. improwizacja-mniejsza

Kartka bez kartki i koperty

Idziemy z VViciem i VViciową ciemnym parkiem kieleckim. Wspominamy stare, dobre czasy. On w formie, riposty ma cięte jak zwykle, elegancko jedzie po bandzie. Mnie idzie gorzej, moją formę skutecznie nadwątliło wzruszenie, ja tak łatwo do siebie nie doszłam, po tym, co się działo na tej Kadzielni.
Żegnamy się, idę w swoją stronę, ku dworcowi. Ulica ładna, noc ciepła, miasto puste, echo dźwięków w uszach. Nucę pod nosem, młoda, genialna, cytując Czerwonego Wieszcza, w butonierce cośtam mam, ale nie wiem co, bo nie przyjrzałam się jeszcze dokładnie. Nie boje się, bo nic złego stać się nie może w takiej chwili, Mum. Z resztą, nawet jeśli miałby na mnie jakiś potwór wyskoczyć, to uprzedzi mnie o tym ta podejrzana muzyka, która zawsze puszczają w takich momentach w horrorach. Albo narrator coś chlapnie i domyślę się, że za rogiem czyha na mnie Ogromne Niebezpieczeństwo (zawsze się domyślam, za dużo książek przeczytałam w swoim życiu chyba).
Mum, bo tu jest tak, jak kiedyś opisywałam, że będzie. A moje opowiadania sprzed lat może były nieco depresyjne, ale nigdy nie potrafiłam napisać im tragicznego zakończenia i finalne było „jednak troszeczkę cudownie”, jak to Pan Nahacz mawiał. Jest tak, jak zawsze chciałam.
Oddychaj Mum. Nocne powietrze inhaluje najlepiej i najskuteczniej leczy alergię na zamknięte pomieszczenia.
Życzę Ci wszystkiego, Mum, jeszcze więcej wszystkiego. Bo hasło, że "już bliżej niż dalej" to tylko propaganda, żeby obezwładnić nasze mózgi jeszcze mocniej, jeszcze skuteczniej. Sama wiele razy mi powtarzałaś, że wszystko jest dla mnie (tylko trzeba się dla niego trochę spocić), ale to przecież nie tak, że TYLKO dla mnie, albo że obowiązuje jakieś ograniczenie wiekowe.
Zatem "wszystkiego" tego, co widziałaś w wyobraźni, ale nigdy "w naprawdę".


[♪] Yoav (feat. Emily Browning) [Sucker Punch (Original Motion Picture Soundtrack)] - "Where Is My Mind?"

19 września 2011 [21:30:49]

[Między 1.00 a 3.00]

tu! tu pyknij! (3) || Wyślij wiadomość ||

Jej prawdziwa twarz, czyli jedna z tych rozmów o trzeciej nad ranem

Pod powiekami mam ostatnio wschody słońca na pustyni, których przecież nigdy w życiu nie widziałam. Drobniutki, piaskowy pył zgrzyta pomiędzy zębami, pot leje się z czoła prosto na gałkę oczną. Szczypie.
Nie jest to miejsce dla mnie. Lubię, jak jest wilgotno. W dżungli mogłabym mieszkać, przynajmniej psychicznie, moje oskrzela pewnie by musiały zostać w klimacie umiarkowanym.
Tymczasem, przekornie, pustynia. Na chwilę. Tę, w której moje powieki są zamknięte. Ktoś coś jazgocze, ja to rozumiem, po chwili wskazuję palcem tlącą się plamę na horyzoncie nie odzywając się nawet słowem, soundtrack zawiera bębny o mocno naciągniętych membranach i napięte struny. Słyszę potwierdzenie. Mrużę oczy, ale niewiele to daje – nie widzę lepiej. Słyszę nadlatujące samoloty. Wiem, co się zaraz stanie.
Otwieram oczy.
- Dlaczego chcesz zobaczyć wojnę? - pyta, chociaż zna mnie bardzo dobrze.
- Wcale nie chcę. Ale wiem, że i tak ją zobaczę. Boję się jej najbardziej na świecie, wiesz przecież, ale to w ogóle nie jest już ważnie, bo i tak ją zobaczę.
Cisza. Bo przecież jak się czegoś boi, to się tego unika, a nie pcha, byle bliżej. A ja doskonale wiem, że jak tam pojadę, to albo na całego, prosto w kamasze niemal, byleby w sam jej środek się wcisnąć, albo wcale. Taki zew nie przychodzi po to, żeby nakręcić kilka ujęć z oddali, taki zew się chałturą nie nakarmi.
- Ale po co?
- Właśnie nie wiem.
- Żeby powiedzieć o niej prawdę? Pokazać jaką jest? – próbował mi pomóc.
- Nie. I tak będę mogła napisać tylko to, co dadzą mi napisać, nie mam złudzeń. Ale... Jej tak zwana prawdziwa twarz już nikogo nie obchodzi. Są zdjęcia. Są transmisje w telewizji, zawsze po dobranocce. Całe książki powstają na temat obozów koncentracyjnych w Korei Północnej. Pisanie o wystrzałach i ofiarach nie ma sensu, bo nikogo już nie obchodzą. Dlatego nie mam pojęcia, po co tam pojadę.
Była jakaś trzecia w nocy, godzina takich właśnie rozmów. Dwa dni temu.

Dzisiaj też, przy oczach zamkniętych, była ona na tle wschodu słońca. Powietrze nadal suche. Ludzie kotłowali się na ulicy, każdy starał się podążać w swoją stronę. Opierając się o jasną ścianę jakiegoś budynku, czytałam wiadomości zapisane obcym pismem, które potrafiłam odczytać. Wiedziałam, że czytam pół-prawdę, ale bez irytacji dobrnęłam do końca i odetchnęłam głębiej.
Doszłam do tego, że "prawdziwą twarzą wojny" nie są obrazy z bombardowań, strzelanin i rozstrzeliwań. Nie ma się co zasłaniać stwierdzeniem, że wojna to żywioł, kojarzący się z nieokiełznaniem, suwerennością absolutną, siłą samą w sobie. Nie. Wojna to osoba. Ma cechy ludzkie. Ona ma twarz konkretnych osób, ma dowód wystawiony na konkretne nazwiska. Człowiek już dawno ten żywioł poskromił. Teraz on decyduje, kiedy spuścić ją z łańcucha.
Więc może jednak chodzi właśnie o "ukazanie jej prawdziwej twarzy". A co za tym idzie - może nie będzie wschodu słońca nad pustynią, a miejska kraina frytkami i colą płynąca, garsonki tudzież sterylne gabinety.

[♪] Two steps from Hell[Dreams & Imaginations] - "African Sunset"

15 sierpnia 2011 [16:48:13]

[Między 1.00 a 3.00]

tu! tu pyknij! (1) || Wyślij wiadomość ||

To, co każdy mężczyzna wiedzieć powinien (bo czasami to wcale nie PMS)

Każdej, ale to absolutnie każdej kobiecie roztrzaskano kiedyś serce. Każda musiała zbierać je samodzielnie, kleić jak umiała, krzywiej, prościej (bo wbrew pozorom nie wszystkie mamy zdolności manualne). Organ się zrósł, zyskał nową obudowę ze ślicznym, niepowtarzalnym wzrokiem z blizn.
A blizna, jak blizna, każdy prawdziwy mężczyzna wie już, ki czort. Niby widoczna tylko pod odpowiednim kątem, niby z czasem co raz mniejsza, w trakcie tak zwanej "codzienności" się o niej zapomina, nie przeszkadza generalnie, ani kaleką nie czyni... ale jak czasem to zaswędzi! Jak zaboli, bo powietrze akurat wilgotniejsze, niż zazwyczaj!...
Aplikuje się wtedy balsamy i przechodzi. Czasami na następny dzień, czasami już po godzinie. Ale trzeba pamiętać o tych balsamach.
Koniecznie o tych balsamach trzeba pamiętać.

[!] Spacer w deszczu o jedenastej w nocy, o drugiej gorące mleko przy rozmowach o życiu, śmierci, Robie Douganie i miejscu zamieszkania Pana Roguckiego. Bo, dzięki Bogu, jest taka osoba na ziemi, która może wziąć mój Tajny Zeszyt GrafFÓ(!)mena i przeczytać se w nim, co tam se chce. A mnie jest wszystko jedno, stresu nie ma, że zbyt intymne czy tam osobiste, bo przecież on to zna, ja to znam, tylko ja po prostu mam ten młotek, którym można pewne rzeczy ze słów wyrzeźbić. A on ma dźwięki i instrumenty.
(Szkoda tylko, że mieszka w Mieście Latających Ludzi. Przydałby się bliżej do tych moich posiadów na ulubionej ławce w Kroke.)

A rano...
...Mum zrobiła jajecznicę*.

____
* Jajecznica Mum już niedługo na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego Ludzkości UNESCO.

[♪] Omnia - [World of Omnia (limited Edition)] "Niiv"
[repeat (track)]

29 lipca 2011 [22:09:26]

[Między 1.00 a 3.00]

tu! tu pyknij! (3) || Wyślij wiadomość ||

To była cisza przed burzą! Ha!

Buduję sobie ten domek z klocków, buduję spokojnie. Jenga taka. Stąd wyciągam, tu ryzykuję, idzie ładnie, wszystko się trzyma, chwieje się, ale trzyma.
Aż tu nagle
PIERDUT!
(cisza: trwa)
Ktoś tyrpnął palcem. Ktoś mocniej zamknął drzwi. Bóg kichnął. Jengę szlag trafił.

Kurz opada nonszalancko, bohaterka (w sensie ja) patrzy na tak zwany rozpiździel z lekkim niedowierzaniem.
Bohaterka mówi: "Ojej!". Bo tak fajnie szło przecież do tej pory. Więc generalnie "Łatafak?".
Bohaterka myśli: "Pewnie tak się czuł Norton w Fight Clubie, kiedy odkrył, że sobie sam mieszkanie w powietrze wysadził".
Bohaterka mówi: "Whooo!... Czad!"

Się mi plany posypały, ale tak do szczętu, na proch, po fundamenty. Nie wiem na czym stoję i ciemność widzę. Cały mój genialny plan leży w kawałeczkach. Nie wyszło / nie udało się.
I wiecie co?
Zarąbiste uczucie.
I piszę to z uśmiechem.

Wygląda na to, że człowiekowi czasami musi się popsuć coś dużego, albo i kilka rzeczy na raz, żeby poczuł, że żyje.
I że przecież zawsze może żyć jeszcze bardziej.

[♪] Primordial [To The Nameless Dead] - "Empire Falls"
[Chociaż tak na serio to ostatnio tłukę Opeth'a KORNa (też nie wiem, co się ze mną dzieje!) i S.O.A.D.]

24 czerwca 2011 [0:04:36]

[Między 1.00 a 3.00]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

(Rozumiesz?!) // a teraz idźmy i nie zawracajmy

Nagle pomieszczenie robi się zbyt ciasne, tak nagle, że nie wiadomo, co się właściwie dzieje. Następuje klaustrofobiczny zaduch, otwarcie okna nic nie dało. Oddycham w sposób tak niezdarny, że zaczynam się krztusić i wtedy już wiem, co robić. Po pierwsze rzucam się po zeszyt (po długopis nie muszę, bo jest scalony po wieczny czas z zeszytową sprężynką). Po drugie, Boże Mój, szybciej, zarzucam na siebie płaszcz. Po trzecie, zapominam telefonu przy jednoczesnym wypadaniu z mieszkania.
Krokiem mocno konsekwentnym idę pomiędzy blokami zmierzając w stronę rzeki. Na oddech pozwalam sobie dopiero na miejscu, tuż po wybraniu odpowiednio wysokiej ławki.
Księżyc świeci na pół gwizdka, rzeka mryga małpując prześmiewczo światła ulicy, powietrze pachnie wieczornym miastem, a ja nie muszę (!) udawać, że jestem choć trochę zrównoważona emocjonalnie.
Nikt nie zobaczy, bo jest ciemno, a nawet jeśli, to będzie udawał, że nie widzi.
Macham nogami na tej wysokiej ławce, rytmicznie, raz i dwa, ściskając zeszyt w rękach, na przekór, bo jest mi zimno, bo siedzę po ciemku w miejscu publicznym wystawiona na szwank i poniewierkę, na łaskę miejscowych chuliganów, którzy, jeśli wierzyć Mum, tylko na to czekali przez całe życie.
Raz i dwa. Raz i dwa.
(Mum! W tym momencie, może w każdym innym właśnie nie, ale w tym akurat oni uciekliby z krzykiem zaraz po tym, jakby zobaczyli wyraz mojej twarzy, mimikę moją, mój grymas. Mum, ludzie boją się prawdziwych twarzy wiesz? Boją się panicznie, kiedy ktoś maskę ściąga, bo prawdziwa morda człowieka, każdego człowieka, twoja, Mum, też, nie mieści się w normach i statystykach. To nie ja byłam w niebezpieczeństwie. I ubrałam się ciepło i pojadłam przed wyjściem.)
Po raz pierwszy nie oczekiwałam nieśmiało, że ktoś jednak się przysiądzie.
(Bo nawet jeśli nikt nigdy mnie nie pojmie, nie rozbierze mnie cierpliwie na części pierwsze tylko po to, żeby przestudiować, zrozumieć działanie, po czym ostrożnie złożyć do kupy z powrotem i uśmiechać się do mnie codziennie. Nawet jeśli nie. To ja tego wewnętrznego burdelu, tego upstrzonego filigranem i stiukiem gotyku, tego wysypiska obrazów, historii i dźwięków ("A, BE, CEEE!!! SŁOWA I ZNAKI DLA NIEPOZNAKIII!", tralalaaaAA!!!) nie tylko nie zamienię, ale i nie zamieniłaBYM.)

Amen, kurczę jego nać.

A teraz idźmy i nie zawracajmy.
Gitary.


[♪] Piotr Rogucki [Loki - Wizja Dźwięku] - "Szatany"

10 kwietnia 2011 [21:59:33]

[Między 1.00 a 3.00]

tu! tu pyknij! (9) || Wyślij wiadomość ||

Sala, w której każdy z nas kiedyś był / jest / będzie

[w tym miejscu niegdyś notka]

(był taki moment pomiędzy zakończeniem filmu a początkiem liter końcowych, był taki moment, kiedy ta cała, tłusta masa, ta wielkomiejska zbieranina wannabe-hipsterów i wannabe-Florence, która przyszła tam na randki, srandki, środy z oryndż, obżerająca się popkornem i naczosami, robiąca sobie focie na fejżbóka co trzy kroki, publicznie czytająca tylko "Lampę" i nowości wydawnicze "ha!artu", kiedy ta zupa nijakich pozorów wstrzymała oddech; i oddychać nie byliśmy w stanie; przez kilka, długich, ciężkich sekund wszyscy nie oddychaliśmy; prawdopodobnie wtedy pierwszy raz od bardzo dawna wszyscy, synchronicznie, na chwilę byliśmy prawdziwi)

[♪] COMA [Pierwsze wyjście z mroku] - "Leszek Żukowski"

2 kwietnia 2011 [0:01:44]

[Między 1.00 a 3.00]

tu! tu pyknij! (14) || Wyślij wiadomość ||

"No, podjedźcie"

Dobry Panie Boże,

Dziękuję Ci za ludzi, którzy dzwonią do mnie o godzinie przedjedenastąwnocy i mówią, że zaraz będą pod moim blokiem, i mam zakładać gacie, i się ubierać ogólnie raczej ciepło, ale bez przesady, i wychodzić jak usłyszę sygnał grany przez moja komórkę, i mam zostawić te recenzje, bo oni mają czipsy.
I za Kaźmirz, który o północy cię wykarmi zapiekanką, i zachwyci zakładem lutniczym oraz fryzjerskim, i za zawieszki na drzwiach sklepów o treści "otwarte tak, że aż open", i zabawę w berka na moście z kłódkami.

Nie dość, że wieczór ciepły do zachłyśnięcia, to jeszcze się później gapimy na cud urban - natury, czyli światełka Plazy na tafli jeziora. To jeszcze ratujemy świat, a na pewno pół Kroke przed pożarem, który rozpętał się pomiędzy Plazą właśnie, a eM1eden. Dzwonimy na straż, zbyt spokojnie oznajmiamy co się dzieje, zbyt, bo Panowie przyjechali późno.
Zdążyłyśmy się napatrzyć na płomienie siedząc bezpiecznie w aucie zaparkowanym na przeciwko.
Nie zrobiłyśmy filmiku dla TeVałeNu. To były nasze wiadomości on er.

Śpiewania tylko brakowało.

F.

P.S. Z czego można zrobić atrapę ładunków wybuchowych?
P.S.2 [♪] 30 Seconds to Mars [This Is War] - "Kings And Queens "
Prawdopodobnie jedyna piosenka baj Dżared i spółka, która mnie naprawdę dreszczy.

26 marca 2011 [1:39:31]

[Między 1.00 a 3.00]

tu! tu pyknij! (9) || Wyślij wiadomość ||

Kto daje i odbiera

To bardzo dziwne.
Często mówię, "tę piosenkę dostałam od kogoś". Wtedy, kiedy ktoś mi objawi jakiś utwór za pomocą linka, instrumentu muzycznego, o ile akurat potrafi pożądane dźwięki z niego wydobyć, a nawet wetknięcia swojej słuchawki do mojego ucha.

Okazuje się, że dźwięki można też odebrać. Albo inaczej - zabrać ze sobą.
Że utwór został zabrany rozpoznać można po tym, że kiedy włączy się w ramach szufla natychmiast wywołuje napad zimna / gorąca, migotanie przedsionków i kujący skurcz komór. Organizm zaczyna się bronić, leukocyty wysyłają rozpaczliwy alarm i mózg całą tę sprawę bierze w swoje ręce. Tak właśnie, bo to ręka naciska przycisk "next" i to czym prędzej.

Pamiętam, że została zabrana mi COMA i to w całości. Po pół roku dopiero odzyskałam, co moje.
Dzisiaj odebrałam dźwięki ostatnie. Rok. Ponad.
(w czas, nie ma co. ja to jednak mięczak jestem)

Jest jeszcze jedna piosenka, to fakt. Wiem, że poza tym jednym, jedynym razem nie usłyszę jej już nigdy. I może zostanie kiedyś zagrana dla kogoś innego, ale mam pewność, że już za późno, że jest tylko moja.

[!] Niedługo na ulicach znowu będzie mnóstwo żonkili do kupienia. Odłożyłam sobie już fundusze, żeby móc nacieszyć się chociaż kilkoma z nich.

[♪] Kawai Kenji [FATE / STAY NIGHT Score] - "Kishi Ou no Hokori"
[♪] Kawai Kenji [Melody of Oblivion Score] - "Sepia"
[♪] Piotr Rogucki - "Jesień"

10 marca 2011 [0:23:38]

[Między 1.00 a 3.00]

tu! tu pyknij! (1) || Wyślij wiadomość ||

Haiku prozaika

W zaistniałej sytuacji pogodowej odrzuciłam precz mój montmarcki beret na czas Cowieczornej Godziny Powsinogi. Niech mi wiatr targa tę grzywkę i drapie za uchem. Brakowało mi tego.

Naprawdę mocno denerwuje mnie autokorekta Łorda, który zmienia mi terminy żydologiczne na swoje własne propozycje w stylu "Zundel" na "Kundel" albo "cheremu" na "choremu".
Nawet byle program chce mi narzuć odpowiedź, którą udzieliła największa ilość ankietowanych.

Dobry Boże, ześlij mi kogoś, z kim mogłabym iść pośpiewać na Starym Rynku / Placu Wolnica / ławce obok smoka. Najlepiej kogoś z gitarą i paluszkami do niej.

[♪] Florence + The Machine [Between Two Lungs] - "Heavy In Your Arms"
[może kiedyś odważę się podzielić moim tłumaczeniem]

6 lutego 2011 [17:31:54]

[Między 1.00 a 3.00]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

Wizja alternatywna - czterdzieści i cztery (ciastka)

Ukulałam te ciastka. Adams poszedł do Tesco i zakupił zasmarkanej Fiolce, czego było trzeba. I radochę miałam większą niż zakładałam.
Czterdzieści i cztery głupie ciastka pomarańczowe.
A ich zapach był tak intensywny, że przebił się nawet przez ścianę kataru. Rozszedł się po kuchni, wylazł na korytarz, kto wie, może nawet pokonał woń skarpet i wody kolońskiej ulatniający się z pokoju Braci Aktorów PrzyMroczków.
Czterdzieści i cztery lekko za bardzo od dołu spieczone.
Plus pińć pringelsów zachomikowanych jeszcze z Litwy, żeby uszczęśliwić Dzijunję i Adamsa dogłaskać. Żeby flatmejci Zza Drugiej Ściany się pouśmiechali trochę ("O! [Te] ciasteczka [o których mówiłaś w kwadrat od ostatnich czterech dni]!").
Czterdzieści i cztery: 200g masła, najlepsze pomarańcze, jakie Adams znalazł w Kerfórze, jeszcze kilka jakichśtam składników, godzinę z życia i krew z rany od tarki. Bo Bri Wan Der Kamp to ja nie jestem - zawsze przy Czynieniu ufifram się (akcent na SIĘ) tudzież wszystko inne dookoła, a i jeszcze jakichś urazów się nabawię. Ale co z tego.

Od tych ciastek w herbacie maczanych, od tego zapachu i batonika "Elitezz" w ramach werbalizacji wdzięczności, przypomniała mi się jedna wizja alternatywna powstała w tych godzinach mojego życia, które nigdy nie ujrzały światła dziennego. Tych, które wskazywały na przyszłość zgoła (zawsze chciałam użyć tego słowa) inną.
Otóż mieszkanie. Ciepłe kolory na ścianach przyozdobionych twórczością własną i gości. Jedna ściana zawalona płytami na stojakach. Książki leżą wszędzie (co ciekawe w tej wersji alternatywnej ich marginesy były uzupełnione komentarzami właścicielki). Włączony laptop i migający kursor. Dużo butów w przedpokoju - rozmiary różne. Muzyka w tle rozmów. Radosnych i kawowych w dzień, poważnych i kakaowych w nocy. Duże okna. Bez firanek. Absolutnie bez firanek. Po co firanki, kiedy mieszka się na najwyższym piętrze i można patrzeć na niebo?
Drzwi wiecznie otwarte, chociaż to niebezpieczne, kiedy mieszka się samemu. A nad drzwiami wymalowane moją legendarną czarną farbą z puszki spod biurka starannie wyselekcjonowane przez ekspertów słowa z "Tonacji", acz z wydźwiękiem mniej ironicznym. Bo w tym mieszkaniu nie będzie telewizora. Ani pół nawet.

Dzisiaj ta wizja uzupełniona została o kuchnię.
Będzie w niej ciepło od piekarnika. Tak chcę. I uczynię z niej samoładujący się kołczan Legolasa - zawsze odnajdę w niej wszystko co potrzebne, żeby upiec coś na szybko, dla niezapowiedzianych gości (już teraz zawsze kupuję na duży zapas). Mogę się żywić do końca życia tym kurczakiem z ryżem, i zapewne to słowo stanie się ciałem, ale piekarnik będzie chodził często - i, co ważniejsze, będzie dla kogo. Ja wrócić do swojej starej wagi nie zamierzam.

Chrupiąc jedno z czterdziestu czterech ciastek pomarańczowych pomyślałam sobie, że tak to ma wyglądać. Nie inaczej. I wtedy, nawet jeśli będzie właśnie tak, że będę budzić się sama i sama będę zasypiać, zmuszona do samosieństwa czuć się nie będę. Może te drzwi otwarte i ciastka właśnie, pieczone w ilościach wprost proporcjonalnych do butów ustawionych w korytarzu nawet nie pozwolą mi o samosieństwie swoim myśleć.
Dzisiaj w każdym razie nie myślałam.

Także wypomnijcie mi tę notkę za parę lat i wproście się na ciasto. Syrop do kawy możecie przynieść. Kto jaki lubi.

[♪] Sting [If on a winter's night...] - "The hounds of winter"

4 grudnia 2010 [0:43:54]

[Między 1.00 a 3.00]

tu! tu pyknij! (10) || Wyślij wiadomość ||

Poprzednie