. improwizacja-mniejsza

Jak ktoś już raz zostanie wzięty za wariata, to później całe życie musi dbać o imydż

...i tak oto po uporaniu się z początkiem roku akademickiego, embrionem licencjatu, porządkami, zakupami, Złodziejem (powiedzmy, bo to akurat trudno nazwać "stanem po uporaniu się"), nicnierobem, zapisywaniem się na monografy rodzaju wszelakiego i zdobyciu tytułu Mistrza Opanowania w Trakcie Czytania Mejli od Litwinów...
Jestem znów.
A co z tym zrobi Szanowna Publiczność w Studiu, to już wasza sprawa.
[!] Tak po prawdzie to kilka razy miałam czas i ochotę na pobazgranie tej części sieci, alem się powstrzymała dzielnie.
Musiałby mnie Orm opuścić, żeby dodać tu słowa, które w głowie wtedy miałam.

Generalnie poza chronicznym brakiem kasy nie szczyka mnie nic. Ale w tym aspekcie jak już się wali to porządnie. Ostatnio nawet podczas spaceru po lesie nie omieszkałam zgubić pęku kluczy do domu, żeby sobie jeszcze sprawę utrudnić. Tak więc bonusowo jestem w plecy za wymianę zamków w domu.
Jak wiadomo szukanie kluczy w lesie, kiedy porę roku mamy jaką mamy, jest nieco trudnawe. Równie dobrze mogłabym szukać tam kulawego jednorożca.
Tymczasem Litwini stwierdzili, że jednak nie zrefundują nam całej kasy za podróż, bo im budżetu zabrakło. Ot.

W myśl jedenastej zasady fiolkizmu zawartej w tytule zdecydowałam, że tytuł licencjata zapewni mi praca o zaklęciach, otwieraniu mistycznych bram i, oczywiście, golemach. Poważna praca naukowa bez wspomnieniu o golemach nie ma racji bytu w moim przypadku (myślałam, żeby po prostu spróbować jakiegoś ożywić, ale za dużo zachodu; może na magistrze).
Jak zredaguję temat, który brzmi w miarę uczenie tudzież ą, ę, ależ, to się pochwalę.

Dzisiaj natomiast nie chciano ogłosić mi ani godzin rektorskich, ani dziekańskich. Ogłosiłam więc sobie sama godziny studenckie. Dekretem, podpisano, amen.


[♪] Tori Amos [The Very Best Of MTV Unplugged 2] - Cornflake Girl

3 listopada 2010 [17:14:59]

[Nudle w5minut]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

O tym, czego wypowiedzieć nie wolno, a wartałoby wszak

Przypalony łok z resztkami pierogów pojawił się na kuchence w tajemniczych okolicznościach przedwczoraj. Jednakowoż wydaje mi się, że miałam okazję chociaż przez chwilę brać udział w procesie przywoływania tego bezcennego artefaktu, kiedy około pierwszej w nocy wychynęłam z Łonderlendu i udałam się do, jakby nie patrzył, toalety.
Rano mogłam podziwiać ajtem w pełnej glorii spoczywający spokojnie na palniku. Szkoda, że stał tam dalej w stanie niezmienionym, kiedy po południu chciałam go użyć. Wszak kurczątka sypanego sowicie kery w garnuszku nie usmażę. Alem się opanowała, Inkwizytor pęczniejący we mnie został dzielnie zduszony.
Wchodzę do kuchni ranka bieżącego. Artefakt jest na swoim miejscu. Dziwność. Przyglądam się nieco uważniej spalonemu ciastu i zaschniętemu tłuszczowi, zezuję zbieżnie, rozbieżnie i nie widzę ani Matki Boskiej (Spalonej?) ani Elwisa, ani nawet Waldemara Goszcza.
Zatem nie rozumiem.
Może magia się dopiero odbędzie - jak wszyscy zakrzykniemy "Flipendo!" i będziemy mocno, mocno wierzyć, to nastąpi samooczyszczenie, kurna, katarzis.

[!] Litwinom natomiast nie odpowiedziałam nic - w sensie żadnej wymiany kurtuazji, tylko mój numer konta. Jak ktoś mnie tak nie ładnie wyrabia z kasą, kiedy mam problemy właśnie natury pieniężnej i nie starcza mi na bilety (nad morze) to nie ma kurtuazji i współpracy polsko - litewskiej. Nie ma, kurna, takiego Grunwaldu.

[!!] Są jeszcze w moich żyłach słowa, które wypowiedzieć trzeba i należy, ale po uprzednim przemyśleniu. I tak właśnie będzie. Na razie niech sobie w żyłach płyną, dojrzewają i, błagam, niech się zgłosi na ochotnika jakikolwiek z moich organów, co by oczyścić je z emocji. Miło by było. Bez odbioru.

[♪] COMA [Excess] - Struggle
[Po kiego grzyba COMA wydawała płytę anglojęzyczną to ja nie wiem. Poważnie się zastanawiam nad stanowczą odmową jej zakupu kiedykolwiek - chociaż ładnie zaśpiewane "Poisonous..." i "F.T.M.O" przywołujące wspomnienie z Parku Sowińskiego, chociaż całkiem dobre słowa w "Struggle" właśnie]

5 listopada 2010 [9:56:21]

[Tajemnice Wszechświata]

tu! tu pyknij! (1) || Wyślij wiadomość ||

Notka - kijanka (czytać nie warto)

Miałam dzisiaj kolejne, poważne podejście do nadrabiania jidysz, ale się poddałam po spojrzeniu na odmianę czasowników nieregularnych w czasie przeszłym. Nie wiem jak ja zaliczę ten egzamin z trzech lat. To znaczy wiem. Cudem. Jednakowoż trochę się martwię tym, że jutro znowu będę musiała świecić zębami, kiedy Pani Dr wyrwie mnie z zamyślenia i karze odmieniać coś tak trywialnego jak zajn. Bo na pewno tak będzie.

Prawda jest taka, że trudno mi się skupić ostatnio. Myśli mi się rozbiegają na wszystkie strony. Jak zwykle, kiedy w żyłach płyną mi słowa do spisania (i tu znowu potwierdza się teoria, że naukowcem to jak nie zostanę, cóż - zbyt łatwo mnie odciągnąć od rzeczy przyziemnych; no chyba, że zostanę tym specjalistą do golemów i amuletów leczących z imionami JHWH).
Wypada w końcu skończyć ten VI rozdział, do tego jakieś rytmiczne fragmenty mi się w głowie kołaczą. Poza tym jestem w trakcie pisania najdłuższego mejla w życiu. I to wszystko tak się mieni, miesza, bełta w głowie i zabiera RAM.

W międzyczasie wpadł mi do głowy pomysł na szablon wyjątkowo okolicznościowy. I wiem, że jak dzisiaj go nie zrobię, to nie zrobię już nigdy. Także stej tjund, może w tych wszystkich zachciołów, jakie w głowie krążą wybiorę akurat ten.

A może wcale nie.

[Ta notka posłużyła do tak zwanego upuszczenia słów, co by ciśnienie się za duże nie napompowało. Niby przepływ zwolnił trochę od łażenia z gołą głową po deszczu w sobotni wieczór, niby zimne krople chlastające twarz i przemoczone włosy chłodzą przyjemnie myśli i wyostrzają percepcję. No, właśnie: niby. Niby, bo nic nie jest tak dobrą myślodsiewnią / terapią jak papier / piksel. W dodatku wiele tańszą. Leki są bardzo drogie w dzisiejszych czasach. Nawet te na głupie przeziębienie.]

[♪] Howard Shore Ft. Liv Tyler [The Lord of the Rings - Return of the King] - The Houses Of Healing

8 listopada 2010 [21:24:36]

[Cierpienia Młodego Grafomana]

tu! tu pyknij! (1) || Wyślij wiadomość ||

Przez otwarciem skrzynki zastanów się dwa razy - nie tylko mejlowej

- Fiolka! - zakrzyknął Adams zza drzwi, po czym z rozmachem je otworzył - Jednak przylecieli po nas!
A na jego twarzy malowała się radość dziecka siedzącego pod choinką napawającego oczy wymarzonym prezentem. Dziewiczym takim. Jeszcze nie wyciągniętym z firmowego pudełka.

[tak zwany fleszbek]
Działo się to rok temu. Albo dwa, nie pamiętam dokładnie.
Pamiętam, że siedzieliśmy z Adamsem w kuchni i, popijając herbatę, czekaliśmy. Albowiem dowiedzieliśmy, internet nam powiedział, że po nas przylecą. Że nas lubią, że jesteśmy już gotowi, aby prawdę poznać, że Oni są DOBRZY i uratują nas od tych ZŁYCH. Mieli po nas przylecieć swoimi wielkimi, latającymi talerzami, obiecywali, że podzielą się wiedzą i mądrością. Oświeceni kosmiczni przyjaciele.
Na onecie o tym pisali, nie w kij dmuchaj. Więc czekaliśmy popijając herbatę, a wraz z nami, jak podawały serwisy wszelakie, mnóstwo braci Amerykanów. Gotowych i godnych.
Ale kosmiczni przyjaciele nas olali. A przynajmniej mnie i Adamsa.
Troszkę było nam przykro, że jednak zmienili plany.
[/tak zwany fleszbek]

- Kto przyleciał? - wychynęłam zza książki, w której mój ulubiony bohater nadal żyje, mimo że to już siódmy tom (wyczyn nie lada, trzeba przyznać).
- No, oni! - radosnym gestem podał mi kawałek papieru wielkości wizytówki.
I zobaczyłam to.
A kiedy już moja twarz osiągnęła wzorowy grymas w języku emotikonek wyrażany przez O.o odwróciłam karteluszkę, moim oczom ukazał się sam dowódca Wielkiej kosmicznej flotyly.
I to wszystko na papierze kredowym.

Spojrzałam moim soczystym O.o na Adamsa.
- Znalazłem to w naszej skrzynce - wyjaśnił.
Odruchowo chciałam się upewnić, czy nie mejlowej przypadkiem. Skierowałam O.o z powrotem na karteluszkę. Patrzyłam na nią długo. Przez moją głowę przepływał potok tysięcy myśli na raz. Mogłam je wyartykułować tylko w jeden sposób.
- Ale... POCO?!
Gwoli ścisłości: "POCO?!", ale nie w sensie "dlaczego po nas przylatują jednak?" albo "dlaczego, Adamsie, znalazłeś to w naszej skrzynce?".
Chodziło mi o całokształt.

Morał z tej opowieści taki, że nie czuję się w obowiązku, ba! odmawiam nawet stanowczo bycia normalną w takich warunkach.
Po to, żeby nie oszaleć. Głównie.
[tymczasem na wczoraj znowu ogłaszano koniec świata, taki kameralny, mało kto wiedział...]

[♪] Brodka [Granda] - "Szysza"
[Szczepionka antylistopadowa. Coś jak score z "Hellsinga"]

11 listopada 2010 [18:31:26]

[Tajemnice Wszechświata]

tu! tu pyknij! (1) || Wyślij wiadomość ||

Wszystko sprowadza się do oddechu

I tu przypomina się opowiadanie szanownego Kereta. To o ataku astmy.
Nie wiem dlaczego, ale zawsze kiedy wracam do domu oskrzela odmawiają współpracy. A tym razem nie zabrałam moich nieodłącznych psiukaczy. I tak, moi drodzy, siedząc o trzeciej w nocy w jedynej pozycji, która ułatwiała oddychanie, nie, nie myślałam o śmierci. Bo niby dlaczego? Zbyt powszednie, niezbyt niebezpieczne tak naprawdę.
Chciałam tylko zasnąć, mieć święty spokój, chciałam, żeby już przeszło, bo wiedziałam, że przejdzie. A rano pójdę do lekarza po receptę i wykupię, co trzeba. Umrę przecież w zupełnie inny sposób. To takie jasne.
O śmierci pomyślałam, kiedy stałam dzisiaj na ulicy czekając na karetkę i łamiącym się głosem tłumaczyłam, że dziecko, że jednoroczne, że nie oddycha, że szybciej.

Oddech jest tak podstawową wolnością, że aż symboliczną. Gdyby odebrano mi prawo do wypełniania sobie płuc powietrzem czułabym się naprawdę oszukana i rozżalona. Mimo że wszystko jest przecież wypożyczone i chyba tak naprawdę nic mi się nie należy.

[!] Dziecko, jednoroczne, oddycha. Szybciej.
(A ja powtarzam sobie do znudzenia, że od dzisiaj NA MOJEJ GŁOWIE i MOJĄ ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ jest reanimacja tudzież resuscytacja, bo TAK, JESTEM W STANIE i nikt mi nie wmówi, że jest inaczej).
(Żołnierz jest zawsze gotowy. A jak nie, to chwyta karabin i w samych majtach leci na front - nowa zasada Fiolkizmu, kurna)

[♪] Sia [Colour the Small One] - "Breathe Me"
[bez słowa]

12 listopada 2010 [19:34:38]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Niedowidzenia

Od ponad dwóch miesięcy nie mogę nosić soczewek i udawać, żem ładna. Skazana jestem na te moje czarne oprawki, które przez przypadek okazały się modne akurat w tym sezonie. Ja naprawdę kupiłam je za złotych trzydzieści, nie widząc sensu inwestowania w nie ani grosza więcej. Wszak i tak miałam w nich chodzić jeno rano, co by do tojlety z lustrem trafić nie obijając się przy tym nadmiernie, tudzież wieczorem, wracając z owej tojlety.
Wada ponad sześć i astygmatyczny bonus - nie w kij dmuchał. Nie poznałabym Cię z odległości metra. Musiałabym wyciągnąć łapki i bezczelnie obmacać Ci twarz w celu identyfikacji, jak moja idolka, Esmeralda-cośtam-kanto.

Nie widzę również sensu w wymianie szkieł, mimo że wada się nieco zwiększyła, więc częściej mrużę oczy niebezpiecznie. I marszczę czoło. Chociaż może to nie przez wadę.
Siedzę wieczorami na Wisłą popijając kawę z kubeczka. Taka nowa, świecka Tradycja. Siedzę i widzę impresjonistycznie. Te wszystkie światełka, autka przejeżdżające przez mosty, gwiazdy (bo i w takim Kroke czasami je widać) są po prostu, ot, ciapnięte na płótno. Później patrzę na taflę wody i mam to wszystko w wersji rozedrganej.
"La Grenouillére" nocą, słowo daję. Monet na żywo, on'er (albowiem jego wersję wolę - żeby natomiast Renoir został należycie pochwalony wspomnieć należy "Parasolki" i ich główną bohaterkę, która już za sekundkę będzie bardzo szczęśliwa).

Skoro już przy tym jesteśmy.
Jak, do Jasnej Góry, można się nabawić zespołu suchego oka w czasie, kiedy płacze się o wiele częściej niż zwykle?

[♪] Ooshima Michiru [Hagane no Renkinjutsushi Score] - "Kyoudai"
[najchętniej wrzuciłabym raz jeszcze "Breathe me", ale staramy się nie powtarzać; poza tym - kiedyś przecież będzie pięknie, da?]

15 listopada 2010 [23:07:34]

[Między 1.00 a 3.00]

tu! tu pyknij! (3) || Wyślij wiadomość ||

Biedni, biedni palacze [głask, głask]

Panie Najsztub, Pierwszy Palaczu Którejśtam RP. Jakże Pan może mówić, że "restauracje, kawiarnie i puby są miejscem wolnego wyboru". Toż to bzdura okrutna. Jako niepalący frajer, w dodatku z problemami na tle oddechowym, kiedy idę do pubu liczyć się muszę z tym, że po godzinie będę zmuszona uciekać ze względu na dym papierosowy, który można spokojnie ciąć Huskwarną, a z którym moje oskrzela zwyczajnie sobie nie radzą.
Jakże Pan może mówić o "wolnym wyborze" w restauracjach i kawiarniach, gdzie podział na strefy dla palących i niepalących jest ułudą kompletną, bo albo nie ma pomiędzy nimi wyraźnej granicy i w efekcie palenie w takim miejscu staje na równi z sikaniem do basenu, albo palacze jawnie zasadę olewają.
Jak ja mogę uwierzyć w Pana słowa o wolności wyboru, kiedy ostatnio po raz nie wiadomo który musiałam się wdawać w zażartą dyskusję z kimś, kto w przepełnionym wagonie (dla niepalących) postanowił zapalić przed wejściem do toalety, bo widać uznał, że to już wagon nie jest.
Jak ja mogę się zgodzić z tym wszystkim, kiedy po raz kolejny ktoś nonszalanckim gestem skiepował mi na płaszcz, tylko dlatego, że szłam tuż za nim po chodniku? Po czym wypuścił dym z namiętnych ust swych, a ja, chcąc nie chcąc, musiałam takie powietrze czwartego sortu po nim wdychać?
To ja w tym momencie nie mam wyboru i muszę zaciskać zęby.

Jako osoba, która obgryza paznokcie nie zmuszam nikogo innego ani do robienia tego samego, ani do patrzenia na to. A już na pewno nie każę nikomu moich paznokci obgryzać.

[♪] Dirty Pretty Things [Romance At Short Notice] - "Kicks or Consumption"

19 listopada 2010 [12:33:04]

[Soundwatcher]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Z pamiętnika młodego mistyka (#1)

Drogi pamiętniczku.

Jedyną drogą do zostania milionerem po tych studiach jest wykształcenie się na konsultantkę do spraw kabały i wyjechać do Holiłud. To już wiemy. Ewentualnie można zacząć masowo budować i ożywiać golemy. Wiemy. Kiedyś chciałam uderzać w koszerną knajpę, ale Miły Pan Żyd z Habadu uświadomił mi, że "ken, pomysł, owszem, mecujan, ale to niemożliwe". Po przeczytaniu dzieła "Bramy Halachy", w którym jest osobny akapit o tym, jak koszernie wiązać sznurówki domyśliłam się dlaczego.

Tak czy inaczej - droga prowadzi li i jedynie przez mistykę.

Dzisiaj zagłębiłam się w "Meditation and Kabbalah" i nauki oświeconego Abrahama A. oraz jego uczniów. Odnalazłam bardzo interesujący fragment. Przekład własny.

"Wtedy mistrz [Abraham A.] pokazał mu [uczniowi] księgi złożone z absolutnie niewytłumaczalnych Imion [Boga] oraz kombinacji numerycznych i rzekł: >Oto Ścieżka Imion<. Spędził dwa miesiące głęboko nad nimi medytując, i w końcu, pewnej nocy, obudził się by zobaczyć jasność bijącą od jego twarzy. W pierwszej chwili nie wierzył w to, co widzi, a gdzie by nie poszedł po ciemku, światło podążało za nim, nawet kiedy schował się pod kocyk.
Uświadomił sobie, że to coś, czego nie da się wytłumaczyć w żaden racjonalny sposób."



Zapamiętać: Kocyk ważnym kontrolerem wiarygodności oświecenia.
Sprawdzić (jeśli podobna sytuacja zaistnieje w Holiłud): Czy kołderka działa tak samo?

Tymczasem staram się znaleźć sposób na przeczekanie tego irytującego Listopada (już bliżej niż dalej!) i smuty jesiennej. Na dzisiejsze zakupy poświęciłam trzy godziny, ale mą frustrację załagodziła jedna ze zdobyczy: przepięknego zapachu herbata wiśniowo - migdałowa. Zapijałam nią wieczór wypełniony Panią McKennitt oraz Amos, które kojarzą mi się z późnym grudniem bardziej niż cokolwiek innego.
Skoro nie potrafię wstrzymać lata, przyspieszę zimę. For fridoooom.

[♪] Loreena McKennitt [The Visit] - "Cymbeline"
[warto zaznaczyć, że do tego utworu tekst napisał jej Szekspir]

20 listopada 2010 [23:24:08]

[University Show]

tu! tu pyknij! (1) || Wyślij wiadomość ||

Jeszcze trochę i zostanę nową księżniczką disneja

Jakaż ja szczęśliwa byłam dzisiaj przemierzając krakowskie chodniki krokiem rytmicznym i skocznym dzierżąc w swych objęciach książkę (!) Wiatr wiał, deszcz lał, listopad (azaliż niechże się udławi) w pełni, ale książka wszak (!) Pachnąca nowością absolutną, przeczystą, nieskalaną, dziewiczą (!)
Dostałam ją od Pani z Wydawnictwa. "OMEN". No. Powiedzmy.
Okazało się, że kurwikulum vite, którego i tak nie zdążyłam wydrukować, zupełnie nie było potrzebne. Tak samo jak jakiekolwiek doświadczenie grafomańskie.
Zapytano mnie, co ostatnio czytałam. Zapytano mnie, co ostatnio czytałam z literatury popularnej. Zapytano mnie, czy lubię Sapkowskiego. Zapytano mnie, czy czytałam Meyer nawet.
Po czym wręczono mi książkę typu sajensfikszyn ze słowami "to na środę za tydzień" (krakowskim targiem, miało być na poniedziałek).
I tak właśnie wyglądała moja dzisiejsza rozmowa o pracę.

To znaczy, ja kiedyś sobie wyobrażałam, że to tak właśnie powinno wyglądać: ktoś coś ode mnie chce, a ja leżąc do góry otrzewną jeżdżąc jednocześnie wzrokiem po zdaniach odburkuję "Pracuję przecież!" (a później jeszcze mogę się wymądrzać!). Ale to było jak miałam czternaście lat. Później zaczęłam brać pod uwagę to, że w głowie mi się poprzewracało od tych marzeń i skończę, jak każdy, na kasie w którymś z naszych "Buy more".

Jestem w sympatycznym szoku. Bo oto właśnie na moim stoliku leży książka typu sajensfikszyn, której po przeczytaniu mam poświęcić dwie strony recenzji. Próbnej na razie, ale i tak mam radochę niesamowitą. To wszak [OMEN], że takie rzeczy jednak się zdarzają w naszym rodzimym uniwersum. I nawet jak nie dzisiaj, to kiedyś, oui?

[!] Tak, robota zazwyczaj spada mi z nieba. Za to nie mam szczęścia ani w kartach (telefonicznych nawet), ani w miłości (więc tą księżniczką disneja to chyba jednak nie zostanę). Ach, i nasz właściciel postanowił nas wyrzucić w czerwcu z mieszkania, więc już wiem na pewno, że za kilka miesięcy opuszczam moją żydowską kamienicę na dobre.

No, to teraz wracamy do szarej rzeczywistości. Bo na czwartek muszę urodzić. Też recenzję. Tyle, że naukową. A to już zabawne nie jest.

[♪] Regina Spector [The Chronicles Of Narnia - Prince Caspian] - "The Call"
[...bo takie sytuacje drapią po główce moją wewnętrzną Lucy]

22 listopada 2010 [20:42:01]

[Tajemnice Wszechświata]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

Nie lubię dzieci - najbardziej tych po osiemnastce

Nie zrozumcie mnie źle.
Po prostu zastanawia mnie fakt, jak w wieku lat dwudziestu można jeszcze wierzyć, że śmieci wynoszą się same, naczynia same się zmywają, a jak się nie posprząta w łazience, to nikt nie zauważy. A jak zauważy, to zawsze można powiedzieć "zaraz, zaraz, sory, zapomniałem, już mamo, za chwilę".
Błąd. Nie jestem "mamo". Poza tym, chłopcze, jest takie stare, chińskie przysłowie: "don't bullshit a bullshiter". A śmiem twierdzić, jestem lepsza przynajmniej o klasę (bo trzeba mieć przy tym jednak trochę finezji i trochę pracy w to włożyć - same zdolności aktorskie nie wystarczą).
Nie zrozumcie mnie źle.
Żyjcie sobie najwygodniej, jak potraficie, na ile sobie ludzi oczarujecie. Ale nie właźcie na moją wygodę. Nie grożę. Uprzedzam, że to nie przejdzie.

Innymi słowy: w końcu mieszkam z ludźmi, którym mogę wrzucić do pokoju wór ze śmieciami, których nie wynieśli przez tydzień i nie mieć przy tym wyrzutów sumienia. Jest to w jakiś sposób radosne. Teraz się dopiero okaże, czy naprawdę jestem taką złośnicą, za jaką się uważam.

[!] Co się zaś tyczy "Skrzydlatych świń" to postanowiłyśmy iść do kina z Zone jako przedstawicielki Komitetu Fanek - Kombatantek Wiadomokogo. Koszulkę nawet chciałam założyć, ale tak naprawdę - nigdy się jej nie dorobiłam. Złamałam się, kiedy zasiadłam w fotelu: oczyściłam umysł i obejrzałam film bez absolutnie żadnych sentymentów / ciekawości / uprzedzeń, ot: film.
I w sumie wszystko całkiem w porządku, tu się zaśmiałam, tam mi nóżka tupała, napięcie się nawet jakieś pojawiło w nerwach, aż tu nagle(!)...
...zakończenie.
I wtedy już nie wiedziałam, co ja tak naprawdę oglądałam przez ostatnie półtorej godziny. Kino familijne, zwierzęta gadające, "Lessi, wróć"?
[i tutaj, dla porównania, wspominamy ostatnią scenę z "Green Street Hooligans" i "I'm forever bowling bubbles" w wykonaniu Froda]
Cóż. Szkoły nie przyjdą, ale fanki na pewno.

[♪] Overseer [The Animatrix: The Album] - "Supermoves (Animatrix Remix)"

24 listopada 2010 [22:30:15]

[Soundwatcher]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

"Jak to się stało, że mi wypiłaś moje kakao" *

Hermijąnina jest moją siostrą cioteczną. To jedna z tych osób, które znały Cię w czasach, kiedy zbierałeś / -łaś wycinki o Brytnej i kochałaś (/łeś?) się w Bartku Wronie.
Nie to, że ja do Bartka kiedyś coś. A tym bardziej do Brytnej.
[Wolałam Padawana Hayden'a. Po czym przez długi czas było wielkie nic i dopiero Rob Dougan (nawet nie wiedziałam jak wygląda, ale po co, człowiek, który napisał "Chateau" nie musi być estetyczny z wyglądu - tymczasem, ku zaskoczeniu wszystkich - był).]

Z osobami posiadającymi TAKĄ wiedzę trzeba uważać.
Po bardzo intensywnym kontakcie w dzieciństwie i długiej ciszy w wieku nastoletnim, rzuciło nas na studiach do jednego pokoju. Całe szczęście, że obie wyrosłyśmy na osoby względnie przyzwoite i obowiązuje niepisana zasada, że co w wydarzyło się dzieciństwie, zostaje w dzieciństwie. Amen.
Jednym słowem: nikt, ale to nikt nie dowie się o pogrzebach pamiętników.

Ale faktem jest, że dużo nam umknęło w tej przerwie. Jej na przykład - ten moment, kiedy zaczęłam się malować (od wielkich dzwonów, ale zawsze) i zakładać spódnice / sukienki (oraz dostrzegać różnicę pomiędzy jednym a drugim). No i ten, kiedy zaczęłam odmawiać jedzenia, którego nie potrzebuję, jednocześnie odnajdując w sobie niezrozumiałą, nawet przeze mnie samą, miłość do aktu kreacji ciast. Kończynami własnymi w dodatku.
Nie miała okresu przejściowego. Także nie dziwię się, że po pierwszym kęsie szarlotki z budyniem w moim wykonaniu w jej głosie pobrzmiewała nutka ciężkiego szoku (tego ciasta nie da się popsuć, chodziło bardziej o to, że w ogóle chciało mi się je montować).
Przysłowiowa kropla nadprogramowa skapnęła w środę, kiedy wyciągnęłam z szafy sukienkę, którą miałam zamiar ubrać na wczorajszą imprezę. Hermijąnina spojrzała znad atlasu historycznego na ten uroczy krój i nie mniej uroczą koronkę po czym podniesionym głosem wyrzuciła mi "Ja nie wiem, co się z tobą dzieje!".
[W sumie - wicewersa]
Ha. Nie wiem, jak do tego doszło, ale babieję. Z dnia na dzień. Może kiedyś nawet zacznę kwiatki dostawać.

Ale zanim te kwiatki, wybrałam już dwa przepisy (jeden żurawinowy, drugi żydowski), które chcę na Święta uczynić. Ożywić. Przemienić z piksela w ciało. Ciasto.
Też nie wiem, co się ze mną dzieje.
Ale przywoływanie zimy wyszło mi wzorowo musicie przyznać.

[♪] Tori Amos [Tales of a Librarian] - "Winter"
[z tego, czy innego powdu - od dzisiaj znowu na ajpodzie zwanym iLlidanem, ze względu na brak wyświetlacza, który tak naprawdę potrzebny mi jak kotu wrotki...]
[*] oczywiście, nieśmiertelne "Jak to się stało?!" kabaretu Mumio

27 listopada 2010 [23:25:04]

[Tajemnice Wszechświata]

tu! tu pyknij! (9) || Wyślij wiadomość ||

Jak profesjonalnie ukarać [KICH!] szpanolans

Bujałam się wczoraj w kaloszach po mieście. Stwierdziłam, że jeśli już ma być mi albo zimno i mokro, albo tylko zimno, to zdecydowanie wolę tę druga opcję. Założyłam więc dwie pary skarpet, obuwie gumowe i z niezłomnością w oczach wyszłam walczyć z żywiołem ("Nic, ale to nic nie odwiedzie mnie od pójścia na zajęcia, na których wykorzystałam już wszystkie dozwolone nieobecności!"). Odważnie przemierzając obrzydliwą chlapę na Wielopolu, wskakując w największe zaspy na Józefa patrzyłam na mijających mnie z wślizgiem przechodniów, klnących pod nosem, jak, nie przymierzając, ruscy budowlańcy. I myślałam wtedy: "HA!". A owo gromkie "HA!" miało w sobie pokłady satysfakcji, że niby jestem taka sprytna i nic mi nie przemaka w stopach, że wygrałam z żywiołem, że bohaterstwo moje i zmyślność powinno się uhonorować wpisem do wiki, "HA!", nie to, co Ci przechodnie.
Ale to nie oni [KICH!] siedzą dzisiaj zasmarkani po pachy z dziwnym uczuciem w gardle. Nie oni. A ja.
I tym właśnie sposobem szlag trafił szansę na wiki.
Szlag trafił pracowite popołudnie, bo jedyne na co mam ochotę, to: herbata zagryzana [KICH!] polopiryną, kocyk, kolejny odcinek "Chucka", pisanie recenzji, rzucanie nożem do potworków w wowie (przez chwilę miałam wrażenie, że chce mi się [KICH!] "Diablo dwójki", ale nieeee, to niemożliwe, mnie? Przecież ja nie lubię hotdogów - a historię z hotdogami niech wam Zone opowie).
I myślę, że to wszystko w tej właśnie kolejności.

Szlag trafił również dzisiejsze kolokwium z [KICH!] jidysz. Nie to, że się jakoś wybitnie nauczyłam, ale na te mityczne siedemdziesiąt procent szanse miałabym, gdyby nie to, że musiałam się naprawdę mocno skupić, żeby mej kartki nie zasmarkać. Na tłumaczenie zdań typu "Jesteś zbyt ładna, aby studiować" (:D, rispekt i a dank swoją drogą) po prostu [KICH!] nie starczyło mi już ramu.

Więc cóż, więc cóż. Herbata jest, polopiryna wszamana, kocyk na miejscu [KICH!], Czak uratował trzy czwarte świata. Pisanie. Pisanie recenzji. Pół już mam. Jak zaczęłam za dziesięć pierwsza w nocy ("Tylko pierwszy akapit napiszę, jeden, króciutki, zacznę sobie tylko") to z transu wyszłam 2 237 znaków i 20 minut później.
Już zapomniałam jak dobrze mi się recenzje pisało. Ojej, ojej, [KICH!] jak ja bardzo mocno chce tej pracy [KICH!].
Ale, żeby nie było zbyt różowo, puchato i distejowsko. Pani z Wydawnictwa przysłała mi instrukcje dla recenzentów, gdzie [KICH!] punkt 14 brzmi: "Pamiętaj o zwróceniu książki!".
Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam. Dawno nikt mnie tak nie zranił.

Idę więc cierpieć w samotności.
[KICH!]

[♪] Lacuna Coil [Shallow Life] - "I won't tell you"

30 listopada 2010 [18:52:34]

[Nudle w5minut]

tu! tu pyknij! (5) || Wyślij wiadomość ||