą. I jeszcze się z tego nabija. No i, oczywiście Małe Różowe Wiosełko, który siedząc na lekcjach bezwiednie wygryzł dziurę w rękawie swojego rozciągniętego, zielonego sweterka, a ostatnio na koniec KLOPowej mszy, które zwykł jest obsługiwać swoją gitarą, zagrał przygrywkę z głównego motywu bardzo mało znanej gry „Mario Bros”.
Także nie zdziwiło mnie zbytnio, kiedy wczoraj, na dworcu w Katowicach Nurlaf czekał na mnie w masce gazowej w ręku trzymając tabliczkę „Szukam mamy :(”. A później przemaszerowaliśmy tak do Heliosa.
…oczywiście gdybym jadła dżem truskawkowy, byłoby zupełnie inaczej.
Może dlatego lepiej go nie jeść.

[!] „Stardust” – piękny. Ale książka, oczywiście, lepsza. Pani Gwiazda całkiem fajna, mogła być tylko jeszcze bardziej zołzowata. Coś jak ja na przykład.
Za to Czarownica była idealna. Tak, Septimus też (uprzedzając te wszystkie głosy protestu).


♪ "Saint Declan`s Drone" - Adiemus

4 listopada 2007 [13:14:27]

[Główna]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Padał śnieg. Kiedy odprowadzałam Zone na autobus. I pachniało takim Wielkim, Świętym Dawniej.
Wiecie, białe [cenzura] {guano} lepiło się do dresików piżamowych, szalika rasta i okularów, bo bardzo nie chciało mi się soczewek zakładać. Byłyśmy świeżo po obejrzeniu dwóch filmów. Stwierdziłyśmy, że najfajniejsze w mieszkaniu razem na studiach będzie to, że znowu będziemy mieć miesiączkę w tym samym czasie (zrozumieją to chyba tylko kobiety). Poza tym wracałam do domu z pewnością, że na pewno pobawię się dzisiaj PSem, jak to zwykle w soboty bywało. A wieczorem poczytam.
No, wiecie. Dawniej.
Jeszcze tylko brakuje, żebym słuchała „Payable on death” P.O.D. i obejrzała Matrixa.

Zaiste, weekend to był piękny, piękności odmówić mu nie można w żadnym razie. A teraz co, nawet nie czysta proza, a bełkot i pożałowania godne grafomaństwo poniedziałku zagryzane dżank fódem z serii wpięćminut. Po Zone zostały czipsy o smaku kebaba, po Wiosełku pięćdziesiąt groszy w drobnych, które wypadło mu z kieszeni. Uśmiech sponsoruje czekolada w kubku, koncert „All this time” Pierwszego Anglika w Nowym Jorku i projekt „101 w 1001”. Gębę zniesmaczenia kochanka Historia eSz. parszywie odbierająca mi wolność przez większość dzisiejszego popołudnia.
Ale zrobimy tak.
Wy odwrócicie uwagę Historii, a ja w tym czasie ucieknę przez okno z kubkiem i panem Orwellem.

♪ "Mad about you" - Sting
[11-09-01 version]

12 listopada 2007 [15:08:59]

[Główna]

tu! tu pyknij! (10) || Wyślij wiadomość ||

Znowu nawiedzają mnie myśli ewakuacyjne. Chyba właśnie tak się czuje chomik. Biec, biec, biec, jeść, spać, a ponad wszystko, wyjść, wyjść, wyjść.
Wyjść się da rzadko. I może dlatego jest to takie El Dorado.
Dzisiaj na przykład, wyszłam z Psicą na spacer. Och, szalona!

Z Wiosełkiem albo jemy batony na pół (jeśli ja je kupuję), albo ochrzaniamy się za to, że mamy czerwone oczy argumentując niezmiennie „Musisz się wysypiać!”. Wychodzi codziennie tak samo. Turmanimy czas do późna na O2 (gadając ze sobą oczywiście), albo się uczymy (ja historii, on chemii), albo robimy to, co teraz (on rozpisuje coś ze słuchu na GP, ja - jak widać).
Wniosek nasuwa się sam, ale pomogę publiczności w studiu i nasunę go jeszcze bardziej za pomocą scenki rodzajowej.
Fiol: (bierze do łapy prawą łapę Wiosełka i pokazuje na dziurę w rękawie jego Zielonego Sweterka) Większa! Znowu większa! Miałeś już nie gryźć tego rękawa!
Wiosełko: (bierze do łapy lewą łapę Fiol i pokazuje na dziurę w rękawie jej Swetra Mroku) Odezwała się…
Kurtyna.
Wniosek jest taki, że jutro znowu będziemy dosypiać w sklepiku mając w uszach po jednej słuchawce z jego krijejtiwa. Zaraz po tym, jak się wzajemnie ochrzanimy.

Odstawiłam kawę. Niecałe dwa tygodnie. Dłużej się nie da.

[!] Proszę państwa. Jest. Inspirowany Sy. Każdy, kto skończył osiemnastkę powinien mieć coś takiego. Zamiast planów „schudnę”.
Fiolkowe 101 w 1001 pod kryptonimem „Everthere”.
Oklaski.

♪ "Walk Away" - Mad @ Gravity

14 listopada 2007 [23:36:28]

[Główna]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Niewiele rzeczy mi dzisiaj wyszło, szczerze mówiąc. W zasadzie wyszedł mi tylko jogurt i to niemal w całości, kiedy otworzyłam go na przerwie przy Koledze Masłoskim. Hiperbolę zaznaczyłam nie w tych ćwiartkach, Karol Wielki został ochrzczony w JAKIMŚTAM roku. Książki od HS zostały rozsypane na podłodze i tyle się wydarzyło z ich udziałem. Kupiłam arafatkę, która zapewne okaże się bardziej podobna do obrusu. Dziś jest jeden z tych dni, w których jeśli pada, to z nieba lecą żaby w czerwonych trampkach, a jeśli świeci słońce, to tak, że w ogródkach rosną sukulenty i sucha karma dla smoków.
A na koniec, kiedy już siadłam do tej sztuki romańskiej, kiedy wczułam się w te wszystkie archiwolty, absydy i ambity, grejpfrut z zaskoczenia prysnął mi w oko.
Wrzask, pisk i łzy, bądź też, jak kto woli, cytując naszego Wielkiego Wodza: „Pierdel, serdel, burdel”. Nic już dzisiaj nie zrobię, sprawdzian z polskiego mam głęboko w oczku wodnym Sąsiada Kostii.
Kordełka.

Lekturka na łikendzik. I to tylko HS. Jest jeszcze zwykła H, H (najn) i francuski.
Ta gruba książeczka po prawej ma polecieć w całości.
God, save the Fi.

♪ "Birth-day (Love Made Real)" - Suzanne Vega

15 listopada 2007 [22:15:02]

[Główna]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Zostawiliśmy w „Żyrafie” 112,50 zł. Z czego moich było 5. Dwójkę pożyczył mi Kú, który martwił się, że będzie jutro musiał jeździć z odczuwalnym brakiem mikro- i makroelementów w organizmie. Po czym radośnie wywalił się na wszechobecnym lodzie, obwinął się moim rasta-szalikiem i poturlali się z Szacim do domu, pomagając sobie nawzajem. Wcześniej wsadziliśmy do autobusu Zone i Mariana. Ja pojechałam z BłaŻejem, który to raz kolejny urzekł żyrafianą kelnerkę, tym razem do tego stopnia, że dostaliśmy dwie miski darmowych czipsów.
Mam szczerą nadzieję, że mój rasta – szalik wisi teraz u Kú w domu, na wieszaczku. O, jaką ja mam nadzieję. Jeszcze w życiu takiej nadziei nie miałam.

A dzisiaj już od rana wszyscy mi się piękni wydawali. Począwszy od tej pani w porannym (spóźnionym, a jakże!) autobusie noszącej na nogach srebrne buty pikowane w gwiazdki. Przez Ewę, która sprzączką u buta rozerwała moją ukochaną sukienkę. Wiosełko z zimnym nosem w zaspie (zaspaaa!). Zone z kolczykami turkusowymi. Adama, który mijając mnie na ulicy przywitał się „Osz, {kurtyzana}! Fiolka! Nie do wiary! Ale spotkanie!”. Szaciego, Mariana i Kú z chichotem rzucających się na mnie w celu wywrócenia mnie na lodzie / wrzuceniu w zaspę / przytulenia (w zasadzie nie trzeba nic skreślać). Na BłaŻeju kończąc. Który w autobusie był wyjątkowo przystojny, kiedy mówił: „I wtedy tak zaczniesz promienieć!!” oraz „Jeeejku, Fiol! Jak ja się cieszę!”.
A dlaczego tak mówił, to już bajka na niedzielę.

Wszyscy dzisiaj jesteście piękni. Nic nie piłam. Jesteście. Nie piłam.
(ale ja się upić atmosferą potrafię, nadwrażliwość taka)

♪ "Big yellow taxi" - Counting Crows & Vanessa Carlton

16 listopada 2007 [23:43:20]

[Główna]

tu! tu pyknij! (3) || Wyślij wiadomość ||

Już wczoraj wieczorem czułam, że dzisiejszego dnia po prostu nie przeżyję, a jeśli nawet, to będzie ciężko. Wizja samego wyjścia z domu dobijała dzidką do ściany, natomiast pięć lekcji wiszących nad głową – cepem. Pełna kooperacja połączona z synchrem rodem z „Jó ken dęs”. Tak, tylko pięć lekcji. Wyobraźcie sobie co by było w taki czwartek.
Pan Niemoc przylazł, dzień dobry.
Najlepszym antidotum na prośby do pana Be. w melodię „Nie chcę tam jutro być, nie chcę desperacko” są szczegółowe wyobrażenia tego, co mogłoby się stać, aby prośbę moją spełnić. Rzeczy w stylu wypadek samochodowy, wojna czy białaczka skutecznie wypędzają u mnie Pana Niemoca. Czyste wyrzuty sumienia z powodu czystej niewdzięczności własnej. Gadka „Ty nie chcesz mleka z masłem, a dzieci w Afryce mleka z masłem nie mają, a chciałyby!” zawsze na mnie działała. Właśnie dlatego dzisiaj przełknę wszystko, nawet te nieszczęsne rodzynki jak się uprę.
Właśnie dlatego poszłam Tam dzisiaj, bo przed oczami miałam siebie na szpitalnym łóżku, bądź siebie niewidomą, bądź siebie wymachującą giwerą gdzieś w południowym Bronxie. Poszłam. I jeszcze dziękowałam za to, że mogę.
Czasami człowiek ma i takie dni.

Kiedy wracałam czerwonym wehikułem z powrotem, po czterech kartkówkach, w tym trzech na jednej lekcji, jakiś chłopak napisał na szybie „{fallus}”. Przez samo „h”. Zanim wysiadłam, dopisałam brakujące „c”. Na jego zdziwienie odpowiedziałam uśmiechem i słowami „Tak na przyszłość…”.
Nie będzie mi tu młodzierz błendów robiła publicznie w moim madertongu.

♪ "Homelands" - Nitin Sawhney
[dzisiejsze odkrycie]

19 listopada 2007 [21:04:37]

[Główna]

tu! tu pyknij! (3) || Wyślij wiadomość ||

Często tytuł jest niezbędny

Zaczęło się. Znowu. Jak zwykle w okresie zimowym.
Jak głupia cieszę się z tego, że siedzę na dworcu i czekam na pociąg. Przyjeżdża spóźniony, co też jest przyjemne. Wsiadam.
Kiedy uświadamiam sobie, że dokładnie za sześć minut będę musiała z niego wysiąść zbiera mi się na płacz, a łzy wycieram arafatką. Znowu włączył mi się Włóczęga.
Włóczęga chce jechać dalej, jak zwykle. Jednak jest jeden szkopuł. Na dworcu czeka ktoś bardzo ważny na kogo się czekało nie wiadomo ile, bo w wieku lat siedemnastu przestało się już liczyć. Niech się rozdarta sosna Żeromskiego schowa, razem z krzykiem pawia.
I jak sobie pomyślę, że jeszcze w wakacje tak łatwo byłoby mi to wszystko zostawić i jechać do tego Świętego Wszędzie… No, ale. Gdzieś z tych podróży wracać trzeba. I tęsknić też trzeba. Tylko dlaczego zawsze w stereo – do tego co jest za placami i u celu.
Wysiadłam. Przyznałam się do tego, że bardziej chciałam jechać dalej niż wysiąść. I przeprosiłam. A Wiosełko miał minę, jakby już od dawna wiedział, że kiedyś do tego na pewno dojdzie.

Po raz wtóry przypomniałam sobie, jak bardzo nie cierpię dorabiania kodu do grafiki. Wiem, poprzedni szablon był ładniejszy, ale ten przynajmniej jest aktualny. Widzicie? Kilimandżaro. Ale zanim Kilimandżaro, to Michelangelo. A kto odgadnie kim jest pan z Goethem, dostanie dwukropek i gwiazdkę w piksel.

♪ "De usuahia a la quiaca" - Gustavo Santaolalla

25 listopada 2007 [22:45:13]

[Główna]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Zgadzam się z Einsteinem w kwestii wyobraźnia a wiedza

Kiedyś pomyślałam sobie, że fajnie by było pojechać do Paryża, tak bez biura podróży, samodzielnie zanurzyć się w to miejsce i proszę, oto poznałam panią Kretową z mieszkaniem w Paryżu wolnym w wakacje. Kiedyś pomyślałam sobie, że chciałabym bratnią duszę w zielonym, wyciągniętym sweterku, brzdąkającą na gitarze, o oczach barwy ciepłej herbaty z cytryną i oto, proszę, pojawił się Wiosełko. Dzisiaj rano pomyślałam, że fajnie byłoby pochorować sobie kilka dni, nie przejmować się szkołą, poczytać trochę i proszę bardzo: oto stał się katar, kich i zimny dreszcz na plecach. Czasmi czuję się, jakbym własną "Krainę chichów" tworzyła.
Ale nie pomyślę sobie, że chciałabym zdać prawo jazdy za pierwszym razem. Nie, nie. Tego Szefowi nie zrobię. Jestem tak beznadziejnym kierowcą, że musiałby chyba zstąpić z nieba i wyręczyć mnie za kółkiem. Albo ewentualnie egzaminować mnie osobiście przy wyłączonych kamerach w jakimś mieście-widmo bardzo często spoglądając na to, co robię przez palce.
Taka jest prawda, moi drodzy. Nie wszystko w życiu trzeba potrafić i nie do wszystkiego trzeba mieć talent. Moją listę takich rzeczy otwiera „jazda na nartach”, leci przez „opieka nad roślinkami doniczkowymi” i kończy się na „jazda samochodem”. Jak na razie.
We wtorek egzamin. Tylko błagam, nie pytajcie, jak mi poszło.


Moim kolejnym odkryciem jest fakt, że jedna z moich ulubionych postaci historycznych, Garwiło Princip mianowicie, wcale nie został złapany w barze po zamachu na księcia Fredzia. Było ciekawiej. Najpierw pogodził się z tym, że zamach się nie udał. Uczcił aresztowanego kumpla wypaleniem papierosa (kumpel nie dość, że zapomniał o dziesięciosekundowym zapłonie granatu, nie dość, że nie zabił go przeterminowany cyjanek, to jeszcze nie udało mu się utopić w rzece, która miała dziesięć centymetrów głębokości – tak trafił na bolesne spytki) po czym poszedł do sklepu po kanapkę. Kiedy wychodził, samochód z księciem na pokładzie niemal na niego wjechał. Szofer pomylił uliczki, miał wjechać w następną, ale wlazł prosto na Principia. Nie wiem, czy kanapkę zdążył już wtedy skonsumować, czy jeszcze ją dziamał. Osobiście bardzo podoba mi się obrazek Garwiło w idealnej pozycji strzeleckiej (wyprost, lewa ręka na lędźwiach, prawa z rewolwerem sztywno wyprostowana) z wielką pajdą z wyłażącą sałatą w ustach.

[!] Dla was Che, dla mnie po prostu Ernesto Powsinoga. No, ale dwukropek i gwiazdkę macie. W piksel.


♪ "Kalasnjikov" - Goran Bregović

28 listopada 2007 [20:32:38]

[Główna]

tu! tu pyknij! (5) || Wyślij wiadomość ||