. improwizacja-mniejsza

Odmawiam bycia nic nieznaczącą bronią biologiczną!

Kiedy dzisiaj o pierwszej w nocy zamaczałam w wodzie ziarna, które Su Koreanka kazała mi kupić i dodawać do ryżu ("It's good for your stomach!") uświadomiłam sobie, że przez cały dzień nie zrobiłam absolutnie nic konkretnego. Tak oprócz dopieszczenia recenzji dla wydawnictwa i kliknięcia "wyślij". Tak na marginesie: nie miałam przy tym żadnych doznań mistycznych typu,: drżący palec wskazujący, motyle w brzuchu czy ekscytacja. Dziwne, doprawdy.
Czując dziwne chcenie chwyciłam więc postita i spisałam wszystko, co powinnam/chcę zrobić w czasie najbliższym, i nie wymaga to wychodzenia z domu. Szkoda, że dochodziła druga w nocy i nie mogłam tego chcenia wykorzystać w praktyce.

Postit klei się do stołu. W świetle dnia niczym nie różni się od strony w moim Tajnym Zeszycie Grafomana zawierającej jeden z tych Pomysłów zapisywanych nocą, które quasi - genialnie brzmią tylko jako zaczątek opowiadania fantastycznego.
Smark.
Albowiem dzisiaj już nie kichamy, a smarkamy.

Choroba odebrała mi tyle marzeń, tyle możliwości. Miałam kulać dzisiaj ciasteczka pomarańczowe, według przepisu wygrzebanego przez Frau. Ukulać, upiec, i wykarmić nimi pół mieszkania. Odwdzięczyć się Adamsowi, który wielkodusznie nakarmił mnie wczoraj plackami z cukini i tym samym zahamował nadpobudliwość moich ślinianek. Zwrócić przysługę Flatmejtowi Hungaryście, który uratował mi wczoraj życie kupując po drodze tabletki do ssania i czekoladę milkę.
Nie mogę przez nią normalnie zaliczyć ćwiczeń z Historii Polski w XIX wieku, albowiem wczoraj wykorzystałam trzecią nieobecność, ergo, ląduje na dyżurze z tematem "Powstanie styczniowe".
A co najważniejsze: pozbawiła mnie parowaru z uchwytem na jajko, który mogłam zdobyć w ramach programu lojalnościowego. Zmuszona byłam odwołać wypad na gigantyczne zakupy do riil'a w celu nabicia odpowiedniej ilości punktów.

Zaprawdę, zaprawdę powiadam szanownej publiczności w studiu. (podniosła muzyka, najlepiej [♪] "Caligula" Audiomachine) Nie pozwolę jej odebrać mi niczego więcej!
Gdzie ten postit?!

Urzekła was moja historia.
Smark.

[♪] Dunkelbunt - "Cinamon Girl"
[od Panzerfaustyny dostałam wczoraj]

2 grudnia 2010 [11:44:26]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (9) || Wyślij wiadomość ||

Wizja alternatywna - czterdzieści i cztery (ciastka)

Ukulałam te ciastka. Adams poszedł do Tesco i zakupił zasmarkanej Fiolce, czego było trzeba. I radochę miałam większą niż zakładałam.
Czterdzieści i cztery głupie ciastka pomarańczowe.
A ich zapach był tak intensywny, że przebił się nawet przez ścianę kataru. Rozszedł się po kuchni, wylazł na korytarz, kto wie, może nawet pokonał woń skarpet i wody kolońskiej ulatniający się z pokoju Braci Aktorów PrzyMroczków.
Czterdzieści i cztery lekko za bardzo od dołu spieczone.
Plus pińć pringelsów zachomikowanych jeszcze z Litwy, żeby uszczęśliwić Dzijunję i Adamsa dogłaskać. Żeby flatmejci Zza Drugiej Ściany się pouśmiechali trochę ("O! [Te] ciasteczka [o których mówiłaś w kwadrat od ostatnich czterech dni]!").
Czterdzieści i cztery: 200g masła, najlepsze pomarańcze, jakie Adams znalazł w Kerfórze, jeszcze kilka jakichśtam składników, godzinę z życia i krew z rany od tarki. Bo Bri Wan Der Kamp to ja nie jestem - zawsze przy Czynieniu ufifram się (akcent na SIĘ) tudzież wszystko inne dookoła, a i jeszcze jakichś urazów się nabawię. Ale co z tego.

Od tych ciastek w herbacie maczanych, od tego zapachu i batonika "Elitezz" w ramach werbalizacji wdzięczności, przypomniała mi się jedna wizja alternatywna powstała w tych godzinach mojego życia, które nigdy nie ujrzały światła dziennego. Tych, które wskazywały na przyszłość zgoła (zawsze chciałam użyć tego słowa) inną.
Otóż mieszkanie. Ciepłe kolory na ścianach przyozdobionych twórczością własną i gości. Jedna ściana zawalona płytami na stojakach. Książki leżą wszędzie (co ciekawe w tej wersji alternatywnej ich marginesy były uzupełnione komentarzami właścicielki). Włączony laptop i migający kursor. Dużo butów w przedpokoju - rozmiary różne. Muzyka w tle rozmów. Radosnych i kawowych w dzień, poważnych i kakaowych w nocy. Duże okna. Bez firanek. Absolutnie bez firanek. Po co firanki, kiedy mieszka się na najwyższym piętrze i można patrzeć na niebo?
Drzwi wiecznie otwarte, chociaż to niebezpieczne, kiedy mieszka się samemu. A nad drzwiami wymalowane moją legendarną czarną farbą z puszki spod biurka starannie wyselekcjonowane przez ekspertów słowa z "Tonacji", acz z wydźwiękiem mniej ironicznym. Bo w tym mieszkaniu nie będzie telewizora. Ani pół nawet.

Dzisiaj ta wizja uzupełniona została o kuchnię.
Będzie w niej ciepło od piekarnika. Tak chcę. I uczynię z niej samoładujący się kołczan Legolasa - zawsze odnajdę w niej wszystko co potrzebne, żeby upiec coś na szybko, dla niezapowiedzianych gości (już teraz zawsze kupuję na duży zapas). Mogę się żywić do końca życia tym kurczakiem z ryżem, i zapewne to słowo stanie się ciałem, ale piekarnik będzie chodził często - i, co ważniejsze, będzie dla kogo. Ja wrócić do swojej starej wagi nie zamierzam.

Chrupiąc jedno z czterdziestu czterech ciastek pomarańczowych pomyślałam sobie, że tak to ma wyglądać. Nie inaczej. I wtedy, nawet jeśli będzie właśnie tak, że będę budzić się sama i sama będę zasypiać, zmuszona do samosieństwa czuć się nie będę. Może te drzwi otwarte i ciastka właśnie, pieczone w ilościach wprost proporcjonalnych do butów ustawionych w korytarzu nawet nie pozwolą mi o samosieństwie swoim myśleć.
Dzisiaj w każdym razie nie myślałam.

Także wypomnijcie mi tę notkę za parę lat i wproście się na ciasto. Syrop do kawy możecie przynieść. Kto jaki lubi.

[♪] Sting [If on a winter's night...] - "The hounds of winter"

4 grudnia 2010 [0:43:54]

[Między 1.00 a 3.00]

tu! tu pyknij! (10) || Wyślij wiadomość ||

Ta zima jest dokładnie taka, jak lubię

Absurdalna.
Przymuszona okolicznościami (kończyło się jedzenie) ubrana w szesnaście warstw ciuchów wychynęłam wczoraj z żydowskiej kamienicy i poślizgałam w kierunku przystanku. Owszem, słyszałam legendy o powywracanych tramwajach, wyrwanych torach, szczelinach z buchająca lawą i innych niedogodnościach na drogach, ale nie miałam za bardzo wyboru. Nawet jeśli zaraziłam przy tym pół Kroke.
Tramwaj zatrzymał się na alei Pokoju bez głębszych chęci ruszenia dalej. Cóż, rozumiem, zima tysiąclecia, nie wszystko musi działać, et cetera, a tramwaj przed nami się popsuł i miał do tego prawo. Zdarza się. Cóż.
Po pół godzinie dowiadujemy się, że tak naprawdę stoimy i kwitniemy, bo ktoś na Długiej zaparkował sobie na torach.
Bo czemu nie. Skoro nic nie działa, to wyobraźnia też nie musi.

Poza tym wymyśliłam dzisiaj jajecznicę z jogurtem. Nie pytajcie.

[♪] I Blåme Coco [The Constant] - "Quicker (Rack N Ruin Rework)"
[Urodziłam sobie, z nudów najprawdopodobniej, bloga z recenzjami dźwięków. Zobaczymy, ile pożyje, ale Coco, i tylko Coco jak na razie, przepisałam: bierzcie i jedzcie, chociaż czuję, że jeszcze nie odzyskałam formy, po latach zastoju; aha, i nie cierpię tego szablonu, ale opanowanie blogspotowej gwary hateemelowskiej jest ponad moje skromne zwoje mózgowe]

4 grudnia 2010 [20:21:12]

[Soundwatcher]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

Plan ewakuacji + bonus

Orkiestra symfoniczna zagrała z telefonu - to się wzięłam i obudziłam. Na wpół zamarznięta. Policzyłam do trzech i odrzuciłam Kordełkę. Bolało.
(a Mikołaj nie przyszedł...)
Truchtem pobiegłam do łazienki. No, tak. Piecyk znowu zgasł. Minus pindźsiesiąd na zewnątrz i nic nas nie ogrzewa. Znowu.
Z Adamsem, Dzjunią i Hermijąniną opracowujemy plan ewakuacji z żydowskiej kamienicy do 31 stycznia. Decyzja została podjęta troszkę w emocjach (cytuję: "JAK MOŻNA WSTAWIĆ NOWE OKNA TAK, ŻE (bardzo mocno wieje) JESZCZE BARDZIEJ NIŻ (wiało kiedyś)" - cenzura nastąpiła w trosce o zachowanie praworządności czytelników).
Dodatkowo jeden z Braci Aktorów PrzyMroczków w obronie na zarzut, że palcem nie ruszył w kwestii odrobienia swojego dyżuru rzekł: "Bo ja nie ogarniam na jakiej zasadzie dyżury są". Musi mieć naprawdę wygórowane mniemanie na temat swoich zdolności aktorskich, skoro myśli, że łyknę coś tak kompletnie pozbawionego finezji i, przede wszystkim, pomysłu jakiegokolwiek. Bo, droga publiczności w studiu, taki rebus, zagadka na mikołajki: jak można nie ogarniać czegoś przez dwa miesiące i nie dopytać się, żeby sprawa była jasna?
Odpowiedź: Można, jeśli taka niewiedza jest wygodna.
Tymczasem Szanowny Właściciel do dzisiaj nie przysłał nam umowy.

Wniosek: toczy mi się w głowie cały czas, dzięki czemu co raz bardziej upodabniam się do chomika. "Uciekać!"

[!!!] PREZENT.
Wiem. Obiecałam, że nigdy tego nie zrobię, ale ze względu na masowy odzew ludu (dwie osoby to już czasami nawet tłok!) zamieszczam oto dokładny PRZEPIS NA JAJECZNICĘ Z JOGURTEM.
1. Bierzemy pomidora. Kroimy pomidora. Rzucamy na rozgrzaną oliwę.
2. Bierzemy szczypiorek. Kroimy szczypiorek.
3. Wyciągamy z lodówki kubeczek z białkami, które zostały po pieczeniu ciasteczek pomarańczowych. Stwierdzamy (można na głos), że dwa białka to "bida" i "MAŁO".
4. Z krzykiem szybko lecimy zamiąchać pomidora, co by się jeszcze bardziej nie spalił.
5. Zaglądamy do lodówki szukając czegoś, co zwiększyłoby objętość jajecznicy. Dodatkowe jajko wydaje nam się rozwiązaniem zbyt prostym. Dostrzegamy jogurt naturalny 0% z bliską datą ważności. Bierzemy jogurt. Wlewamy na patelnię (tę, na której smaży się pomidor). Obserwujemy ciekawe reakcje chemiczne.
6. Bierzemy białka. Rzucamy na patelnię. Tę z pomidorem i jogurtem, który przestał wyglądać jogurtowo.
7. Dorzucamy szczypiorek. I jakiś pieprz, sól ziołową, co tam kto akurat ma w szafce. Ryż też można, tylko po co. Miąchamy, aż się zetnie.
8. Dzieło wyrzucamy na kanapki i prezentujemy Adamsowi wychodzącemu z łazienki ze słowami: "Patrz, jajecznica z jogurtem".
9. Adams stwierdza: "OKEEEEJ?..." tonem "Mhm, szanuję, ale nie pochodź bliżej".
10. SMACZENGO. Albo coś w tych okolicach chociaż.

Zdjęcia brak.

[♪] Anika Noni Rose [The princess and the frog OST] - "Almost there"
[absolutnie fantastyczny OST - jak dla mnie w czołówce, jeśli chodzi o Disney'a]

6 grudnia 2010 [13:16:26]

[Tajemnice Wszechświata]

tu! tu pyknij! (12) || Wyślij wiadomość ||

Jes, łi ken!

"Witam, w związku z tym, iż w dalszym ciągu nie otrzymaliśmy od Państwa umowy, postanowiliśmy się wyprowadzić. "

...czyli pierwsze zdanie z naszego mejla do Pani Sekretarki Właściciela. Mejl pod red. Dzijuni.

Mum na informację, że uciekam z kamienicy żydowskiej urządziła mi przez telefon mini - monolog a la Burok Omama. Że wspiera, że "Lubię to!", a blendamed zapewni Ci najbielsze zęby w sąsiedztwie. I to był szok.
Przez chwilę miałam ochotę wstać i ze wzruszeniem zacząć klaskać, tak mnie podniosła na duchu. A później wręczyć pokojową nagrodę nobla.
Ale i tak przebił ją Wielki Eduardo kwestią "Jestem za!" wypowiedzianą tonem "Tak naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego wcześniej na to nie wpadłaś". Cóż, prostota zawsze wygrywa.
Ergo - rodzice naprawdę uważają, że wiem co robię.
Oni chyba uznali, że jestem DOROSŁA.
I, zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, to był szok najcięższy.

Jutro idziemy oglądać mieszkanie cztery przystanki dalej w tak zabawnej cenie, że zastanawiam się, co w nim jest nie tak, oprócz mebli... wyntydż (brzmi lepiej niż "po babci").

Poza tym.
- Dobrze, przemówmy się na piątek, to pogadamy dokładnie.
- W porządku. Nie ma problemu. Tylko
- mimochodem wzrok spaniela - czy można liczyć na kolejne zlecenia?
- Taaaak, taak! W piątek pogadamy.
- Mhm. Dziękuję.

I tak chyba zostałam recenzentką OMENU.

Ale spokojnie. Dalej nie mam szczęścia w miłości (i w kartach).
I nie mam z kim iść na "Deathly Hallows" w celu posłuchania soundtracka w kinowym fotelu.

[♪] KT Tunstall [Eye To The Telescope] - "Suddenly I See"
[Bo w holiłudzkich filmach ta piosenka leci w takich właśnie scenach]

7 grudnia 2010 [19:43:55]

[Nudle w5minut]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

A myślałam, że już dawno osiągnęłam szczyt samosieństwa

To wszystko jest jednak lekko stresujące.
Chociaż tyle, że znalazłam mieszkanie w ciągu tygodnia. Socrealizm, meblościanka, te sprawy, ale 5 minut na nogach od Zone. I sympatyczne na pierwszy rzut oka współlokatorki posiadające mikser. I właścicielka, która co miesiąc wpada, bierze kasę za mieszkanie i zostawia kolejną butelkę kreta.

Szlak trafił mnie tylko jeden, jedyny raz. Przed chwilą. Więc nawet nie potrafię się z tej wyprowadzki cieszyć. Powód przemilczę, bo nie warto się rozpisywać po raz kolejny na temat dwudziestoletnich dzieci.
Do zobaczenia na nowym miejscu.
Dobranoc. I niech nikt teraz nie próbuje mnie ani przytulać, ani głaskać.

[♪] Nitin Sawhney [Prophesy] - "Breathing Light"

11 grudnia 2010 [22:25:04]

[Powsinoging]

tu! tu pyknij! (2) || Wyślij wiadomość ||

Touka Koukan, jak to powiedział stary alchemik

Hermijąnina zmieściła się w czterech pudłach. Ja nie zmieściłam się w czternastu.
Dobrze, że przewieźli nas Dobrzy Ludzie z Dużymi Autkami. Jakbym miała z tą całą biblioteką (te tanie księgarnie, na Grodzkiej szczególnie, epf) tłuc się wte i wewte środkiem krakowskiej komunikacji jak Dzjunia z Adamsem, to prędzej urządziłabym się na samym środku Ronda Grzegórzeckiego. Obok torów tramwajowych. Bo bliżej.

O wszystko się tutaj obijam.
Nie mam gdzie rzucić beretu, ani postawić łóżka (meblościanki magicznie zmieniają każdy pokój w absolutnie nieustawnego potwora). Nie mieszczę się na półkach. Przy gotowaniu obiadu biodrem zrzucam łoka z palnika. Ściągając sweter demoluję kinkiet. Zamykam kabinę prysznicową i okazuje się, że mam lekką klaustrofobię. Można się przyzwyczaić do sufitu, który jest wyżej niż trzy metry nad głową.
Ale coś za coś.
Bieganie po domu w krótkim rękawku zamiast spania w bluzie. Cisza i spokój. Nie muszę na nikogo krzyczeć, że "jest głupi i weź po sobie posprzątaj". Coś za coś.
Mimo wszystko słowo "dom" w ogóle nie przechodzi mi przez gardło. Generalnie mam dziwne przeczucie, że to nie to. Jest okej, ale to zupełnie nie to.

A gdzie je "to"?
Na jakimś "daleko od centrum" zobaczyłam dzisiaj budujące się bloki. Rozejrzałam się uważnie, czy nikogo nie ma w pobliżu. Wyciągnęłam przed siebie palec wskazujący, celując w okolice drugiego - trzeciego piętra.
- O, tam będę mieszkać - powiedziałam tonem piecioletniej dziewczynki nie mającej pojęcia o okrucieństwach tego świata - tam właśnie.

Jestem zmęczona. Potrzebuję albo odpocząć. Albo paliwa. Przy czym to drugie byłoby nieco lepszejsze.
Zarządzam wieczór z dziadziem Tolkienem.

[♪] Sara Bareilles & Ingrid Michaelson - "Winter Song"

14 grudnia 2010 [22:47:22]

[Nudle w5minut]

tu! tu pyknij! (1) || Wyślij wiadomość ||

Po prostu to, co od urodzenia przy okazji starając sie nauczyć hebrajskiego

Istnieje we wszechświecie jedno pytanie zasadnicze. Można się poważyć na odpowiedź, ale to tak samo, jakby próbować przedstawić "sens życia" albo aktualny rozkład jazdy komunikacji miejskiej. Jestem pewna, że absolutnie każdy sobie ów pytanie kiedyś zadał, szczególnie jeśli uczęszczał do którejkolwiek z placówek edukacyjnych.
W mojej głowie pojawia się ostatnio co raz częściej. Zazwyczaj w czwartki pomiędzy 8.30, a 10.00 kiedy mam zaszczyt spędzać czas proseminarząc się.
Nie mogę się powstrzymać jednak, kiedy słucham, że moja Koleżanka Żydolożka ma problem, bo do jej tematu na licencjat nie ma absolutnie żadnych publikacji i będzie musiała spędzić następne pół roku w archiwum tłumacząc co lepsze kawałki tak zwanych tekstów źródłowych z jidysz. Do tego drugi Kolega Żydolog, który przytargał izkor buk, tysiąc stron bydle miało, i Pan Doktór powiedział mu, że praca oparta na siedemdziesięciu stronach tego dzieła to za mało. Siedemdziesięciu stronach, które trzeba jeszcze przetłumaczyć, zaznaczam.
Tak więc oto jest pytanie:
Co ja tu robię?
Element zaskoczenia z tej notce polega na tym, że w ostatni czwartek pojawiła się odpowiedź. Wystarczyło się rozejrzeć, popatrzeć sobie na ręce, zajrzeć do torby i głowy.
Albowiem chlałam bezczelnie kawę ze srakbaksowego kubka (dwadzieścia pięć zeta, a nie leje się z dziada). W ręce mej dzierżyłam ołówek, w którym spisałam już szpic, więc tekst kreślony był mocno nieostry, a tego nie lubię. Kreśliłam, owszem, cichcem, nie pod ławką może, ale za plecami koleżanki. I mocno zaaferowana byłam tym, co kreślę. A była to chyba kolejna recenzja. W torbie oprócz "Kabały" Pana Szolema miałam "Nację" Pratchett'a. W głowie natomiast była Skrzypaczka, która powstała, jak niektórzy pamiętają, przed rokiem w trakcie sesji. W środowy wieczór wpadłam w końcu na to, że jej historia ma zostać spisana w formie listu i od razu powstało trzy i pół strony (Skrzypaczka okazała się radosną trzpiotką, nie sposób jej nie pokochać od razu).
Odpowiedź nasuwa się sama.

Cóż. Każdy ma własną piramidę Maslowa, afrodyzjaki na ambicję tudzież listę "To do before X-Mas". I niechże tak pozostanie. Amen.

[♪] KULT [Unplugged] - "Brooklyńska Rada Żydów"

18 grudnia 2010 [22:59:11]

[Cierpienia Młodego Grafomana]

tu! tu pyknij! (2) || Wyślij wiadomość ||

W tym odcinku uchylam rąbek mojej piramidy Maslova, a ten w grobie się przewraca

I znowu zaczyna się sezon na "Bloga Roku", znowu przez piętnaście sekund się zastanawiam, czy przypadkiem, dla odmiany tak, się nie zgłosić, po czym stwierdzam z nieukrywanym smutkiem, że regulamin pozostał niezmieniony.
Szczerze wątpię, czy ktokolwiek sam z siebie poświęciłby cenne 1,22 PLN, żeby wyrazić poparcie dla mej TFÓrczości powszedniej (spowszedniałej?). Tymczasem mnie nie chciałoby się agitować, promować, zachęcać i przede wszystkim wyłudzać funduszy. Wręcz odradzałabym Państwu takie praktyki, albowiem jestem pewna, że w błoto zostanie rzucona krwawica - wszak nie mam znów aż tylu odwiedzin, żeby konkurować z szeregiem blogowych Person.
Jednak na coś się ten konkurs mi się przydaje - poszerza moją listę rssów o czytadła z innych serwisów. Bo ileż można wchodzić na te same blogi z głównej owna. Wchodzić i odkrywać, że ownlog to to samo co fotolog. Ewentualnie przeczytać pierwsze zdanie notki i umrzeć. A później zmartwychwstać tylko po to, żeby zamknąć zakładkę.

Chyba tylko w tym właśnie jest sens (jeśli chodzi o mój punkt siedzenia). Wrzucić do katalogu linka, co by ktoś mnie i mojemu uzależnieniu podobny mógł w niego randomowo kliknąć. A potem, kto wie, może wrzucić w rssy.
Tu nie chodzi o lan'srank. Ja po prostu lubię, kiedy mnie się czyta. I lubiłam to od dziecka, a dzieckiem byłam w czasach, kiedy ani blogów nie było, ani naszej klasy, a esemesy tylko w śladowych ilościach. Były za to papierowe dzienniki, które prowadziłyśmy z Hermijąniną, Jej Siostrą i Kaśką - Sąsiadką. Pisało się notkę, ozdabiało ładnie, po czym udostępniało zeszyt do wglądu reszcie.
Mój pierwszy serwis blogowy. Nie dość, że oflajn to jeszcze AFK.

[!] Teza do obalenia: Zatem człowiek się rodzi blogerem? I zostałby nim, nawet gdyby żył w czasach postapokaliptycznych jako Ostatnia Istota Ludzka Na Ziemi? Czy blogowanie ma sens, kiedy jedynymi potencjalnymi czytelnikami są hordy Zombie / karaluchy / przedstawiciele cywilizacji pozaziemskiej? Czy jest na sali jakiś lekarz?

[!!] Tak więc wiadomo już, co jest na mojej piramidzie Maslova i to zaraz po potrzebie dostarczenia nusbajzera do organizmu (własnego).
Potrzeba bycia czytaną.
Doceń tę chwilę, Droga Publiczności w Studiu, bo dzisiaj pierwszy raz się do tego przyznałam. Nawet przed sobą samą. A na refleksje mi się zebrało, bo jestem w połowie oglądania "Social Network".

[♪] Orbital [Hackers Soundtrack] - "Halcyon And On And On"

20 grudnia 2010 [22:25:21]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (23) || Wyślij wiadomość ||

Tu bi du bi du djuring Krysmas

Wspaniała wiadomość, o zniżce 50%. Wspaniała, doprawdy.
Tylko co mi ona da, skoro ja się do pociągu zazwyczaj nie mieszczę? Tymczasem dwa kursy Zawierciowo - Kroke w dość strategicznych godzinach zniknęły z rozkładu na zawsze.
Premie świąteczne im obcięli. Śmiem twierdzić, że pyhi.

Miałam to szczęście wrócić do domu Zone'wanem przez co uniknęłam kwitnięcia na peronach. O dziwo, wszyscy się ucieszyli. Nie mieli wyjścia, przez tę historię z mieszkaniem nie było mnie tu miesiąc. Mum się cieszy, bo kupiła mi szlafrok. Wlk. Eduardo się cieszy, bo upiekę mu miodownik. Pies się cieszy, bo wróciła Ta - Od - Spacerków. Siostra Doktórka się cieszy, bo przywiozłam jej zakwas.
Ja też się cieszę, bo mnie sprzątanie ominęło. Rodzina od razu wydaje się sympatyczniejsza.
Chociaż stoik, który pojawił nie wiadomo skąd, szepcze mi do ucha, że nie będę zawiedziona, jeśli spokojnie poczekam do wigilii, kiedy to zawsze jest największy kociokwik. Krach na giełdzie przy tym to beknięcie ameby.

W te święta uroczyście przyrzekam:
1] Po pierwsze i najważniejsze: obżerać się. Wszystkim, co w zasięgu ręki się znajduje i wygląda na pyszne (dzisiaj zajęłam się pokaźnym kawałkiem Studenckiej z żurawiną, na jutro zaplanowaną mam próbę generalną przed wigilijnym obżarstwem pierogowym).
2] Przytyć (ze dwa kilo może się uda? Mum przywitała mnie jak zwykle okrzykiem "aleś schudła!", co nie do końca jest prawdą; owszem, jakieś 1,5 kg przez ten miesiąc, ale nie "schudłam" tylko zrobiłam sobie miejsce na święta - i proszę nie mylić pojęć).
3] Zdecydować się w końcu na temat licencjatu (jednak ten o imionach Boga w praktyce jest zbyt kobylasty i musiałabym opanować sztukę notariokonu - KontrolCe, wiki, kontrolFał - żeby zmieścić to na 60 stronach).
4] Nazywać rzeczy po francusku (bo o ile czytać, to przeczytam i zrozumiem nawet, o tyle powiedzieć coś oprócz gromkiego "merde!" i "Viva Robespierre!" to jakoś nie bardzo).
5] A jak mi nie starczy słówek po francusku, to po hebrajsku (jidysz nie istnieje).
6] Obżerać się.

Ku chwale!
Studencka z Żurawiną!
Zarwana noc przy pisaniu!
"Love actually"!
Pierogi!
"Soul cake" Pana Stinga!
Czego i wam życzę.

[!] Tak naprawdę jestem mocno przerażona tym, co się wydarzyło w tej notce i zaczynam się poważnie martwić nieobecnością mojego Ebenezera Scrooge'a.
A JEŚLI UMARŁ?

[tu jest nutka, uwierz w to] Ian Anderson Band - "God Rest Ye Merry Gentlemen
[bo to niezmiennie moja ulubiona kolęda, w takim dokładnie wykonaniu i w tej właśnie aranżacji]

22 grudnia 2010 [23:25:03]

[Nudle w5minut]

tu! tu pyknij! (8) || Wyślij wiadomość ||

Nie mam talentu! // Ebenezer jednak żyje

W tym całym wielkim planie obżerania się nie wzięłam pod uwagę jednej rzeczy. Mianowicie moich możliwości. Wraz ze zrzuceniem wagi bezpowrotnie minęły czasy kiedy mogłam "bawić się w tankowiec" *. Tak więc wczoraj obżerałam się dzielnie, dzisiaj jakoś poszło (chociaż na karpia i rybę po grecku miejsca zabrakło), ale jutro... Szczerze wątpię, czy utrzymam poziom. A powinnam być w jak najlepszej formie, bo to jutro właśnie jest objazd po wszystkich ciociach świata.
Tymczasem ja marzę tylko o płukaniu żołądka, ewentualnie małej deskorolce, na której mogłabym się legnąć niczym wzorowy waleń i w tenże sposób poruszać po domu.
Gdybym wiedziała, że teraz będę się czuła jak wór z ziarnem to nie krzyczałabym przy rybach "Szybciej, szybciej z tymi pierogami, bo od barszczu minęło już prawie dwadzieścia minut i czuję, że mój żołądek powoli zaczyna ROZUMIEĆ!".
Plan na dziś: odleżeć swoje przy "The Road" i trochę się poruszać jednak.

(To był naprawdę dobry miodownik żydowski z żurawinami i migdałami. Nie chwaląc się.)

Na dworze brzydactwo, plucha i brudny śnieg upstrzony psimi fekaliami. W dodatku mocno śmierdzi w tej mojej przemysłowej mieścinie - wspaniały bukiet starannie dobranych elementów tablicy Mendelejewa. Dość żałosny przedstawiałam widok przemierzając drogę dom własny - dom Siostry Doktór, wte i nazad, albowiem nikt mnie nie chciał, nikomu potrzebna nie byłam, wszyscy wszystko chcieli zrobić sami. Mum święta ogólnie, Siostra Prof ryby, Wlk. Eduardo choinkę sam chciał umyć i wytrzepać (poważnie). Brakowało tylko tego, żeby Psica się sama wyprowadziła.
W dodatku, aby dodać obrazkowi smaczku, co chwilę byłam ochlapywana wodą przez przejeżdżające auta.
Brakowało tylko tej sceny, kiedy ktoś mnie potrąca, a ja wywijam malowniczego orła i plaskam radośnie w kałużę.
Cóż. Przewrót jednak trzeba zrobić, taki czy inny. Planuję za rok przejąć władzę nad ciastową częścią tej imprezy. Ku chwale i tak mi dopomóż.

Czego wam nie życzę, bo na co to wam.

A teraz idę pomówić ludzkim głosem.

________
* Był niegdyś taki pasek: Garfield z wypchanymi policzkami i John z karcącym wzrokiem.
John: Garfield! Ile masz sardynek w buzi?!
Garfield: 123.
John: Co ty robisz?!
Garfield: Bawię się w tankowiec.


[♪] Reni Jusis [Iluzjon] - "Dziewczyna przy Fortepianie"
[ktoś mi dzisiaj tego mniej - więcej życzył]

24 grudnia 2010 [21:18:21]

[Nudle w5minut]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Pan Ebenezer zwiał do szafy i polazł do Narni

Od kilka lat wyznaję zasadę, że idealny poranek 25 grudnia powinien składać się z kilku elementów. Brak któregokolwiek grozi zawaleniem.
Koniecznie musi być piżama i mleko z kawą do śniadania spędzonego na oglądaniu bajek disneja. Pod pachą należy trzymać "Listy Świętego Mikołaja" Dziadzia Tolkiena, a w głowie mieć ścieżkę dźwiękową z pierwszej części Narni. Można również ściskać podusię chociaż mocno opcjonalnie.
Done.
A kiedy już done i rodzice wyganiają dzieci sprzed telewizora by samemu dopełnić świeckiej tradycji i obejrzeć w spokoju Potop można się schować w kątku i przeczytać sobie kilka "Listów...". Ale nie za dużo, żeby zostało na tak zwany "zarok".
Czego i wam życzę. A co.

Jak już tak zajeżdżam tu Szanownej Publiczności w Studiu pierniczkami i cynamonem, to pojadę po bandzie. Zaserwuję wam moją wersję wspominkowej opowieści wigilijnej , a rzecz się tyczy kontrowersyjnego tematu, mianowicie "Czy Święty Mikołaj istnieje?".
Otóż dziecięciem będąc, sześć lat mając byłam już dawno uświadomiona, że to rodzice i nic poza tym. Taki los najmłodszego dziecka - tak w domu, jak i na podwórku - starsze koleżanki wszystko Ci wypeplają, a jak nie one, to w BRAVO sobie wyczytasz.
Siostra Prof studiowała wtedy w Kroke, które akurat odwiedził Święty Mikołaj z Laponii, wiecie, ten Pan zatrudniony w celach marketingowo - propagandowych, żeby siedział tam w tej chacie, dokarmiał renifery, a turyści mogli na niego patrzeć. Pamiętam, że oglądałam nawet reportaż w "Teleekspresie", w którym to Pan Mikołaj życzył do kamery wszystkim Świąt Wesołych, a w tle jaśniały Sukiennice.
Oto Siostra wykorzystała ten fakt i dając prezent (gipsowa figurka kota, na których punkcie miałam ko... fisia) oznajmiła, że spotkała owego Pana na krakowskiej ulicy, zaczepiła, a ten wręczył jej dla mnie taki oto drobiazg. I w ten właśnie oto sposób drobiazg nabrał wartości niebotycznej, a ja przez następne dwa miesiące opowiadałam, ze moja Siostra przywiozła mi prezent od "Tego Prawdziwego Mikołaja z Laponii, co to Kraków odwiedził".

A teraz ręka w górę, kto się rozczulił, lekko nawet po przeczytaniu powyższego akapitu. Dziękuję. Kto przeciw? Dziękuję.
A teraz możecie się oddalić w stronę kuchni i w nagrodę zjeść dodatkowy kawałek ciasta. Rozgrzeszam was niniejszym.

[♪] Lisbeth Scott [The Chronicles of Narnia - The Lion, The Witch and The Wardrobe OST] - "Where"

25 grudnia 2010 [12:30:55]

[Soundwatcher]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

W oczekiwaniu

Z dwóch planowanych dodatkowych kilogramów na wadze zobaczyłam dzisiaj jeno jeden. Tak więc, kontynuując dzieło zniszczenia, dzisiaj kopiec pierogów. Aczkolwiek z ciast chyba zrezygnuję, bo moje kubki smakowe protestują. Chcą warzyw, twarogu, ryżu i kurczaczka kery.
W głowach się przewraca, no, na prawdę.

Oczekuję właśnie xiędza. Jest śmiesznie. Chociaż nie tak bardzo, jak niegdyś. Może dlatego, że Mum wyjechała do swej Mum, a nam tylko zostawiła niejasne instrukcje, co gdzie można znaleźć i co gdzie pochować (wszak ścierek i kuchennych łapek pokazać xiędzu się nie godzi).
Przepraszam za obrazę uczuć religijnych, jeśli takowe tu występują, ale naprawdę cieszę się, że wody w kranach zabrakło dopiero po tym, jak napełniłam miseczkę i ustawiłam na stole, obok kropidła.
Poza tym pojawił się pomysł, żeby Ministrów pochwalić za ładne przebranie po czym wręczyć im lizaki w kształcie dyni i duszków. Nie posiadamy jednak takowych, bo Helołin obchodzi się w naszym domu jeszcze mniej hucznie niż Dzień Trampka na Rzepy, Matki Boskiej Lewobrzeżnej czy nawet Wyprzedaży w Mediamarktniedlaidiotów.
Poza tym Wlk. Eduardo prawdopodobnie by nas wszystkich wydziedziczył. Łącznie z Psicą.

Od kilku tygodni zastanawiałam się, gdzie, do Jasnej Góry podziały się wszystkie moje zakładki do książek. Już wiem. Znaczą strony dzieł, które pozaczynałam i bezczelnie nie pofatygowałam się ich dokończyć. Chyba będę musiała złamać Zasadę o Nie-Traceniu Czasu na Układanie Postanowień Noworocznych i jedno uczynić. Mając szczerą nadzieję, że dwanaście miesięcy na te wszystkie ponadgryzane pozycje wystarczy.

[♪] John Powell [How to train your dragon Score] - "This is Berk"
[Moja absolutnie ulubiona bajka ostatnio]

27 grudnia 2010 [12:29:18]

[Nudle w5minut]

tu! tu pyknij! (10) || Wyślij wiadomość ||

! (jakby to powiedział Mistrz Moose z "IT Crowd")

W ciężkim szoku jestem.
Wychodzę na przystanek, co by się do Pana Lekarza udać. Furtkę otwieram, żegnam się z zaszronioną Psią, furtkę zamykam. Stwierdzam, co następuje: "Łoszmatko-łolaboga, minus pińćset!" (a co sobie Szanowna Publiczność w Studiu myślała, że ja w głowie swej używam trudnego słownictwa? Że dbam o poprawną polszczyznę? Przeciwnie wręcz (!), ale to temat na magistra, a już na pewno na akapit osobny). I człapię. Skrzyp - skrzyp, mówią treki, skrzyp - skrzyp. Skrzyp. Przystaję, bo oto jestem. Zerkam oczkiem swym spod długiej rzęsy niemalowanej na ekran komórki (zaraz po tym jak wyjęłam ją z futerału zgrabiałymi paluchami z paznokciem obgryzionym). Dwie minuty do planowego przyjazdu autobusu.
Dwie minuty minęły.
Autobus przyjechał.
"Exclamation mark".
Ale to jeszcze nic.
Kilka godzin później to samo wydarzyło się na dworcu kolejowym.
W takiej sytuacji można spokojnie zadać sobie pytanie, czy na pewno jestem w tym wymiarze, co trzeba. A jeśli nie, to czy na pewno cokolwiek zostawione po drugiej stronie portalu warte jest ryzyka powrotu.

Tak więc wrócilim do Kroke. Ja i misio, którego dostałam od Wlk. Eduarda (w zasadzie podwędziłam). Chciałam, naprawdę chciałam wrócić z dodatkowymi kilogramami, ale waga właśnie powiedziała, że w zasadzie to jeszcze straciłam dwadzieścia deko. I nie wiem jak Szanowna Publiczność, ale ja poważnie zaczynam się martwić. Że to jednak nie ten wymiar. W sensie uniwersum, nie rozmiar. Albowiem rozmiar już dawno nie ten sam - wszystko, łącznie z najnowszym płaszczem na mnie wisi jak przysłowiowy Student Medycyny Średnia Pięć Zero na swoim koledze Studencie Medycyny Średnia Cztery Zero.
Jedyną pewną inwestycją w zakresie odzieży ostatnimi czasy stały się buty, skarpety i kolczyki.

Jak już biadoliłam - posiadam książki nadgryzione, niedoczytane, które przetrzymują wszystkie moje zakładki w ramach zakładników. Toteż skrupulatnie je spisałam, złapałam się za głowę, że tak dużo, po czym stwierdzając przytomnie, że "w sumie, a co" umieściłam ów "Wykaz książek nadgryzionych" na podstronie. Jako fanka list "tó dó" (bo lubię se czasem poskreślać). A że mam już listę książek przeczytanych w pliku txt, więc ta musiała wylądować w innym miejscu, co by mi się nie myliły. Ot.

A teraz Fiolka grzecznie idzie spać, bo jutro ma wytworzyć dwie kopy ciastek.
No, może jeszcze tylko jeden rozdzialik i szklanka mleka.

[♪] P.O.D. [Fundamental Element's of Southtown] - "School of hard knock's"
[...ale teledysku do tej piosenki to do dzisiaj nie rozumiem]

30 grudnia 2010 [0:43:10]

[Tajemnice Wszechświata]

tu! tu pyknij! (12) || Wyślij wiadomość ||

A Ty po ilu ciasteczkach się uśmiechniesz?

Miało być dzisiaj o starej prawdzie życiowej wynalezionej chyba w tym samym czasie, co kamienny tłuczek i dzidka na mamuty, że mianowicie, cytuję, "Z rodziną to się najlepiej wychodzi na polarojdzie". Ale nie będzie, bo cała moja frustracja, zaskoczenie i szydera minęły wraz z ukulaniem dziewięćdziesięciu ciasteczek mlecznych i wycięciu stu trzydziestu kawowych.
W zasadzie można by podejrzewać, że teraz jestem w tak zwanej harmonii z feng szuji, ale brakuje jeszcze do tego co najmniej szklanki mleka, paru rozdziałów o kostkach, frendach i odmrożonych paluchach oraz kilku godzin dobrego snu.
Aczkolwiek wykończyła mnie ilość tych ciastek.
Ale jak się nie ma loczków, ani wrzosowego spojrzenia, to trzeba sobie chociaż prawidłowe odruchy wykształcić, a odruchem owym odruch karmiący, zaprawdę powiadam wam. To kolejna prawda życiowa z czasów tłuczka i dzidki. Uwaga, cytuję (składnia oryginalna): "Bo na co ty, myślisz, męża złapiesz? Na WYKSZTAŁCENIE?!".
(kurtyna opada, rozlegają się gromkie brawa, kobiety wiwatują, mężczyźni płaczą ze wzruszenia, dzieci czują podniosłość chwili, psy mówią ludzkim głosem, a gdzieś w Azji ustaje jakaś-wojna)

[!]Prośba. Potraktujmy tę notkę jako bełkot człowieka zmęczonego i pomińmy ją milczeniem. Po prostu idźmy na te sylwestry i bawmy się, jakby nic się nie stało.

[♪] Reni Jusis [Era Renifera] - "W głowie woda"
[słuchałam tej płyty jak miałam jakieś dziesięć, jedenaście lat i jakież było moje zdziwienie, kiedy dzisiaj okazało się, że jest naprawdę dobra]

31 grudnia 2010 [1:31:54]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (8) || Wyślij wiadomość ||