. improwizacja-mniejsza

Wyśpię sie po śmierci

Dzisiaj nie śpimy. Zasnąć nie możem od ładnych dwóch godzin. Tymczasem niezaprzeczalnie jest czwarta nad ranem. W perspektywie dwanaście godzin na uczelni (i kawa z cynamonem w kubeczku srakbaksa).
Wszak kiedyś trzeba umrzeć.
(A jak się rodziło kilka razy, to można mieć za pewnik, że umierać będziesz też nie raz).

Kombinujem na tych Bliskowschodnich, żeby wepchnąć się na hebrajski. Kombinujem do upadłego, bo arabski byłby moim siódmym (słownie: siódmym, licząc BEZ polskiego i sindarinu, nie róbmy wilydża) językiem w życiu. Sama nie wiem, w którym momencie stanęłam na tej prostej drodze do papiestwa. Albo tolkieństwa.
Bronię się przed tym rączkami i nóżkami, albowiem, gdyż, poniewóż, niech tylko państwo na mnie spojrzą. Czy ja wyglądam jak poliglota? Czy ja wyglądam jak ktoś, kto chciałby się uczyć języka, którym w byle sklepie będę się mogła porozumieć dopiero za pięć lat (oświecili nas dzisiaj, że podstawy są psu na budę, bo póki nie będziemy gadać w jakimś dialekcie, póty nikt nas nie zrozumie)?
Nie powiem, jakieś podstawy by się przydały biorąc pod uwagę mój Plan Ce na Rzyć'ie. Na przykład "nie strzelać!". Albo "nie jestem żydowskim szpiegiem!". Albo "20? Szalony! Nie więcej niż 2!".
Cóż. Bo jak na razie z tych moich języków jeden umiem naprawdę dobrze, jednego nienawidzę, jeden kocham, ale nie mam na niego czasu, jeden kocham i muszę mieć na niego czas, a pozostałe dwa są wymarłe i jedyne, co se mogę z nimi zrobić, to zaliczyć. Nawet w siwi ich wpisać nie mogę. I do tego dorzucimy jeszcze arabski, którego uczyć się będę dwa lata. Czyli poznam podstawy. Dwa lata po to, żeby przeczytać sobie szyld nad budą i nie zrozumieć, że to wypożyczalnia wielbłądów.

Zostawiam państwa tymczasem z Panem Idanem Raichelem. Kto z was tańczył na balkonie o czwartej nad ranem, palec pod budkę!

[♪] The Idan Raichel Project [] - "מילים יפות מאלה"
[...czyli "Te piękne słowa", nu]

4 października 2011 [4:23:03]

[University Show]

tu! tu pyknij! (5) || Wyślij wiadomość ||

Kokrołcz - łumen / Ezechielówa

Gdyby ktoś mi powiedział jeszcze półtora roku temu, że zakończę moje kształcenie w zakresie języka jidysz z oceną "DB" to stwierdziłabym, i to prosto w twarz bym mu stwierdziła, że "דו ביסט לעכערלעך". Chociaż może niekoniecznie, bo przed chwilą musiałam sprawdzić w słowniku, jak jest "ridiculous".
Tak więc bardziej prawdopodobne, że stwierdziłabym po prostu "דו ביסט א טשויניק" (klejcie, klejcie z te gógle translatory, męczta się, jako i ja się męczyłam).
Ale to koniec. Wczorajszy dzień był ostatnim, w którym uczyłam się tego przecudnie brzmiącego, ale jednak mocno nieosiągalnego dla mnie w stopniu nieco bardziej zaawansowanym języka.
Nawiedziła mnie jednak myśl nęcąca. Że może przełamać się, i douczyć się tego niemieckiego? Nein?

[Kącik biblio(chrup!)żercy] Tym bardziej, że wakacje moje zapowiadają się inaczej, niż chciałam. Zbieram już książki, co by sobie czas wypełnić, zubożałam dzisiaj o 28 złotych na rzecz taniej księgarni na Grodzkiej.
Biografia Młynarskiego za 12 zeta. Twarda oprawa, obrazki i złotych 12. Na miejscu autora bym się obraziła.

Myślałam, że sesja z siedmioma egzaminami, w tym czterema z języków plus bujaniem się z praca licencjacką będzie w moim życiu przełomem na miarę bar - micwy, albo innego tam rytuału, który ma za zadanie udowodnić męskość delikwenta. Że jak to przeżyję, to zostanę co najmniej Kokrołcz łumen i wojna atomowa nie będzie mi już straszna, co najwyżej lekko utrudni życie.
Tymczasem wszystko tu toczy się spokojnie. Tu i w moim wśrodku też. Spiny brak, iskry się nie sypią, więcej, ta cała impreza w porównaniu z organizacją Wigilii w moim domu jest jeno nieśmiałym beknięciem ameby.

W jednej chwili jestem w bibliotece, a w drugiej jakieś parędziesiąt kilometrów stąd słucham opowieści, co to znaczyło być punkiem w czasach PRLu.
Ezechielówa jakaś, czy co...

[♪] Bunkier [Wyskocz Z Autobusu Kierowca Kłamie!] - "Chodź Ze Mną Przez Las"

20 czerwca 2011 [18:34:58]

[University Show]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

W życiu niektórych ludzi przychodzi taki moment, że muszą napisać licencjat

"...Koncepcje Pawła z Tarsu stały się fundamentem nauki wszystkich odłamów kościoła chrześcijańskiego. (...) W tym miejscu chciałabym pokusić się o ich krótką charakterystykę w celu..."
Kursor na ekranie przystanął. Z tej bezczynności zaczął niecierpliwie pulsować.
- W celu...?
Wskazówka zegara bez negocjacji przesunęła kilka opornych sekund do przodu.
- ...zwiększania objętości mojej pracy o kolejne trzy strony.
Palce uderzyły o klawiaturę kanonadą kliknięć. Chwile później kursor znowu przystanął niezdecydowany.
- Hmm...
Podjęto nagłą decyzję o eksterminacji za pomocą klawisza "BACK SPACE". Kursor z szybkością światła pożerał wijące się ze strachu znaki liter. Potem minuta ciszy i kanonada rozbrzmiewa na nowo.
- "...lepszego ukazania kwestii spornych pomiędzy chrześcijaństwem tzw. "pawłowym" (pogańskim) i "jakubowym" (judeochrześcijańskim)."

[***]

Mam zaszczyt zaprezentować Państwu zabytkowy przykład elementu umeblowania typowego mieszkania studenckiego w początku XXI wieku. Przez wieki pozostawał w sferze mitów i legend - nie można było odnaleźć żadnego przekonującego dowodu na jego istnienie. Prezentowany egzemplarz stolika jest dziś jedynym autentycznym przykładem sztuki użytkowej z tamtego okresu z oryginalnie zachowaną warstwą książkową. Aktualnie prowadzone są prace renowacyjne obiektu. Ewentualne datki na ten cel proszę umieszczać w skarbonie obok gabloty.

(wszystkie zdjęcia, jakie umieściłam do tej pory na blogu i nie są z jakiegoś wyjazdu, przedstawiają stos książek / notatek)

[♪] System of a down [Steal This Album!] - "I-E-A-I-A-I-O"

10 maja 2011 [16:10:22]

[University Show]

tu! tu pyknij! (11) || Wyślij wiadomość ||

Proszę wyciągnąć swój kalendarzyk z logiem fUJotu +3 do prestige i dokonać zamaszystych pokreśleń

Nawet mi brewka nie drgła.
Znaczy troszkę mi to sprawy komplikuje. "To" w sensie fakt, że w moim organizmie przeciwciała i zarazki kręcą sobie rimejk którejś z cześci "Gwiezdnych Wojen" (obstawiam "Zemstę Sithów").
W sumie mogłam to przewidzieć, bo mój dom, odkąd przyjechałam, był strefą skażenia biologicznego.
Skoczyłam sobie do mojego ulubionego Hiperaktywnego Lekarza. I to nie sama, bo z Wielkim (kaszlącym również) Eduardem , taka rodzinna wyprawa ojca z córką. Po rejestracji objawiłam się na poczekalni, gdzie Wlk. E. dotarł nieco wcześniej i grzecznie zwracam się do niego "Pan zapewne ostatni...". Ten jak na mnie nie wyjedzie, że "Ostatni! Ostatni! Już że ostatni!" i inne tego typu jak-pani-śmie oraz "Proszę! Proszę nawet wejść przede mną, żebym był taki zupełnie ostatni!". Konsternacja na twarzach współpacjenów - bezcenna. Szczególnie ta druga, pogłębiona, kiedy śmiejąc się odpowiedziałam "dobrze, tato".

Lekarz Hiperaktywny w ciągu pięciominutowej wizyty zdążył stwierdzić, że:
- jestem czarną owcą w rodzinie, w dodatku wybredną, bo nie zachorowałam na to, co wszyscy, tylko musiałam się, oczywiście, wyłamać, a taką ładną grypkę wyhodowali wszak, niewdzięczna
- co nie znaczy, że wywinę się od antybiotyku
- gdzie się podziała połowa mnie, czy zamierza dojść i w ogóle jak to zrobiłam
- mam urodziny w przyszłym tygodniu, wszystkiego najlepszego
- mogę sobie wybrać końcową cezurę mojego zwolnienia z zajęć
Z kolei Wlk. E. dostał za pokutę do następnej wizyty schudnąć tyle samo, co ja.

Tak więc zwolnienie, plaszczenie rzyci, turkusowy szlafroczek. Do końca przyszłego tygodnia. Jak już mówiłam, nawet brewka mi nie drgła, kiedy kreśliłam kalendarz przy datach 24 oraz 26 II, w których umówiona byłam na kolejny w moim życiu egzamin z angielskiego, którego mogłabym uniknąć, gdyby tylko regulamin polskich uczelni był układany przez ludzi bardziej światłych. Świetlistych. Świetlnych.
Albowiem edukację na uniwersytecie zakończyć muszę zdanym egzaminem językowym na poziomie B2. Jeśli chodzi o angielski osiągnęłam go bodaj w drugiej klasie liceum, kiedy to otrzymałam certyfikat typu efsii rodem z Kembrydż. Ale Kembrydż to nie fUJot. Do Kembrydż nie uczęszczał ani Kopernik, ani Papież Polak na nim nie wykładał, toteż jest przy naszym, polskim, tradycyjnym fUJocie niegodzien, jest niczym nawóz przy złotym flakonie perfum, więc efsii, na które pińcet PLN wywaliłam niegdyś z niczego mnie nie zwalnia i o niczym nie świadczy.
Świadczyć będzie za to egzamin fUJotowy, na który muszę się zapisać moją kartą wiza, z której ściągną odpowiednią ofiarę (sto pińdziesiąd PLN).

Egzamin ów nie jest jakimś wielkim problemem: ot, powtarzasz mieszane kondiszynale, których używasz tak odruchowo, że na pewno coś pokręcisz, jak będziesz musiała się na nimi głębiej zastanowić, czytasz 30 stron jakiegoś artykułu o Żydach, wchodzisz na salę, robisz, wychodzisz.
Jest to problem rzędu "komar poluje na moja krwawicę bzycząc irytująco podczas kiedy ja już się ułożyłam do snu". Niby nic, ale jednak musisz zebrać się, wstać, sięgnąć po tego klapka i dziada zgładzić.
A następny termin, majowy, nie pasuje mi zupełnie, bo wypada dzień po koncercie P.O.D. Raczej nie zamierzam gnać na złamanie karku z Warszawy tylko po to, żeby jakiśtam angielski gładzić klapkiem.

Tak więc zostaje czerwiec, dnia 28. Niniejszym egzamin z angielskiego dostaje zaszczytny tytuł Siódmego Egzaminu w Sesji Letniej 2011 tudzież Czwartego Egzaminu z Języka sesji tej samej.
Radośnie / God save the Fiol

Tak więc dziękuję za gratulacje za uzyskanie przeze mnie Mitycznej Średniej, ale apeluję o wstrzymanie się z zakładaniem fanklubów, nawet gesty "chylenia czoła" radzę wykonywać raczej oszczędnie. Po pierwsze, czuję, że język jidysz mimo wszystko średnią mi zaniży (walka jest o to, żeby znowu nie tak bardzo...). Po drugie, miałam przyjemny materiał do nauki. Po trzecie, dostałam naprawdę interesujące pytania. Podobały mi się, trzeba przyznać. Tak więc wydaje mi się, że ta średnia to nijak moja zasługa, robota i nerdostwo, a bardziej tzw. Prezent z Nieba.
[!] Które ostatnio dostaję seriami, tak btw. W następnym odcinku powiem wam, czym jest BHS, o! Bo ta notka mi się coś rozrosła.

[♪] Howard Shore [The Fellowship Of The Ring: The Complete Recordings] - "Passing of the Elves"
[nadal mam odruch przewrotny za każdym razem, kiedy uaktualniam swoje Kurwikulum Wite; ale kiedyś może nastąpi ten dzień, kiedy odważę się wpisać w sekcji "języki" "sindarin: podstawowy"]

23 lutego 2011 [19:27:08]

[University Show]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Wodzenie na pokuszenie / Viva Verdun! / Każda kobieta ma swoje diamenty

Wesoło wymachując torebeczką (której używam tylko do transportu dużej ilości kser i książek) w podskokach uderzyłam na Rajską w celu zagarnięcia pińć'uset mondrych ksiąrzek do licencyjatu.
Wyszło jak zwykle.
Bo ta "Lalka Kafki" tak kusiła bezczelnie uroczodrobną czcionką. Nie mówiąc już o "Posłańcu" Zusaka, którego koniecznie, absolutnie, bezapelacyjnie wziąć NALEŻAŁO pod karą permanentnego utracenia szacunku do samej siebie (nie wiadomo, kiedy drugi raz taka okazja się nadarzy!).
Limit na Rajskiej to książek śtyry (słownie: cztery). Cóż. Trzeba mieć jakieś priorytety. Nikt mi tego Flawiusza nie ukradnie przecież.

Od kilku wieczorów grzecznie zajmuję się wskrzeszaniem mojego francuskiego. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, kto nie podejdzie do tego języka z uporem napędzanym miłością - zostanie pokonany.
Francuski ma kroćset czasów i nie jest tak jak w angielskim, że czasownik odmienia się niemalże od niechcenia. Każdy czas to inna odmiana, inne końcówki DO KAŻDEJ OSOBY.
Dostać można kota w ciapki.
Generalnie nie polecam tym, którzy chcą szybko władać jakimś obcym narzeczem. Nie chodzi o czytanie - tutaj akurat zasady są proste: czytaj co trzecią literę i spróbuj połączyć jak najwięcej słów w jedno. Pod względem rozumienia tekstu też jest prosto, szczególnie jeśli zna się dobrze angielski. Ale gramatyka. Gramatyka to jedno wielkie Verdun 1916, wojna pozycyjna. Po pierwsze: masakra i powykręcane kończyny, po drugie: bądź pewien, że kiedy już zbierzesz się na odwagę i wyskoczysz z tego okopu, to na pewno dostaniesz kulkę w cokolwiek.
W dodatku mam wrażenie, że oni to tak specjalnie wymyślili, Robespierr'y parszywe.

Tymczasem wróciłam do domu by w swoim puchatym, turkusowym szlafroczku uczyć się i zjadać ostatnie domowe obiadki przed sesją. Nadchodzący tydzień będzie pięknym tygodniem, albowiem czekają mnie zaliczenia z trzech języków. Dzień po dniu. Ach, nie ma to jak mieszanka hebro-francusko-jidyszowa, mniam.
Entuzjazm z notki poprzedniej jednak utrzymuje się. Dostałam od Wlk. Eduarda zestaw długopisów (medium - lubię to), ołówków (stabilo, hb2 i pół - lubię to!) i zakreślaczy (które właśnie mi się skończyły - stabilo we wszystkich najwścieklejszych kolorach - LUBIĘ TO!).
Wzruszyłam się. Serio.
Okazało się, że Wielki Eduardo jest najprawdopodobniej jedyną osobą na Ziemi, która wie, jakie są moje ulubione przybory biurowe.

[♪] Louisa Baileche - "Monts et merveilles"

6 stycznia 2011 [15:20:49]

[University Show]

tu! tu pyknij! (14) || Wyślij wiadomość ||

Najpiękniejszy komplement, jaki w życiu usłyszałam: "Masz ADHD mózgu"

Po tym jak 1 stycznia się nie odbył dostałam jakiejś hiper-aktywności. Niechże mnie ktoś potknie.

Tak więc po dwóch tygodniach niepewności oto mam otwarte pińćset zakładek z artykułami, bibliografiami i innymi tam hasłami na łiki. Albowiem okazało się, że cały świat postanowił napisać mój licencjat, więc zupełnie nie chciało mi się powielać całego świata. Małe miasteczko, owszem, ale świat jest zdecydowanie za duży dla mojego wewnętrznego Garfielda.
Tak więc po dwóch tygodniach trucia ludziom, którzy i tak nie mogli mi pomóc, olśniło mnie. Już wiem, o co mi chodzi w moim życiu akademickim. Zrobiło się lżej na samą myśl, że nie muszę czytać o metodach oddychania. Temat mam. I przyznać muszę, że cóż, jaram się tematem owym. Zobaczycie, pewnego dnia wyrosnę na porządnego magistra.
[!] A najprzyjemniejsze w tym wszystkim jest to, że zaraz będę mogła kliknąć mnóstwo razy "KUP tero!" na ajlegroł i nie czuć wyrzutów sumienia. Bo przecież kompletuję bibliografię! A tych książek nie ma w bibliotece! A Pan Vermes na pewno jest bardzo biednym Panem Historykiem i nie ma nawet na brioszki! I trzeba mu wykupić te książki, no! Wszystkie!

Z tego całego ADHD zaliczyłam dzisiaj godzinny spacer, uprzątnięcie łazienki, odkurzenie Sahary (jest dla mnie zagadką, jak znalazła się w moim pokoju) oraz, w ramach procesu babienia, zakupy. Takie z torebkami, paskami, szminkami i czymś, co najpierw wprawiło mnie w lekką konsternację (no, bo masło do ciała?!), a później oszołomiło zapachem. Poza tym jestem naprawdę zdruzgotana, że sekyndhendy nie posiadają mojego nowego rozmiaru gaci.
Owszem, wiszą mi lekko na tyłku, ale kosztowały całe 4,70 polskich, nowych. Tak więc.
Poza tym jutro zamierzam iść na absolutnie wszystkie zajęcia.
Nawet sesja mnie nie przeraża. Żeby nie mówić, że na przypomnienie o niej mój mózg krzyczy coś w stylu "Katjusza! Kopę lat! Niechże Cię uściskam!".

No, gdzie to potykanie?

(A na tak zwanym marginesie... do ilu to nam ten VAT podnieśli? A na książki jest?)

[!bonus] Tak oprócz chciałam wam pokazać szczyt. Bo myślałam, że po Mandarynie już nic nie będzie. Bo czas pokazał, że są głosy, których nawet mikser w studiu nie jest w stanie doprowadzić do stanu słuchalności.
Piosenka jest o bólu, cierpieniu, zdradzie i odtrąceniu. Tak więc spróbujcie się nie śmiać.
[Nutka]

A tak na serio:
[♪]Daft Punk [Alive 2007: Deluxe Edition] - "One More Time / Aerodynamic"

3 stycznia 2011 [21:01:40]

[University Show]

tu! tu pyknij! (8) || Wyślij wiadomość ||

Z pamiętnika młodego mistyka (#1)

Drogi pamiętniczku.

Jedyną drogą do zostania milionerem po tych studiach jest wykształcenie się na konsultantkę do spraw kabały i wyjechać do Holiłud. To już wiemy. Ewentualnie można zacząć masowo budować i ożywiać golemy. Wiemy. Kiedyś chciałam uderzać w koszerną knajpę, ale Miły Pan Żyd z Habadu uświadomił mi, że "ken, pomysł, owszem, mecujan, ale to niemożliwe". Po przeczytaniu dzieła "Bramy Halachy", w którym jest osobny akapit o tym, jak koszernie wiązać sznurówki domyśliłam się dlaczego.

Tak czy inaczej - droga prowadzi li i jedynie przez mistykę.

Dzisiaj zagłębiłam się w "Meditation and Kabbalah" i nauki oświeconego Abrahama A. oraz jego uczniów. Odnalazłam bardzo interesujący fragment. Przekład własny.

"Wtedy mistrz [Abraham A.] pokazał mu [uczniowi] księgi złożone z absolutnie niewytłumaczalnych Imion [Boga] oraz kombinacji numerycznych i rzekł: >Oto Ścieżka Imion<. Spędził dwa miesiące głęboko nad nimi medytując, i w końcu, pewnej nocy, obudził się by zobaczyć jasność bijącą od jego twarzy. W pierwszej chwili nie wierzył w to, co widzi, a gdzie by nie poszedł po ciemku, światło podążało za nim, nawet kiedy schował się pod kocyk.
Uświadomił sobie, że to coś, czego nie da się wytłumaczyć w żaden racjonalny sposób."



Zapamiętać: Kocyk ważnym kontrolerem wiarygodności oświecenia.
Sprawdzić (jeśli podobna sytuacja zaistnieje w Holiłud): Czy kołderka działa tak samo?

Tymczasem staram się znaleźć sposób na przeczekanie tego irytującego Listopada (już bliżej niż dalej!) i smuty jesiennej. Na dzisiejsze zakupy poświęciłam trzy godziny, ale mą frustrację załagodziła jedna ze zdobyczy: przepięknego zapachu herbata wiśniowo - migdałowa. Zapijałam nią wieczór wypełniony Panią McKennitt oraz Amos, które kojarzą mi się z późnym grudniem bardziej niż cokolwiek innego.
Skoro nie potrafię wstrzymać lata, przyspieszę zimę. For fridoooom.

[♪] Loreena McKennitt [The Visit] - "Cymbeline"
[warto zaznaczyć, że do tego utworu tekst napisał jej Szekspir]

20 listopada 2010 [23:24:08]

[University Show]

tu! tu pyknij! (1) || Wyślij wiadomość ||

O niemocy w sytuacji jakby nie patrzył - podbramkowej

Przyznać muszę, żem rozleniwiła się do obrzydliwości.
Och, nie dla mnie jakieś akademickie lektury, ach, nie dla mnie powtórka z hebrajskiego (takie było postanowienie, bo znowu będę potakiwać mojej Pani Lektorator uśmiechając się promiennie - a tymczasem połowa mojej grupy wakacje w Izraelu spędzała, u Żydów za piecem, na balangach w Tel - Awiwie, oni pewnie już medabrimują jak starzy rabini nie przymierzając).

A pierwszy października zbliża się nieubłaganie. Śmiem zaryzykować stwierdzenie, że z każdym dniem co raz szybciej nawet. I nie chodzi o nowy rok akademicki, albowiem ten zechcę rozpocząć może, ewentualnie, to nic pewnego wszak, dnia siedemnastego.
Śpieszę z wyjaśnianiami.
Siedemnastego właśnie powracam z Dziennikarskiego Unijnego Projektu na Litwie (w skrócie: DUP na Litwie). Ale to nie wszystko. Bo od pierwszego do bodajże siódmego włóczyć się będę po Lwowie przy okazji inwentaryzując cmentarz. Żydowski oczywiście, katalogowanie innego zapewne nie miałoby sensu biorąc pod uwagę fakt, że jadę z bandą żydologów.

W związku z tym Pan Doktór nakazał nam, słusznie całkiem, zapoznanie się z odpowiednią literaturą. I JHWH niech będą dzięki, że nie jest zbyt obszerna.
Dostałam na mejla artykuł do przeczytania. Otwieram, sprawdzam, ot, dwadzieścia pięć stron A4. Czymże jest dwadzieścia pięć stron w obliczu tomisk, które studiowałam do tej pory? Jeszcze autorstwa tego poczciwego Bałabana, który utrzymywał, że Krzysztof Kolumb był Żydem?
Wierzcie mi, Szanowna Publiczności w Studiu. Trzy dni to czytałam. Na ostatnich pięciu stronach usnęłam dwa razy. I to nie dlatego, że było jakieś nudne do wybitności. Nie. Jedyne, co było tu wybitne, to moje rozleniwienie akademickie, moja pasja do nicnierobienia nad książkami Flanagana, mój tryb wakacyjny pozwalający na przyswojenie sobie informacji typu "warto do śmietany dodać fixa, co by się piękniej ubiła".
I nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić przedzierania się przez resztę lektur obowiązkowych. A parę na poczcie się już zahaczyło.

Ale zanim Lwów to jeszcze Kulka w Warszawa, Warszawa w kulce i COMA symfoniczna, Szanowna Publiczności. Jeszcze będzie pięknie.

[!] Co się zaś tyczy zastoju na blogu - tutaj nie ma żadnej mojej winy. Ani mojego trybu wakacyjnego czy któregokolwiek z powyższych usprawiedliwień. Ktoś mi kradnie słowa po prostu od jakiegoś czasu. Uczciwie zostawia własne, co prawda, ale nie zmienia to faktu, że cóż... naprawdę da się wspólnie wyprodukować mejla tak długiego, że dżimejl wariuje i użera końcówkę. A przynajmniej odmawia jej wyświetlenia.

[♪] Neil Davidge, Tina Dico, Ramin Djawadi [Clash Of The Titans Score] - "The Storm That Brought You To Me"
[coś mi się wydaje, że mamy godnego następcę dotychczasowej Piosenki Prze-jesiennej, czyli "The harder they come" Oakenfolda, Furtado i Trickiego]

18 września 2010 [0:56:04]

[University Show]

tu! tu pyknij! (10) || Wyślij wiadomość ||

Óczę się pilnie przez całe ranki, że swej żydowskiej pierwszej czytanki

A im więcej się óczę tym większa ochotę mam przewrócić Kroke do góry nogami. Mam kilka pomysłów. Dajcie mi tylko rząd dusz.
[Zawsze wszystko się o ten rząd dusz rozbija właśnie]

Siedząc dzisiaj w mieszkaniu mojej Koleżanki Żydolożki, po wielu próbach ogarnięcia wydarzeń z wieku XVI tudzież XVII doszłam nieopatrznie do wniosku (serio, wympsneło mi się), że nie powinnam zajmować się historią. Jest zbyt inspirująca dla niedorozwiniętego grafomana. Czytając podręcznik potrafię wymyślić w międzyczasie trzy alternatywne zakończenia, dwa opowiadania dziejące się w przedstawionych realiach i jeszcze zastanowić się, kim naprawdę mógł być Samuel Zborowski (albo kogo ja bym mogła z niego zrobić).
Wyjaśniła się zagadka, dlaczego muszę poświęcać na naukę trzy razy więcej czasu niż przeciętny historyk. To nie jest tak, że ja nie mam głowy do nazwisk, czy dat. Ja się po prostu nie mogę skupić w tym imaginarium doktora, w tym wypadku, Markiewicza.

I nie myślcie sobie, że uchodzi mi to na sucho. Na egzaminie z nowożytnej historii powszechnej po całkiem niezłym zarysowaniu rządów opriczniny i brawurowym opisie Dymitriad (gdyby miały swoją grupę na fejsbóku, to na pewno bym się zapisała, mimo że z zasady tego nie robię) zarzuciłam bzdurą absolutną, że Piotr I został zamordowany.
Kiedy zobaczyłam na twarzy Pana Dr mieszankę zaskoczenia i oburzenia wiedziałam, że pod żadnym pozorem, ale to nawet gdyby objawił mi się sam Eliasz, a z nieba zaczął padać deszcz żab w czerwonych trampkach, nie mogę dokończyć zdania słowami, które już, już miały niesfornie wyśliznąć się z moich ust.
[„…przez swoją żonę.”]
Pół oceny w dół.

Nie mniej jednak, bawię się świetnie. I z podekscytowaniem myślę o moim licencjacie. Jeśli tylko nie zostanę wyrzucona za drzwi przez Dr Hab.’a tuż po przedstawieniu tematu, to będzie już z górki.

A na razie macham Szanownej Publiczności w Studiu bezwstydnie nagą stopą z mojego miejsca pracy. Na zdjęciu notatki z wykładu o kołtunie. Tak, kołtunie. Półtorej godziny o splątanych włosach, które przez setki lat brane były za nieuleczalną chorobę.
Też uważam, że moje studia są niesamowite.

[♪] Eluveitie [Evocation I - The Arcane Dominion] - "Brictom"

20 czerwca 2010 [21:18:35]

[University Show]

tu! tu pyknij! (14) || Wyślij wiadomość ||

000aaapowypadkowy zamek sprzedałabym

Już przyzwyczaiłam się do myśli, że studia historyczne (żydologiczne) kasy mi nie dadzą, ale inne za to nie dałyby mi satysfakcji z dostrzegania błędów w holiłudzko - epickich ekranizacjach wydarzeń minionych (przez co oglądanie filmów w moim towarzystwie stało się nieznośne – nawet dla mnie samej) oraz motywacji do wykonania DŻewa genealogicznego rodziny własnej.
Ot, pracusia domowa, do której Pan DR zachęcił nas słowami, że mając szczęście, czas i pieniądze wielu z nas po dogłębnych badaniach mogłaby się sądzić o Wawel.

Kto by nie chciał mieć Wawelu. W ogródku.

Zaraz jednak sprowadził nas na ziemię przypominając o wojnach, zaborach i powstaniach, w których dokumenty jarają się aż miło. Cóż. Poza tym, tu już myśl własna, czas w połączeniu z pieniędzmi występuje tylko w odniesieniu do amerykańskich emerytów. Szanse na zostanie takowym, kiedy dorosnę są naprawdę niskie, ale nie zniechęciło mnie to.
Tym bardziej, że uzasadnione były nadzieje na bycie potomkinią jakiegoś sarmackiego warchoła, wszak w moim dowodzie widnieje nazwisko kończące się na szlachetne „-wska”. Co jeszcze nic nie znaczy, ale moje szanse na dworek (albo jakąś ładną, XVII-wieczną szabelkę!) w spadku znacznie się zwiększają.
Urwało się na piątym pokoleniu, jeśli będę chciała dalej (a będę chciała) to muszę sobie zrobić wycieczkę. Natomiast zaskoczyła mnie linia wiodąca od mamy Wielkiego E., gdzie odnalazłam małżeństwo Michała Jagieły z Salomeą Kochanowską.
Kopirajt na wznowienia wydawnicze i adaptację filmową „Trenów” by mnie zadowolił w sumie…
A Jagieł(ł)o, cóż, zawsze wolałam Witolda, zamek w Trokach całkiem ładny. A i spór odwieczny, czy Wieszczu Miki był Polakiem czy Litwinem jakby mniej by mnie obchodził…

…ale ślady przodków na tym właśnie małżeństwie urywają się definitywnie.
„Szudas” - jakby to powiedzieli bracia litewscy.

[♪] Saulius Mykolaitis - [nieko nepasakyta] - "Arbata"

4 kwietnia 2010 [23:00:59]

[University Show]

tu! tu pyknij! (9) || Wyślij wiadomość ||

Poprzednie