. improwizacja-mniejsza

Anioł ubiera się u Kleina (znalezionego w lumpeksie)

Rano, przed wyjściem z domu nawet nie silę się na ścielenie łóżka bo wiem, że kiedy wrócę, będzie już dawno po dobranocce. Dwa, zupełnie nie będę miała many na nic innego poza leżeniem krzyżem twarzą do Kocyka.

Fiol: W ciągu ostatnich dziesięciu dni schudłam dwa kilo...
Agu: !
Agu: Nie wstyd Ci?!
Życie w przyspieszonym tempie przyspieszyło również mój metabolizm. To było thinspiration, moje kochane. Ruszcie rzycie, ruszcie życie, schudnie się samo, a kości biodrowe pojawią się z tak zwanego nienacka. Pozbawienie się nusbajzera, rogalików francuskich, mafinek i wieczornych biszkoptów maczanych w gorącym mleku (prawdopodobnie) łamie prawa człowieka, konwencję genewską i, kurna, wszystkie traktaty podpisane w Paryżu na przestrzeni dziejów.
Ministrówa Propagandy ostrzega.

Poza tym okazało się, dlaczego w grę wchodzi tylko prasa i mikrofon radiowy. Ja po prostu nie lubię się oglądać. Zawsze daję się fotografować i filmować, nigdy nie zasłaniam swojej twarzy ręką, ale to przecież nie jest jedyny sposób, żeby odwrócić uwagę od swojej postaci.
Natomiast kiedy w obiektywie kamery jestem tylko ja, a jako tło mam perfekcyjnie białe ściany, po prostu nie ma gdzie się ukryć. Wchodzę wtedy w rolę. Nie jestem sobą.
Nie lubię nie być sobą tak samo, jak nie lubię ciasnych butów i malutkich filiżanek.

Suzanne Vega [Nine Objcets of Desire] - "World Before Columbus"

17 listopada 2011 [22:38:14]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

Żydologiczno-muzyczne zboczenie zawodowe rzutujące na struny głosowe

I tak to się właśnie skończy, z tym smartfołnem, że będę teraz nadawać wam transmisje prosto z najdziwniejszych współrzędnych geograficznych. Na przykład z poczekalni u lekarza.

Wróciłam i cieszy mnie to średnio. Aczkolwiek czas był intensywny, tak bardzo, że zrekompensował mi cały lipiec siedzenia na tyłku.
Jest taka zasada rządząca moim wszechświatem mówiaca o tym, że jeśli odbyta włóczęga nie zmieniła cię w jakiś sposób to to była kozia rzyć i trąba razem wzięte, a nie włóczęga (zajeżdża Koeljo, nieprawdaż?).
I tak, droga publiczności w studiu, pochwalić się chciałam nowo zdobytą ekipą wspinaczkową, która zmotywowała mnie do zakupu bucików. Majtki, jak na razie, będą mi miłosiernie użyczane przez Czatala. Buty natomiast kupić trzeba, bo moje nowe trampy za 17 PLN wystarczyły tylko na jeden wypad.
W tym kontekście też reklama.

[dżingiel]
Nie chce ktoś kupić SE C510i? Fajny aparat ma. Jak na telefon.
[/dżingiel]

Do tego wszystkiego na starość dowiedziałam się, że potrafię śpiewać ćwierćtonami.
W śpiewaniu ćwierćtonami chodzi przede wszystkim o to, że jako wzorowa europejko-słowianka nie powinnam tego umieć. I tutaj następuje powrót do podejrzeń, że moja prababcia jednak była Żydówką. Albo Arabką. Albo Hinduską. Bo właśnie te nacje w kontekście ćwierćtonów się kwalifikują.

(Zaczynam się martwic, że życia mi nie starczy na to wszystko)
(Tak to jest, jak się mówi Szefowi Wszechmogącemu "weź, zrób z moim życiem, co sobie tam chcesz", a On poźniej bierze i robi)

Wróciłam. Prosto do łóżeczka i polopirynki.
I nocy zarywanych na pisanie.
Koniec transmisji.

[♪] John Williams - [La Lista de Schindler] "Jeruszalaim szel zachaw"

12 sierpnia 2011 [10:54:23]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (0) || Wyślij wiadomość ||

Siostro, basen dla staruszki!

Płynie człowiek. Płynie. Dopływa do końca basenu i przystanąć musi, bo rączki bolą. Człowiek zastanawia się, gdzie te czasy, kiedy płynął sobie dziesięć takich długości bez przystanku i czuł, że może jeszcze. To tak, jakby motylkowi skrzydełka uciąć i ten motylek wtedy sobie myśli...
W każdym razie.
Człowiek stwierdza, że to nawet dobrze, nie umrzesz jutro przynajmniej na zakwasy. Jak się ostatni raz pływało dwa lata temu, to lepiej nie szpanować na basenie miejskim w Bździochach Mniejszych.
Nie mniej jednak, człowieka ta niemoc wkurza. Bo dobrze wie, że zakwasy da się przeżyć, a pływanie z poślizgami jest kwestią złamania psychiki na pół. Przecież już to raz przechodził.
Człowiek zatem płynie. Płynie człowiek. Dzielnie. Dopływa do końca basenu. Człowiek myśli, zwymyśla (wręcz!) w myślach basen, opór wody i własnego umysłu od "młotów niemytych i drani zardzewiałych", po czym robi poślizg niemrawy, woda wlewa mu się do nosa, ale płynie, płynie dalej, płynie hen.
Zatrzymuje się kilkanaście długości później. Człowiekowi jest dobrze. I nawet się nie spocił.
Tylko dzisiaj w nocy człowiek spać nie mógł, bo mięśnie mu te chwile wolności wypominały. Ale spokojnie, spokojnie, w pewnych godzinach basen jest za darmo, jutro też idę. Się zakwasy rozrusza ładnie. Nie ma co się znowu tak oszczędzać, za chwilę się człowiekowi to ciało i tak zestarzeje, da?
Da.

[kącik książko(chrup)żercy]
Rok temu Adams i jego Mum podarowali mi "Paradoksy młodszego patriarchy", które ukochałam do ostateczności, tak więc "Tae ekkeir!" kupiłam w ciemno.
Kocham też.
Ogółem, chciałabym zakomunikować światu wobec i wszem, iż pragnę mejla do Pani Ratkiewicz (Zon będzie mi to tłumaczyć na cyrylicę, tylko jeszcze o tym nie wie). Jak ktoś zna, to niechże się podzieli.

[] Omnia [Live Religion ] - "Etrezomp-ni Kelted"

27 lipca 2011 [11:24:46]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Pierwsza zasada dziennikarstwa: słuchaj ludzi, bo nigdy nie wiadomo

Znowu ta sama historia. Nie wiem co zmusza fryzjerki do myślenia, że przychodząc do nich podciąć grzywkę tak naprawdę chcę koniecznie omówić z nimi ślub księcia Łiljama. Od prawa do lewa, z góry w dół i na wskroś skomentować kreację panny młodej. Ocenić, czy był lepszy niż ślub Djany z Karolem i kto jest piękniejszy.
Tymczasem ja nawet nie wiedziałam, że się w ogóle odbył. To i co mogłam powiedzieć na ten temat.
Zawiodłam moją fryzjerkę. Czuję się jak ostatnia świnia.
Za to nie zawiodłam mojej Pani Właścicielki, która dzisiaj nas odwiedziła (tradycyjnie z demestosem i kretem w darze, jest taką XXI-wieczną wersją trzech króli). Kiedy rozpoczęła temat ja z miną, jakby naprawdę mnie to obchodziło, powtórzyłam wszystko, co wczoraj powiedziała mi fryzjerka. Poczułam się lepiej, a i Pani Właścicielka mogła powiedzieć z dumą, że ktoś z jej rodziny na tym ślubie był i widział na własne oczy.

Tymczasem wyglądam przez okno, sztacham się wiosennym powietrzem i zamachem różowego DŻewa pod moim oknem, a tam z okna na przeciwko patrzy na mnie Pan Papież Jan Paweł II. Przeszukuję głowę w poszukiwaniu odpowiedzi. O, mam, znalazłam.
Wiem co, nie wiem kiedy, domyślam się gdzie, resztę zapdejtuję w jakimś tramwaju przy pomocy Babć z Siatami, które na pewno uroczystość omówią dogłębnie. Łącznie z komentarzem na temat strojów kardynałów i obecnego Pana Papieża.

[♪] Piotr Rogucki [-] "Chimery"
[kijowa jakość, ale to moje ulubione wykonanie; zaś o tym, co się tak naprawdę działo w środę w rynkowym empiku i w Rotundzie napiszę, owszem, ale raczej kiedyś niż w najbliższym czasie]

30 kwietnia 2011 [14:39:54]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (23) || Wyślij wiadomość ||

Opowieść o stworzeniu świata [wg Fiol] - Dzień #7 (z komentarzem rabiego Szlomo)

"Siódmego dnia JHWH rzekł: niechaj stanie się kawa! I stała się kawa. I wiedział JHWH, że była dobra, bo dobra kawa nie jest zła. I rzekł JHWH: Nie jest dobrze, aby kawa była sama. Stworzył więc JHWH czekoladkę i ciasteczko. I wiedział JHWH, że jest to dobre."

Komentarz r. Szlomo: "Dlaczego siódmego dnia? Bo wtedy HaSzem odpoczywał. Dlaczego kawę? Bo kawa jest przyjemna, a odpoczynek warto sobie uprzyjemnić. Dlaczego dobra kawa nie jest zła? A czy dobry Żyd może być i zły? Dlaczego czekoladkę i ciasteczka? Aby osłodzić goryczkę kawy.
Tako i my, żyjąc w świecie co raz bardziej gorzkim w użyciu, dostajemy na osłodę czekoladkę i ciasteczko."


Na przykład w postaci słonecznego poranka (gdyż zacny poranek, ukryć się nie da). I kawy, i czekoladki, i ciasteczka skonsumowanych na parapecie przy otwartym oknie. Przy czytaniu książeczki, w której mój ulubiony bohater, oczywiście, umarł, ale czytając mam przeczucie, że to jakiś grubszy przekręt, więc na pewno wstanie z martwych i to jeszcze pod koniec drugiego tomu.

[!] A siedząc tak na tym parapecie dostrzegłam Właściciela Psa i Psa. Pies zrobił to, co psy robią na spacerze: dokonał defekacji na trawnik. Właściciel Psa uczynił to, co każdy właściciel powinien, ale większość nie zniża się do tego poziomu: sprzątnął efekt finalny defekacji do woreczka i wywalił do kosza.
I wtedy na chwilę odzyskałam wiarę w ludzkość.

[♪] Kawai Kenji - [Seirei no Moribito Ongakuhen 1] "Omoi Haruka"

14 marca 2011 [9:45:52]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (3) || Wyślij wiadomość ||

Jane Austen zapewne nazwałaby to ironią

Walętynkóf nie obchodzę od zawsze. Oficjalnie natomiast od gimnazjum, bo wtedy to właśnie zaczęłam manifestować swoją pogardę dla serduszek wszelkich kształtów i kolorów, przezwisk banalnych rzygowicznie w stylu "misiu" aka "kotku", kościmiłości dodawanych do dezodorantów typu "AKS" oraz esemesów od operatora / opisów na gadu z wierszykami okolicznościowymi. Nie mówiąc już o szkolnej poczcie walętynkowej - dostawałam anonimy, a jakże, ale takie, że lepiej by ich było nie dostać.
Później, kiedy z krzykactwa już trochę wyrosłam, spędzałam to radosne i puchate święto albo sama w kinie (i nie była to żadna gniewna manifa, a przypadek zwykły), albo rzucana w sensie poetycko przenośnym: mówiąc żargonem fejzbókowym, rankiem 14 II jeszcze "byłam w związku", a wieczorem już transformowałam się niczym rasowy pokemon z rodowodem w "wolna".
Tak więc doświadczenie pokazuje, że miałam rację: walętynki to żadne tam święto. Coś jak helołin mniej - więcej tudzież Matki Boskiej Gromnicznej. Ktoś tam może niby sobie obchodzi, dla mnie tymczasem dzień jak każdy inny, w którym do roboty trza iść, obiad ugrdulić, auto ma pełne prawo Cię ochlapać wodą z kałuży, a nawet i potrącić.
Także liżcie sobie dzisiaj te lizaki w kształcie serduszek patrząc na kogoś z uczuciem (albo na odwrót, wszak ja tam nikomu patrzenia z uczuciem na lizaka odmawiać nie będę), ale wszelakie polemiki, krucjaty i "cytaty nadziei" z Coelho wysyłane esemesem o wszechświatach, które tylko czekają na to, kiedy się pokochasz, aby i one mogły pokochać ciebie - naprawdę są zbędne, jeśli chodzi o moją skromną osobę.
Prawdopodobnie gdyby ktoś mi nie powiedział, że impreza na którą dzisiaj się wybieram tak naprawdę zorganizowana została z okazji równouprawnienia "wolnych" i "w związku" dnia 14 lutego, nawet bym nie skojarzyła, że coś dzisiaj się powinno świętować. Zawierciowo to nie Kroke jednak, ja mam ferie z książką, a Psica by mi nie przypomniała, bo dyspensa wigilijna dla zwierząt na TEN dzień jeszcze nie została rozszerzona.

[♪] Linkin' Park [A Thousand Suns] - "The Catalyst"

14 lutego 2011 [0:56:24]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (9) || Wyślij wiadomość ||

Filozofia wyrzucania śmieci (albo, jak to określa Mum, "kosza")

Albowiem istnieją dwa nurty.
W Nowej Wenecji (tak postanowiłam nazwać moje nowe miejsce zamieszkania przez uderzająco podobną infrastrukturę) kosz się wynosi na zasadzie "na kogo wypadnie na tego bęc", co nie stanowi dużego problemu, bo kontenery są tak po drodze, że gdyby były bardziej, to musiałyby stać na klatce, w okolicach domofonu. Widzę kosz przepełniony - wyciągam, sprawa jasna. Problem jest z definicją "kosza przepełnionego".

Otóż dla mnie wygląda mniej - więcej tak: wrzucam śmieć, śmieć się odbija od / stacza po reszcie i wypada na podłogę. To jest kosz przepełniony zdecydowanie i bezsprzecznie. Tym bardziej, jeśli już dokonano jedno, ewentualnie dwurazowego aktu tak zwanego "sprasowania kolanem".
Natomiast Mum w powyższej sytuacji upycha zawartość, trzeci, dziewiąty, szesnasty raz, póki nie będzie pewna, że worek zmieścił już przynajmniej osiem do dziesięciu kilo skompresowanych odpadków, gwarantujących, że folia rozerwie się już przy wyjmowaniu jej z kosza. Inaczej wynoszenie nie ma jakiegokolwiek sensu.
Toteż kiedy czwarty raz z kolei chwyciłam worek (uprzednio grzebiąc w zawartości, bo panuje tu również zasada "jak coś wyrzucasz i przygnieciesz koniec to się nie przejmuj, osoba, która będzie to wyciągać za dwa dni na pewno nie będzie miała nic przeciwko babraniu się w przegniłej marchewce, aby go odnaleźć") i wrzuciłam do niego porozsypywanie dookoła śmieci (bo przecież wypadły) po prostu postanowiłam sytuację wyjaśnić. Albowiem myślałam, że to zwykła spychologia.
Nie. Moje flatmejtki, łącznie z Hermijąniną, są wikipedyjnymi wręcz przedstawicielkami nurtu drugiego.

Człowiek w takich chwilach potrzebuje wzoru do naśladowania, jakiegoś światłego przykładu, co by harmonię wewnętrzną zachować i pokornie pogodzić się z tym, że jest nic nie znaczącą mniejszością, pyłem u stóp, paprochem na sweterku jakiegoś pudla, studentem w dziekanacie... Tak więc przypomniałam sobie osobę Czatala, który zmuszony był mieszkać w naszym domu przez czas jakiś jako przedstawiciel wyznawców nurtu pierwszego (tak, wtedy ja też byłam nurtem drugim, ale później zamieszkałam bez Mum i to mnie zmieniło).
Otóż zaakceptował fakt, że w efekcie na niego i tylko na niego spadnie ten obowiązek. Albowiem wolał to niźli wyrzec się swoich ideałów.
Amen i pozdrawiam Czatala. Wszyscy pozdrówmy Czatala. Czatal dzisiaj mieszka z moją Siostrą tylko (pierwszy nurt), w ramach małżeństwa. Jest szczęśliwy.

[!] Tak, to była notka o wynoszeniu śmieci.
Natomiast poprzednia tak naprawdę wcale nie była o trudzie kupowania szczoteczki do zębów.

[♪] Kazik Staszewski [Piosenki Toma Waitsa] - "No, klaszcz!"

17 stycznia 2011 [18:07:57]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (2) || Wyślij wiadomość ||

Temet nosce, targecie / bateryjko

Stoję w dziale "artykuły higieniczne" czy inne tam "kosmetyki OBOWIĄZKOWE". Stoję i kupić chcę.
Gapię się na te szczoteczki do zębów jak ostatni imbecyl, bo jedna ma nakładkę, a druga nie, ale jest tańsza "więc lepsza też". Dalej mam wieszaki z takimi, co to powyginane są pod najbardziej zaskakującymi kątami, z polerkami do szkliwa, druciakami do języka, włóknami w zygzak, piramidkę i celtycką plecionkę, z atestem Związku Dentystów Polskich, znakami jakości KU, tagami "Lubię to!", polecanymi przez Kasię Cichopek, demotywatory.pl albo Partię 80% Konsumentów Którzy Nie Widzą Różnicy, dla dzieci, śmieci, dziadków, babciów, ich sztucznych szczęk, fanów Hany Montany i Maj Kemikal Rołmens.
A ja stoję jak ten imbecyl, powtórzmy to raz jeszcze, przed półką ze szczoteczkami do zębów, i zastanawiam się kim jestem.
(Po dziesięciu minutach stwierdziłam, że na pewno nie chcę brokatowej "Szczoteczki księżniczki" i to jest jedyne, co o sobie wiem w tamtej chwili: moja teza się potwierdza - nie jestem księżniczką najprawdopodobniej. Tymczasem nie ma "Szczoteczki dla smoka" więc mój problem pozostaje nierozwiązany.)
Metodą tak zwanego odrzutu odkrywam, że mam naprawdę wąskie przestrzenie międzyzębowe i jestem gotowa wydać kupę kasy, żeby jakoś z nimi żyć.

No, proszę, jakie to proste. A filozofowie zastanawiali się nad tym tyle wieków. Kim jestem, dokąd zmierzam, jaki jest sens życia. A wystarczyło supermarkjet postawić w tych Atenach, skoro Agora nie wystarczała.

Jednak odchodzę krokiem niepewnym i chwiejnym, bo strach we mnie wzbiera na myśl, czego się o sobie dowiem przy lodówkach z mrożonkami.
Cebula, ziemniak, bambus, z przyprawą polską, farmerską, buddyjską, dla kanibali, mięsożerców, wege, wega, super-fit-shit...

[♪] Photek [The Animatrix Soundtrack] - "Ren 2"

15 stycznia 2011 [0:06:08]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (8) || Wyślij wiadomość ||

A Ty po ilu ciasteczkach się uśmiechniesz?

Miało być dzisiaj o starej prawdzie życiowej wynalezionej chyba w tym samym czasie, co kamienny tłuczek i dzidka na mamuty, że mianowicie, cytuję, "Z rodziną to się najlepiej wychodzi na polarojdzie". Ale nie będzie, bo cała moja frustracja, zaskoczenie i szydera minęły wraz z ukulaniem dziewięćdziesięciu ciasteczek mlecznych i wycięciu stu trzydziestu kawowych.
W zasadzie można by podejrzewać, że teraz jestem w tak zwanej harmonii z feng szuji, ale brakuje jeszcze do tego co najmniej szklanki mleka, paru rozdziałów o kostkach, frendach i odmrożonych paluchach oraz kilku godzin dobrego snu.
Aczkolwiek wykończyła mnie ilość tych ciastek.
Ale jak się nie ma loczków, ani wrzosowego spojrzenia, to trzeba sobie chociaż prawidłowe odruchy wykształcić, a odruchem owym odruch karmiący, zaprawdę powiadam wam. To kolejna prawda życiowa z czasów tłuczka i dzidki. Uwaga, cytuję (składnia oryginalna): "Bo na co ty, myślisz, męża złapiesz? Na WYKSZTAŁCENIE?!".
(kurtyna opada, rozlegają się gromkie brawa, kobiety wiwatują, mężczyźni płaczą ze wzruszenia, dzieci czują podniosłość chwili, psy mówią ludzkim głosem, a gdzieś w Azji ustaje jakaś-wojna)

[!]Prośba. Potraktujmy tę notkę jako bełkot człowieka zmęczonego i pomińmy ją milczeniem. Po prostu idźmy na te sylwestry i bawmy się, jakby nic się nie stało.

[♪] Reni Jusis [Era Renifera] - "W głowie woda"
[słuchałam tej płyty jak miałam jakieś dziesięć, jedenaście lat i jakież było moje zdziwienie, kiedy dzisiaj okazało się, że jest naprawdę dobra]

31 grudnia 2010 [1:31:54]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (8) || Wyślij wiadomość ||

W tym odcinku uchylam rąbek mojej piramidy Maslova, a ten w grobie się przewraca

I znowu zaczyna się sezon na "Bloga Roku", znowu przez piętnaście sekund się zastanawiam, czy przypadkiem, dla odmiany tak, się nie zgłosić, po czym stwierdzam z nieukrywanym smutkiem, że regulamin pozostał niezmieniony.
Szczerze wątpię, czy ktokolwiek sam z siebie poświęciłby cenne 1,22 PLN, żeby wyrazić poparcie dla mej TFÓrczości powszedniej (spowszedniałej?). Tymczasem mnie nie chciałoby się agitować, promować, zachęcać i przede wszystkim wyłudzać funduszy. Wręcz odradzałabym Państwu takie praktyki, albowiem jestem pewna, że w błoto zostanie rzucona krwawica - wszak nie mam znów aż tylu odwiedzin, żeby konkurować z szeregiem blogowych Person.
Jednak na coś się ten konkurs mi się przydaje - poszerza moją listę rssów o czytadła z innych serwisów. Bo ileż można wchodzić na te same blogi z głównej owna. Wchodzić i odkrywać, że ownlog to to samo co fotolog. Ewentualnie przeczytać pierwsze zdanie notki i umrzeć. A później zmartwychwstać tylko po to, żeby zamknąć zakładkę.

Chyba tylko w tym właśnie jest sens (jeśli chodzi o mój punkt siedzenia). Wrzucić do katalogu linka, co by ktoś mnie i mojemu uzależnieniu podobny mógł w niego randomowo kliknąć. A potem, kto wie, może wrzucić w rssy.
Tu nie chodzi o lan'srank. Ja po prostu lubię, kiedy mnie się czyta. I lubiłam to od dziecka, a dzieckiem byłam w czasach, kiedy ani blogów nie było, ani naszej klasy, a esemesy tylko w śladowych ilościach. Były za to papierowe dzienniki, które prowadziłyśmy z Hermijąniną, Jej Siostrą i Kaśką - Sąsiadką. Pisało się notkę, ozdabiało ładnie, po czym udostępniało zeszyt do wglądu reszcie.
Mój pierwszy serwis blogowy. Nie dość, że oflajn to jeszcze AFK.

[!] Teza do obalenia: Zatem człowiek się rodzi blogerem? I zostałby nim, nawet gdyby żył w czasach postapokaliptycznych jako Ostatnia Istota Ludzka Na Ziemi? Czy blogowanie ma sens, kiedy jedynymi potencjalnymi czytelnikami są hordy Zombie / karaluchy / przedstawiciele cywilizacji pozaziemskiej? Czy jest na sali jakiś lekarz?

[!!] Tak więc wiadomo już, co jest na mojej piramidzie Maslova i to zaraz po potrzebie dostarczenia nusbajzera do organizmu (własnego).
Potrzeba bycia czytaną.
Doceń tę chwilę, Droga Publiczności w Studiu, bo dzisiaj pierwszy raz się do tego przyznałam. Nawet przed sobą samą. A na refleksje mi się zebrało, bo jestem w połowie oglądania "Social Network".

[♪] Orbital [Hackers Soundtrack] - "Halcyon And On And On"

20 grudnia 2010 [22:25:21]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (23) || Wyślij wiadomość ||

Poprzednie