. improwizacja-mniejsza

Obcasy w torebce

Do swoich osiągnięć życiowych dodać muszę to, że udało mi się nie wywinąć orła na obcasach w trudnym, okablowanym środowisku scenicznym. I nie popsuć sukienki. Drogiej sukienki. Wątpię, czy miałam tyle kasy na sobie, nawet jeśli ubrana byłam w swoje treki i kurtkę z goreteksu.
Odkrycie łikendu: kocham tę robotę. Uwielbiam. Chcę więcej - i więcej mieć będę. To jest najpiękniejsze.

Zmyłam dzisiaj z włosów cztery litry lakieru i zapach papierosów. Z twarzy resztki makijażu scenicznego. Wracamy do rzeczywistości (w której pada, wiatr zrywa parapety i trzeba pisać prace zaliczeniowe). Nie jest tak trudno w sumie, bo odespałam, jestem naładowana, zainspirowana, wytańczona i zadowolona z efektu.
Tak pewnie czuł się Jasieński pisząc "But w butonierce".

Florence + The Machine [Ceremonials] - "Spectrum"

5 grudnia 2011 [11:23:41]

[Soundwatcher]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

Currahee

Jeden egzamin pchnęłam. Nie mogłam się skupić na nauce, bo to była historia XX wieku. To powinno wszystko wyjaśniać.
Jak moja ciekawość już raz wylezie, to nigdy nie mogę sobie poradzić z upchnięciem jej z powrotem. Pełza to to i zmusza mnie do wpisywania różnych rzeczy w wikipedię, co zdecydowanie przedłuża proces "wkuj materiał na egzamin". W efekcie więcej wiem o procesie Rudolfa Hessa i akcji "akustyczny kotek" (zdecydowanie moja ulubiona akcja CIA tak bajdałej) niż o postanowieniach z konferencji w Teheranie.
I znalazłam w końcu serial made baj ejdż bi oł (pol: "ha beo"), któty mi się naprawdę podoba. Szanowna publiczność niech się nie wyrywa z okrzykami "Games of Thrones", bo wyniosą Państwa z widowni zanim w ogóle zdążycie dokrzyczeć do "of". Nie. Właśnie, że "Band of Brothers".

[!] Poza tym. Zawsze zastanawiałam się, co jest ze mną nie tak. Wycieczki do obozów koncentracyjnych kończyły się dla większości ludzi łzami / snuciem się / dołem / albo nawet koszmarami w nocy. A ja nic. Ja to widzę, ja tego dotykam, ja wyobrażam sobie zapach, strach, dźwięk tego miejsca w trakcie wojny (a później mnożę to przez osiem). Ale nigdy nie zareagowałam na to silnymi emocjami. Przyjmuję do wiadomości jednocześnie się z tymi wydarzeniami nie zgadzając.
Tymczasem w mocnym przerażeniu obejrzałam propagandowe filmy Hitlera, wspomnienie Oppenheimera z chwili narodzin Bomby i detonację "Cara".

(To dlatego u mnie ostatnio w kółko "A thousand suns" leci)

[♪] Linkin' Park [A Thousand Suns] - "When They Come For Me"

8 czerwca 2011 [17:46:42]

[Soundwatcher]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Treść notki: pada, a ja nie jestem dekadentem - i już możesz sobie oszczędzić czytanie

Dziś jest taki dzień, że feministki piorą męskie skarpety, grinpisowcy kupują toniki testowane na puchatych króliczkach, metale słuchają nowego singla Britnij i Rijany, mnisi buddyjscy wysyłają sobie zaproszenia na fejzsbóku, a wegetarianie jedzą na obiad mielone.
[!] Osobiście ochoczo położyłabym się na naszym osiedlowym trawniku regularnie nawożonym przez okoliczne pieski i tak leżała, w tym nawozie, w tym błocie, w tym deszczu, w tej nieletniej (na wiosenną z resztą też nie wygląda) trawie do rozpuszczenia.
Bym.
To, co robię, to rechoczę przy oglądaniu filmiku obrazującego malowniczego orła Lady GaGi. Nic na to nie poradzę. Rechoczę z nieszczęścia bliźniej mej, Lady GaGi, podkreślmy to. I nie da się tego rechotu ukryć.
Myślę, że to porównywalne z moją trawnikową fantazją - ten sam poziom rozkładu mózgu i okolic.

Innymi słowy, wszyscy w tramwaju dziś wyglądali, jakby było im mocno wszystko jedno. Wszyscy reagują jakoś niemrawo i mizernie. Przy takich okolicznościach pogodowych nawet koniec świata zostałby przeoczony. Nawet gdyby w samym centrum Galerii Krokowskiej wylądowali nagle Jeźdźcy Apokalipsy w liczbie czterech, nawet gdyby wystawili tam jeden wielki Ragnarok, to na ludziach nie zrobiłoby to wrażenia. Omijaliby ich łukiem, i to szerokim, żeby przypadkiem ktoś ich nie zaczepił próbując wręczyć kupon rabatowy na zakup wyżej promowanej gry na peesa.

Wydawaćbysięmogło (bo to jedno słowo), że dzień taki jak ten skończyć się może tylko jednym.
Ale to nie prawda.
Bo skończy się kubkiem kakao ORAZ bajką disneja / "Madagaskarem" (brawurowa rola Króla Juliana).
(tymczasem oddalam się w stronę jidysze-notatek / weźcie mnie stąd)

[♪] Brodka [Granda] - "Kropki Kreski"

14 kwietnia 2011 [18:55:28]

[Soundwatcher]

tu! tu pyknij! (9) || Wyślij wiadomość ||

A jak ja przepłacam, to fotoreporterzy za mną nie biegają

Nie mówiąc o tym, że wszyscy mają to gdzieś. No, może oprócz Wielkiego Eduarda.
Poszłam dzisiaj na zakupy do mojego sklepiku osiedlowego marki kerfór (bo nie jestem biedakiem, ale studętem - darmozjadem), wydałam na zakupy jakieś 45 zeta, obkupiłam się jak galerianka na letniej wyprzedaży, tak, zauważyłam, że wszystko drożeje.
Oczywiście to tylko i wyłącznie przez PeO, reszta zacnych panów rządzących tym krajem jest bez winy i mogą rzucać kamieniem jako pierwsi, drudzy, mogą rzucać kamieniami w grzeszników jak im się tylko podoba i to do nich będzie należał kamień ostatni.
[!] Aczkolwiek fajny hepening, nie powiem. Czekam na następne odcinki w stylu "ile kosztuje studiowanie?" i "jak się podróżuje w pkp w dni, kiedy wszyscy wracają na święta i wszyscy wiedzą jak będzie, ale nikt nie raczy dostawić dodatkowego wagonu". Mogę Panu Kaczy. zaklepać miejsce pomiędzy mną a drzwiami od kibla.

Czytanie w biegu po bulwarach działa, co ułatwia biała linia dzieląca ścieżkę rowerową od ścieżki pieszowej. Namierzając ją kątem oka ma się pewność, że nie wlezie się pod jaki dziki rower po drodze na ten Kaźmirz.
Generalnie, jak mówiłam, czytanie ekstremalne, dla czytelników z doświadczeniem. Książka musi być lekka i dopasowywać się do kształtu dłoni, więc atlasy, albumy i "Lód" Dukaja odradzam stanowczo. Grozi nadwyrężeniem nadgarstka.
Osobiście zdecydowałam się na książkę z lansiarskiego ha!artu (i chwała, że zajęła mi tylko jedną rundkę po bulwarach i dwie jazdy tramwajem, bo absolutnie nic nie wniosła do mojego życia; miałam pomysł, żeby po skończeniu komuś z Szanownej P. ją przekazać, ale wstyd i marnowanie czasu, tak więc rzucę na podaja po prostu).

A jutro widzimy się na Rajskiej. Będę wieńczyć pierwszy rozdział mojej Poważnej Pracy Licencjackiej (Niech Klękają Narody!) [w skrócie PPL(NKN!)]
Cała Polska trzyma kciuka.

[♪] Linkin' Park [A Thousand Suns] - "Wretches And Kings"

24 marca 2011 [19:22:49]

[Soundwatcher]

tu! tu pyknij! (1) || Wyślij wiadomość ||

Raz na pińć lat (dosłownie) człowiek przed telewizorem zalegnie...

Adams Małysz trzyma w rękach filiżankę rodem z zastawy angielskiej królowej i mówi do mnie z ekranu, że aromatyczna herbata rozgrzewa go po nartach.
"Trochę bez sensu" – myślę sobie bezmyślnie – "wszak lepiej by było po nogach na przykład...".

W następnym odcinku "Rozmów w T(ł)oku" ma być satanistka (albo "gotlolita dżapanstajl pankemo bcm", którą sąsiedzi czynią satanistką) w krwistoczerwonym gorsecie i szkle kontaktowym pod kolor. Będzie opowiadać o swoim ciężkim życiu w nietolerancyjnym społeczeństwie.
Publiczność, jak zwykle dostanie po 50 PLN za udział, a jak ktoś zada jakieś mądre pytanie godne puszczenia na antenie to nawet stówkę wyciągnie.

Najwięcej emocji w trakcie tych 23 minut przed telewizorem wzbudziła wiadomość, że plaża w Kołobrzegu jest zamknięta dla zwiedzających. Po sześćdziesięciu sześciu (słownie: sześćdziesięciu sześciu) latach od zakończenia IIWŚ zorientowano się, że znajdują się tam całkiem zasobne złoża niewypałów. Do tej pory wykopano jakieś dwieście (słownie: dwieście).
Dobrze, że w Kołobrzegu byłam tylko raz (słownie: jeden) (chyba) i to zimą, bo moim ulubionym plażowym zajęciem (oprócz marudzenia, że "weźmy gdzieś idźmy stąd / cień mi zniknął i czytać nie mogę / nie lubię siatkówki, a jak dostanę w łeb piłką, do was wszystkich zakopię po szyję i zostawię mewom na pożarcie") jest zabawa w cmentarz. W sensie, że biorę kamienie, kopię im groby, zakopuję, a później nagrobki im czynię z innych kamieni, takie tam. Jeszcze bym się do czegoś w tym Kołobrzegu dokopała i cmentarz przestałby być zabawą.

Poza tym nadal wojna, gdzieś indziej wojna pod wdzięcznym imieniem "Rewolucja", a w Stanach w kosmos wysłali wahadłowiec, który w sumie powinien trafić już do muzeum. Podobnież "era wahadłowców się skończyła" poza tym trochę na starcie im się już rozlatywał, ale majestatyczny "ostatni lot" oraz nie mniej majestatyczna transmisja w tiwi być musi. I chorągiewka w paski i gwiazdki w tle, oczywiście, też.

Nie nudzi mi się jeszcze na tym chorobowym, chociaż pozory zapewne mogą mylić.

[♪] R.E.M. [Document] - "It's The End Of The World As We Know It (And I Feel Fine)'"

26 lutego 2011 [0:07:59]

[Soundwatcher]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Nieżyt mózgu jako choroba przenoszona drogą internetową

Uwielbiam te sześciogodzinne rozmowy sam na sam, kiedy dowiadujesz się o człowieku nie tylko dlaczego w jego życiu nie ma ojca, ale też ile ma pasków do spodni i dlaczego nosi tylko jeden.
Ogólnie ostatnie dni jakoś sprzyjały rozmowom podobnym, wiecie, takie szybkie strzały z bazooki ukrytej w futerale gitary: jedna rozmowa, acz konkretna i na przestrzał. I tak z różnymi ludźmi. Kiedy tak słuchasz zapominając o następnym łyku herbaty, czujesz wzbierającą w Tobie inspirację i już widzisz ich oczami wyobraźni w swoich opowiadaniach, powieściach, SZTÓkach, bo nie możesz się powstrzymać zwyczajnie.

A później wracasz z tych gór do domu i obraz społeczeństwa przestaje być tak pozytywny od chwili, kiedy zaczynasz czytać swoje eresesy.
Się człowiek zaczyna zastanawiać po kiego grzyba wydał te 5 zeta na pripejdzie. Lepiej było dokończyć opowiadanie Dukaja liźnięte jeszcze przed wyjazdem i żyć w błogiej nieświadomości o nieświadomości.

W sumie to chciałam tu walnąć kilka akapitów treści wzniosłych i demaskujących społeczny nieżyt mózgu jako chorobę cywilizacyjną.
(bo nie łudźmy się, każdego z nas to dotknęło, mniej lub bardziej; każdy z nas kiedyś dał się nabrać na dekoder Polsatu, losowanie lotto, fejsbóka, promocję na łikend w Katowicach, spór o miejsce pochówku tego czy innego prezydenta czy pogląd, że brak faceta oznacza samotność, więc tragedię ostateczną)
Chciałam machnąć coś o słowach jałowych, w debatach, komentarzach, notkach na blogu.
(bo, nie łudźmy się, w tych całych Walętynkach nie chodzi o kwestię komercha óesańska, czy nowa świecka tradycja polska, czy to na pamiątkę Pierwszego Mleczaka NMP, czy rocznicy ślubu pogańskiego bożka mżawki z pogańską bożkinią kozich bobków; albowiem zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, Światli Panowie od Marketingu służą tylko jednemu panu: Mamonie; w wyniku intensywnego kultu zostało do naszych kalendarzy wprowadzone święto czysto marketingowe w czasie kiedy drastycznie spada sprzedaż golarek i krawatów, czyli pomiędzy Bożym Narodzeniem a Wielkanocą)
Chciałam cośtam napisać o różnicy pomiędzy tym, co człowiek robi, a na kogo się człowiek robi.
(bo, nie łudźmy się, nawet jeśli w twojej głowie widzisz siebie jako sól narodu wśród motłochu karmiącego dwudziestą czwartą edycją "Tańca z gwiazdami", to masz w sobie skłonności do pudelka peel, w takiej czy innej postaci, komentowania czyichś decyzji, naklejania tagów "czarne / białe", mimo że na co dzień twierdzisz, że wzorem do naśladowania dla Ciebie są postacie z książek Sapkowskiego filozujące o "wielkiej neutralności i to-niemoja-wojna" tudzież "wszystko jest względne, a prawda w szczególności"; co więcej, podejrzewam że w czasach palenia czarownic, młoda polska yntelygencyjo, drwa do stosu dorzucalibyśmy równie ochoczo, co dzisiaj komentarze - wszak skoro to on ją rzucił, to oczywiste, że jest niedojrzały tudzież gópi i jeszcze poczuje, co stracił)
Znowu chciałam napisać, o tonach połetek.
(bo, nie łudźmy się, przysłowiowy już papieros dymiący nonszalancko i parująca kawa z lekką nutką dekadencji sprawiają, że klikam krzyżyk nie zastanawiając się zbyt długo)

Chciałam, to wzięłam i napisałam. Zróbcie se, Szanowna Publiczności w Studiu z tym, co chcecie ( można na przykład kliknąć krzyżyk nie zastanawiając się zbyt długo).

Ja tymczasem wracam do liźniętego Dukaja. Póki co w każdym razie, bo będąc w górach dostałam propozycję wyjazdu do Sudanu / Iraku (wyliczono koszt 2k lub 6k razem z kupnem broni). Zaznaczam, że była to propozycja poważna, ja poważnie ją odebrałam i odpowiedziałam poważnie, że jadę, o ile uda mi się przeskoczyć barierę finansową. Średnia po semestrze pierwszym równa się mityczne pięć zero, motywuje mnie to do nauki jidysz, co by mi jej nie zaniżył drastycznie, więc kto wie, może ten powsinoging bliżej niż dalej.
Oby był bliżej. I wywiódł dalej.

[♪] Bunkier [Wyskocz z Autobusu Kierowca kłamie!] - "System zabija"

22 lutego 2011 [2:07:01]

[Soundwatcher]

tu! tu pyknij! (5) || Wyślij wiadomość ||

Straconego czasu poszukam jutro (tak, w sumie to całkiem możliwe)

Wróciłam do domu mocno wcześnie, po dobranocce niemal, bo druga w nocy była. Wchodzę do łazienki i oczom moim ukazuje się obraz powojenny świadczący o panice ostatecznej, wyścigach z czasem i trwałym zagięciu czasoprzestrzeni. I to w trzech miejscach.
Na podłodze rajstopy z oczkiem plus mieszanka bielizny i odzieży wierzchniej. Brodzik wypełniony tubkami, butelkami i maszynkami rozrzuconymi w nieładzie godnym Mistrza Chaosu. Do tego wszystko upstrzone końcówkami do lokówki wszelkich maści i rodzajów, małych, dużych, z kolcami i bez, w kształcie zwykłego grzebienia oraz Empire State Building.
Moja wyobraźnia uruchomiła się automatycznie przez co nie mogłam przestać płakać ze śmiechu przez następne trzydzieści dwie sekundy. Wiecie, mycie zębów nogą przy jednoczesnych próbach podkręcenia sobie grzywki, tego typu obrazki.
Mon Dieu, doigrałam się. Mieszkam z kobietą a la babskie komedie.
Wniosek #1: Mon Dieu...
Wniosek #2: A ja się bałam, że moje życie przestanie wyglądać jak sitkom.
Wniosek #3: (Fiolka znowu wybucha śmiechem)
Wniosek #4: Czy takie towarzystwo przyspieszy mój proces babienia, czy wręcz przeciwnie? (gdybyście zobaczyli buty jakie sobie kupiłam na wiosnę, łomatkobożo... najlepsze jest to, że naprawdę uważam je nie tylko za ładne, ale i w y g o d o n e)

Dzisiejszy dzień spisałam na straty zaraz po przebudzeniu, więc nie mam wyrzutów sumienia z powodu leżenia z wzrokiem wlepionym w ekran komputera / sufit / strony książki, która nie dotyczy Żydów nawet w najmniejszy stopniu. A teraz kawa , na którą czekałam od wczoraj. Dużo, dużo kawy w godzinie wieczornej, a czuję, jakby dopiero ranek był.
Nie mam migreny. Łeb mi nie N*P*E*R*A. Zwyczajnie boli mnie głowa, jak każdego szarego przedstawiciela klasy średniej. I nie jest to wynik "nocy szampańskiej" czy cokolwiek innego tam się w główkach Szanownej Publiczności w Studiu przewinęło (się zaczęło wczoraj jeszcze).
Uznaję więc, że dzień 1 stycznia roku pańskiego 2011 po prostu się nie odbył. Tak więc spokojnie możecie rzucić palenie / jedzenie / nicnierobienie, albo cokolwiek tam sobie postanowiliście dopiero jutro.

[♪] Florence + the Machine [Lungs] - "Blinding"

1 stycznia 2011 [18:23:22]

[Soundwatcher]

tu! tu pyknij! (8) || Wyślij wiadomość ||

Pan Ebenezer zwiał do szafy i polazł do Narni

Od kilka lat wyznaję zasadę, że idealny poranek 25 grudnia powinien składać się z kilku elementów. Brak któregokolwiek grozi zawaleniem.
Koniecznie musi być piżama i mleko z kawą do śniadania spędzonego na oglądaniu bajek disneja. Pod pachą należy trzymać "Listy Świętego Mikołaja" Dziadzia Tolkiena, a w głowie mieć ścieżkę dźwiękową z pierwszej części Narni. Można również ściskać podusię chociaż mocno opcjonalnie.
Done.
A kiedy już done i rodzice wyganiają dzieci sprzed telewizora by samemu dopełnić świeckiej tradycji i obejrzeć w spokoju Potop można się schować w kątku i przeczytać sobie kilka "Listów...". Ale nie za dużo, żeby zostało na tak zwany "zarok".
Czego i wam życzę. A co.

Jak już tak zajeżdżam tu Szanownej Publiczności w Studiu pierniczkami i cynamonem, to pojadę po bandzie. Zaserwuję wam moją wersję wspominkowej opowieści wigilijnej , a rzecz się tyczy kontrowersyjnego tematu, mianowicie "Czy Święty Mikołaj istnieje?".
Otóż dziecięciem będąc, sześć lat mając byłam już dawno uświadomiona, że to rodzice i nic poza tym. Taki los najmłodszego dziecka - tak w domu, jak i na podwórku - starsze koleżanki wszystko Ci wypeplają, a jak nie one, to w BRAVO sobie wyczytasz.
Siostra Prof studiowała wtedy w Kroke, które akurat odwiedził Święty Mikołaj z Laponii, wiecie, ten Pan zatrudniony w celach marketingowo - propagandowych, żeby siedział tam w tej chacie, dokarmiał renifery, a turyści mogli na niego patrzeć. Pamiętam, że oglądałam nawet reportaż w "Teleekspresie", w którym to Pan Mikołaj życzył do kamery wszystkim Świąt Wesołych, a w tle jaśniały Sukiennice.
Oto Siostra wykorzystała ten fakt i dając prezent (gipsowa figurka kota, na których punkcie miałam ko... fisia) oznajmiła, że spotkała owego Pana na krakowskiej ulicy, zaczepiła, a ten wręczył jej dla mnie taki oto drobiazg. I w ten właśnie oto sposób drobiazg nabrał wartości niebotycznej, a ja przez następne dwa miesiące opowiadałam, ze moja Siostra przywiozła mi prezent od "Tego Prawdziwego Mikołaja z Laponii, co to Kraków odwiedził".

A teraz ręka w górę, kto się rozczulił, lekko nawet po przeczytaniu powyższego akapitu. Dziękuję. Kto przeciw? Dziękuję.
A teraz możecie się oddalić w stronę kuchni i w nagrodę zjeść dodatkowy kawałek ciasta. Rozgrzeszam was niniejszym.

[♪] Lisbeth Scott [The Chronicles of Narnia - The Lion, The Witch and The Wardrobe OST] - "Where"

25 grudnia 2010 [12:30:55]

[Soundwatcher]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Ta zima jest dokładnie taka, jak lubię

Absurdalna.
Przymuszona okolicznościami (kończyło się jedzenie) ubrana w szesnaście warstw ciuchów wychynęłam wczoraj z żydowskiej kamienicy i poślizgałam w kierunku przystanku. Owszem, słyszałam legendy o powywracanych tramwajach, wyrwanych torach, szczelinach z buchająca lawą i innych niedogodnościach na drogach, ale nie miałam za bardzo wyboru. Nawet jeśli zaraziłam przy tym pół Kroke.
Tramwaj zatrzymał się na alei Pokoju bez głębszych chęci ruszenia dalej. Cóż, rozumiem, zima tysiąclecia, nie wszystko musi działać, et cetera, a tramwaj przed nami się popsuł i miał do tego prawo. Zdarza się. Cóż.
Po pół godzinie dowiadujemy się, że tak naprawdę stoimy i kwitniemy, bo ktoś na Długiej zaparkował sobie na torach.
Bo czemu nie. Skoro nic nie działa, to wyobraźnia też nie musi.

Poza tym wymyśliłam dzisiaj jajecznicę z jogurtem. Nie pytajcie.

[♪] I Blåme Coco [The Constant] - "Quicker (Rack N Ruin Rework)"
[Urodziłam sobie, z nudów najprawdopodobniej, bloga z recenzjami dźwięków. Zobaczymy, ile pożyje, ale Coco, i tylko Coco jak na razie, przepisałam: bierzcie i jedzcie, chociaż czuję, że jeszcze nie odzyskałam formy, po latach zastoju; aha, i nie cierpię tego szablonu, ale opanowanie blogspotowej gwary hateemelowskiej jest ponad moje skromne zwoje mózgowe]

4 grudnia 2010 [20:21:12]

[Soundwatcher]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

Nie lubię dzieci - najbardziej tych po osiemnastce

Nie zrozumcie mnie źle.
Po prostu zastanawia mnie fakt, jak w wieku lat dwudziestu można jeszcze wierzyć, że śmieci wynoszą się same, naczynia same się zmywają, a jak się nie posprząta w łazience, to nikt nie zauważy. A jak zauważy, to zawsze można powiedzieć "zaraz, zaraz, sory, zapomniałem, już mamo, za chwilę".
Błąd. Nie jestem "mamo". Poza tym, chłopcze, jest takie stare, chińskie przysłowie: "don't bullshit a bullshiter". A śmiem twierdzić, jestem lepsza przynajmniej o klasę (bo trzeba mieć przy tym jednak trochę finezji i trochę pracy w to włożyć - same zdolności aktorskie nie wystarczą).
Nie zrozumcie mnie źle.
Żyjcie sobie najwygodniej, jak potraficie, na ile sobie ludzi oczarujecie. Ale nie właźcie na moją wygodę. Nie grożę. Uprzedzam, że to nie przejdzie.

Innymi słowy: w końcu mieszkam z ludźmi, którym mogę wrzucić do pokoju wór ze śmieciami, których nie wynieśli przez tydzień i nie mieć przy tym wyrzutów sumienia. Jest to w jakiś sposób radosne. Teraz się dopiero okaże, czy naprawdę jestem taką złośnicą, za jaką się uważam.

[!] Co się zaś tyczy "Skrzydlatych świń" to postanowiłyśmy iść do kina z Zone jako przedstawicielki Komitetu Fanek - Kombatantek Wiadomokogo. Koszulkę nawet chciałam założyć, ale tak naprawdę - nigdy się jej nie dorobiłam. Złamałam się, kiedy zasiadłam w fotelu: oczyściłam umysł i obejrzałam film bez absolutnie żadnych sentymentów / ciekawości / uprzedzeń, ot: film.
I w sumie wszystko całkiem w porządku, tu się zaśmiałam, tam mi nóżka tupała, napięcie się nawet jakieś pojawiło w nerwach, aż tu nagle(!)...
...zakończenie.
I wtedy już nie wiedziałam, co ja tak naprawdę oglądałam przez ostatnie półtorej godziny. Kino familijne, zwierzęta gadające, "Lessi, wróć"?
[i tutaj, dla porównania, wspominamy ostatnią scenę z "Green Street Hooligans" i "I'm forever bowling bubbles" w wykonaniu Froda]
Cóż. Szkoły nie przyjdą, ale fanki na pewno.

[♪] Overseer [The Animatrix: The Album] - "Supermoves (Animatrix Remix)"

24 listopada 2010 [22:30:15]

[Soundwatcher]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Poprzednie