. improwizacja-mniejsza

"A teraz proszę zaparkować pomiędzy tą czarną wołgą, a Zygzakiem McQueenem"

Od wczoraj nie zajmuję się niczym innym. Nawet kiedy śpię to zajmuję się jutrzejszym egzaminem, a obudziłam się wymieniając po kolei co trzeba zrobić, żeby ruszyć pod górkę i się nie stoczyć na pysk. Na rzyć. Nauczyłam się zasad pierwszeństwa na skrzyżowaniu równorzędnym. Znam światła w corsie i wiem, gdzie wlewa się płyn chłodniowy, ba! Wiem nawet do czego służy! I co zrobić z urwanym palcem (wrzucić do chłodnicy, khy). Zostały światła w mikrze, w której siedziałam raz w życiu.
Nadal nie mam pojęcia na którym skrzyżowaniu można zawracać, a na którym nie bardzo.
Czasami myli mi się prawa strona z lewą. Lewa z prawą też.
No i nie jestem pewna, czy zaparkuję. To znaczy zaparkować, zaparkuję, ale nie jestem pewna, czy nie na czyimś tylnym zderzaku.
Spokojnie, jak by to powiedział Nem. Oddycham i jestem płatkiem jaśminu na spokojnej tafli basenu miejskiego. Zone chciała wjechać pod prąd na drogę ekspresową. Darille „stanowi zagrożenie na drodze„. Koleżanka Markiz zdawała tyle razy, że szkoła chciała jej się zrzucić na riksze albo Falcorna z „Neverending Story”. A Nurlaf urwał kierownicę na swoich trzecich jazdach. Nie tylko ja robię idiotyczne rzeczy, kiedy jestem w aucie i prowadzę.
To nie jest tak, że się boje, że nie zdam. Boję się, że pobiję wszystkich powyżej na głowę i cal.

Dobre wiadomości są dwie: testy mi wychodzą, a Szef ładnie pozamiatał mi śnieg na drodze. Zła wiadomość jest taka, że w moim śnie najpierw jeździłam corsą, później stało się coś, czego nie pamiętam i resztę snu przejeździłam na rowerze. Żółtym. W dodatku składaku.
A ja nie cierpię jeździć na rowerze.

♪ "Aerodynamic" - Daft Punk

3 grudnia 2007 [11:56:38]

[Główna]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

"To pani?" - zapytał egzaminator gapiąc się na mój dowód

”No,tak” - odpowiedziałam – „W czasach, kiedy jeszcze byłam ładna”.
A później pobiłam ich wszystkich o głowę i cal.

Boli, kiedy zabraknie już prezentów do pakowania, a człowiek nie zdążył się jeszcze uspokoić. Bo pakowanie prezentów uspokaja bardzo. Już wiem dlaczego ludzie układają puzzle z 30k elementów, albo kleją modele galer. Puzzle by się teraz przydały.

♪ "Odnajdę cię, Ciri" - Grzegorz Ciechowski

4 grudnia 2007 [17:46:55]

[Główna]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

Motyw brudasa i pedancika

Zdałam maturę z historii sztuki na (około) 45 procent. A jestem dopiero po renesansie. Nie jest źle. Byłoby więcej, jakby mi się chciało opisywać akropol i porównywać dwie Wenus. Niniejszym oficjalnie przestaję panikować i zastępuję bezkresne przerażenie pojawiające się na mojej twarzy kiedy siadam do książki „Sztuka i Czas” błogim uśmiechem. O tak.
Poza tym nie wiem dlaczego, ale Leonardo da Vinci kompletnie mnie nie pociąga. Ani jego Mona Lisa, ani Dama z jakimś wypłoszem. Nie mogę nic na to poradzić. No, dobrze, lubię jego rysunki. Jak dla mnie mógłby być autorem komiksów. Rywalizację wygrywa Michal Anioł, co przekonuje mnie o tym, że Siostra Lekarz niegdyś miała rację. Powiedziała: „Są dwa rodzaje facetów. Pierwszy stawia włosy na żel, prasuje koszule i chodzi na dyskoteki. Drugi chodzi w dziurawych swetrach, mlaszcze przy jedzeniu i zwykle ma na jakimś punkcie niebezpiecznego hypcia. Ale nie martw się. Tobie na pewno trafi się ten drugi”.
Biorąc pod uwagę fakt, że wolę brudnego Mickiewicza od czyściutkiego Słowackiego, z da Vinci wygrywa Michał Anioł, który potrafił nie zdejmować butów przez miesiąc, a sweter Wiosełka jest, jaki jest, to tak. Miała rację.
A propo swetrów.
Mum: (nie odrywając oczu od telewizora) Wyrzuciłam twój sweter do psa.
Fiol: …?!
Fiol: (słabo) Któryy?...
Mum: Ten czarny. Wyciągnięty. Z dziurą w rękawie.
Fiol: Mój ukochany sweter mroku?!...
Mum: Mhm… Nie mogłam na niego już patrzeć.
Fiol: (rzuca się do drzwi na taras)
Mum: (ze spokojem moskiewskiego mafioso) Daruj sobie… Leży tam już tydzień.
A zawsze zastanawiało mnie, w jakich momentach ludzie zaczynają pragnąć, aby się wyprowadzić od rodziców i być już na swoim. Naprawdę, widziałam w tym więcej minusów niż plusów. Do czasu.

I nie, nie opowiem wam jak było i na czym oblałam. Musiałabym później was zabić. Co przy moich chrześcijańskich zapędach raczej nie wchodzi w grę. Więc naprawdę sobie daruję. Gorsze już jest tylko oblanie przez stłuczkę, albo przejechanie placu na ręcznym (czego dokonała moja Siostra Lekarz, Ave!)
Następne podejście w styczniu.

♪ "Last of the Wilds (instrumental)" - Nightwish

7 grudnia 2007 [13:25:03]

[Główna]

tu! tu pyknij! (8) || Wyślij wiadomość ||

Czołowe zderzenie z poniedziałkiem

Trudno było się zebrać do szkoły po dziesięciodniowej przerwie i takim łikendzie. Oj, trudno.

Odhaczyliśmy ten obgryziony koncert Końca Świata w Czeladzi z czasów, kiedy jeszcze nie istniała klasa maturalna, za to istniało lato. Nie było okazji na przyjazd do góry, więc starym prawidłem wszechświata góra sama się przytułała do nas, za co pięknie górze dziękujemy.
Nie zmieniło się to, że w pewnym momencie musiałam się na „Drukarnianych” kafelkach wesoło wyjebutnąć, bo czym pół towarzystwa postanowiło zrobić to samo. Tym razem na lędźwie. Mój szanowny atlas pamięta jeszcze tego pana niesionego przez tłum na T.LOVE, który niesiony był, oczywiście, tylko do czasu. W życiu mi tak w kościach nie chrupnęło.
Zamiast świeżego powietrza – opary tytoniu wżerające się gardło, czyli normalny, „Drukarniany” brak atmosfery. Panom znowu coś nie grało na monitorze, za mało basu, za dużo wokalu, i tak przez cały koncert. Zagrali nam w końcu „Jeszcze mamy rewolwery”. Bośmy się darli najgłośniej i najmądrzej (reszta sali koniecznie chciała drugi raz [tu wstaw tytuł]). Bardzo niechętnie za to i nie mogę wyczuć dlaczego. Za to zagrali tak piękną aranżację, że jeszcze nigdy nie byłam tak świadoma tego, co śpiewam. Niektórzy wyglądali podobnie.
Teraz mi powiedzcie, że roczniki po PRLu nie mają świadomości i żyją na fotce tudzież allegro.

Zmieniło się i wszyscy to wiedzą. Co odczułam dopiero na koncercie, może dlatego, że był poprawką po letnim, tak różnym od tego. I przy planowaniu Sylwestra, którego już razem nie spędzimy. Kilku ludzi brakło. Kilku sparowało się na ukos. Marian, nasz szyder-cyber-emo pozostał nietknięty, w swoim mrocznym kącie z literek matriksa. Ja nie byłam już nieparzysta, trzecia, piąta, siódma. Co prawda głównie przez SMSa „Jak się skończy to puść sygnał, musimy obgadać łikend”. Odpowiedziałam: „Skończyłam, ale nie mogę rozmawiać, bo jadę w szóstkę w czteroosobowym samochodzie”. Morał taki, że nadal jest śmiesznie. –ej nawet.

A dzień później dostałam między innymi pole kwiatów. Chyba w ramach rekompensaty za te bite osiemnaście lat, przez które nikt z płci przeciwnej nie wręczył mi zgniłego wiechcia z własnej nieprzymuszonej woli.
Pole kwiatów zobaczę nowiutkie i świeże na wiosnę.

Trudno było się zebrać, oj…

♪ "Message in the bottle" - Sting
[ktoś może chce mi udzielić dotacji na czerwcowy koncert?]

10 grudnia 2007 [20:28:03]

[Główna]

tu! tu pyknij! (5) || Wyślij wiadomość ||

Fin de siècle

W ostatni tygodniu założyłam konto w banku, potwierdzone konto na allegro i załapałam pierwszą pracę (tymczasową) przez którą będę musiała wypełnić PIT. Czuję się dziwnie z tym wszystkim. Teraz tylko wyprawa do urzędu po NIP. I prawo jazdy. Później załatwianie studiów i mieszkania. A później to już chyba, kurna tylko podatki, czynsze, rachunki w międzyczasie może urząd stanu cywilnego tak dla odmiany. ZUS, KURUZ, śluz i emerytura, jak dożyję.
A z dzieciństwa to mi chyba została tylko siódma część Harry’ego Pottera i zremasterowane wersje „Matrixa” i „Władcy Pierścieni” za piętnaście lat.

♪ "Carnival of Rust" - Poets of the Fall

16 grudnia 2007 [21:48:03]

[Główna]

tu! tu pyknij! (8) || Wyślij wiadomość ||

Fishy, don't cry

Średnio obchodzi mnie to, że 25 grudnia Dżej Si (J.C.) wcale się nie urodził. Wiem jednak, że bóg Mitra nie miał szans urodzić się ani 25 ani żadnego innego dnia. Choinka jest celtycka bodajże, czerwonego Mikołaja wymyśliła Coca-cola, bo do etykiety pasowało, łuska karpia w portfelu tylko zawadza, a cztery kanoniczne Ewangelie wybrał jakiś rzymski urzędniczyna, bo stwierdził, ze skoro są cztery strony świata, cztery żywioły i cztery wiatry, to Ewangelie też muszą być cztery.
A przecież tak naprawdę jest jedna.
Czekam na dzień, w którym będę mogła spróbować przeżyć te dni po swojemu całkiem i ciekawa jestem, jak wtedy będą wyglądać. Bo jak na razie ich nie cierpię. Pół na pół: trzy dni wesołego „Z*P*E*D*L*N*A!”, jak to wykrzyczała moja Siostra Lekarz z uśmiechem szaleńca na twarzy, trzy dni W*I*R*A*A*I* tego, co się wytworzyło we wcześniejszych trzech dniach. Ani ZPEDLNE ani WIRAAI nie jest fajne, przynajmniej dla mnie, bo już na nic innego nie ma czasu. I tak tydzień z życia wyjęty. A przecież nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby ludzi kochać, a także, przy okazji, nie wkurzać się na nich. Czemu zdecydowanie sprzyjaja ZPEDLNE.
No, może kiedyś będzie idealnie.

Ale i tak jest wesoło. W piątek, cała szczęśliwa wróciłam od Wiosełka, gotowa „Z*P*E*D*L*Ć!” jak nigdy. Mum krzątała się w kuchni, w wannie pływały trzy karpie, a w telewizorze jechała ciężarówka Coca-Coli. Klasycystyczną sielankę przerwało, jak zwykle w takich przypadkach, next generation. Wychodząc ze swojej komnaty przyłapałam Siostrzeńca Józefa (nie pytajcie, dlaczego jego rodzice nadali mu taką ksywę) na wlewaniu rybom do wanny szamponu do włosów, marki Johnson & Johnson (No teras).
Akcję reanimacyjną przeprowadziła doświadczona Siostra Lekarz, a kiedy tłumaczyła swojemu potomkowi, że „nie wolno tak robić, bo rybki teraz są chore”, ja starałam się udawać, że łzy na mojej twarzy spowodowane są właśnie tą tragedią.
Próbę szamponu przetrwała jedna. Wszystkie trzy na przed-wigilijnym stole były nadzwyczaj miękkie i pyszne. Polecam.

♪ "Belief (Live In Cincinnati Ohio)" - John Mayer

24 grudnia 2007 [13:02:45]

[Główna]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

Matka Matura Patronka Dobrej Śmierci

Świętujemy! Proszę państwa.
Przed chwilą skończyłam czytać „Bożych bojowników”, których męczę od października bodajże. Oczywiście, w tak zwanym międzyczasie zostało przeczytane kilka innych pozycji. Pozycji, które nie miały z historią wspólnego absolutnie nic. Może właśnie dlatego „Proces” tak bardzo mi się podobał: jedyną datą było „niedzielne przedpołudnie”.
Nie to, że Sapkowski jest fe. To, że historia we wszelakiej postaci, nawet okraszona fantastyką (tralalala, historia z podręczników szkolnych to też fantastyka miejscami, nie chcę nic mówić) wychodzi mi bokiem, okiem i… właśnie.
Dopiero w momencie kiedy zagryzłam FIstacje czytając o husycko-katolickiej bitwie pod Nysą zauważyłam jak bardzo mi się nie chce. Matka Matura potrafi obrzydzić nawet Sapkowskiego.

Jabłko padło zawirusowane. Życie bez iPoda nie jest niemożliwe. A jednak.
Tym właśnie sposobem staram się wysprzedać na allegro pół mojej biblioteczki, która stoi, kurzy się i jest w stanie idealnym. Bo ja myję rączki przed czytaniem. Myłam. W każdym razie. Kiedy czytałam Browna to myłam. Zbieramy na następcę Illidana.
Wszelkie datki można przelewać na konto.

♪ "Land of Love" - Subliminal
(po francuskim hip-hopie przyszedł czas na izraelski :>)

27 grudnia 2007 [11:50:52]

[Główna]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Probably the worst saleswoman ever

"Witam
Prosiłbym o przesłanie zdjęć z resztą "ubytków". Mam nadzieję, że to nic strasznego ;) Ta plamka... Można spytać od czego, kawy ???
Chy chodzi o te plamki (mało widoczne) na okładce ???
Proszę się nie martwić o Apokalipsę nie będę pytał ;)
Pozdrawiam Z."


"Witam! :)

pełna lista ubytków, które jestem zdolna zauważyć ma się następująco:
1. Owa plama jest do niczego nie podobna, nie pachnie i nie gryzie. Skąd pochodzi - nie mam pojęcia, wygląda jakby po prostu ktoś rysnął węgielkiem. Nie wygląda jak ślad kawy, ani w ogóle żadnej innej cieczy.
2. Prawy górny róg okładki jest nadgięty. Nadgięty, nie zagięty. Zdjęcie nie chciało tego pokazać.
3. Jakby ktoś przejechał wyłączonym długopisem... Krecha ciągnie się od napisu "fabryka słów" do rękawa pana Lokiego. Dzielę się świeżo zrobionym zdjęciem.
4. Jak to nazwać... "Brudnawe"? Zatarcia okładki. No bo czego innego spodziewać się po białej okładce. Od noszenia między innymi książkami w plecaku. Coś trzeba czytać pod ławką w szkole...
5. Stan rogów widać na zdjęciach w aukcji. Też od noszenia w plecaku do szkoły.
6. Plamki, faktycznie, są. Skąd - nie mam polęcia. U paru osób ta książka była, jednak nie więcej niż pięciu. Zauważyłam jednak, że plamki da się zdrapać paznokciem. Sama wolałam zostawić je w spokoju.
7. O nie! Właśnie teraz zauważyłam, że na kartkach przy grzbiecie na centymetr jest znak po czyimś napitku! Chyba po prostu woda, bo na prawdę zauważyłam to dopiero teraz... (na zdjęciu nie chciała wyjść - do tego plama ma jakieś właściwości paranormalne...)
8. Dziurka przy grzbiecie na przedniej okładce. Widać na zdjęciu aukcji, na wysokości łapy Lokiego. Przesyłam bardziej twarzowe zdjęcie.

W każdym razie warto zaznaczyć, że jeśli chodzi o ksiązki jestem strasznie krytyczna. Tak do treści jak i do wyglądu.
Jak znam siebie, to pewnie nie wygląda to tak strasznie jak opisuję. Jednak więcej niż 8 złotych bym chyba za tę książkę nie dała, jeśli mogę dodać coś od siebie...
wiem, nie nadaję się na sprzedawcę, a tym bardziej na akwizytora.

pozdrawiam :)
Fi"


Ech... Dają za to jakieś nagrody z stylu "Darwin 2007"?


♪ "Busindre Reel" - Hevia

28 grudnia 2007 [14:59:08]

[Główna]

tu! tu pyknij! (3) || Wyślij wiadomość ||

Tajemnica pierwszego siorbnięcia

Trudno jest podsumować rok, który był najlepszym rokiem twojego życia i ominąć z niego przynajmniej dwa tygodnie. Dlatego raczej, zgodnie ze starą, świecką tradycją, wstrzymam się od wszelakich podsumowań.
Siorb.

Kiedy już minęło świąteczne Z*P*E*D*L*N*E! zajmowałam się uroczym wu-wei (taka politycznie poprawna nazwa „niecnierobienia”). Dobrze mi z tym. Nauczyłam się grać naturą w „Hirołsach IV” (wiem, wiem, czwórka jest do bani, wszyscy tak mówią).
Siorb.
Przy okazji chciałam oficjalnie podziękować Szaciemu za babeczkę i „końcówkę z konta” przelaną na konto fundacji „Podaruj Fiolce nanoł”. Niech mu Bóg procentami wynagrodzi. Na maturze. Jego mina, kiedy powiedziałam, że poważnie zastanawiam się nad kupnem jabłka bez wyświetlacza za to z logiem gellwe, była absolutnie bezcenna.
Siorb.

Złapałam się na tym, że w foobarze mam ostatnio siedem stron świata. Przez ostatnie dwa tygodnie słuchałam na przykład: izraelskiego hip-hopu, śpiewu buddyjskich mnichów w wersji pop i nie pop, włoskiego metalu (co już brzmi paradoksalnie), szkockiego folkloru, soundtracka z produkcji Bollywood i oczywiście, rytmów prosto z Ameryki Południowej i Kuby. W zestawieniu nadal brakuje dżejpopu, jakoś nie mogę się zmusić. A wszechkochana Hamasaki szczerzy zęby. Poczekamy jeszcze.
Wniosek jest taki, że trzeba jak najszybciej wyjechać gdziekolwiek, byle stąd.
Siorb.

Czego i wam życzę serdecznie. Tak samo jak i wielu z tych rzeczy, które spotkały mnie w tym roku.
Na przykład takiej Zone, która pod choinkę kupiła mi bombillę i mate z tykwy pomalowanej na czerwień biskupią. W myśl zasady, że Mikołaja nie ma, a allegro jest.
Siorb.
Yerba jest gorzka.
Siorb.
Ale czuję się lepiej niż po kawie.
Siorb.
Niektórzy podobno wymiotują po pierwszym siorbnięciu.
Siorb.
Ale nie wszyscy od dziecka popijają mlekiem takie rzeczy jak kotlety, śledzie, frytki i nie wszyscy jedzą surowe ciasto. Nie wszyscy rodzą się Garfieldem po prostu.
Siorb.
Albo kozą.

♪ "Burn" - Mad @ Gravity
[najczęściej grany utwór w tym roku. to coś znaczy. poza tym, w kwestii wykonawców, Lacuna Coil, Ciechowski, COMA, w tej kolejności]

31 grudnia 2007 [10:47:11]

[Główna]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||