. improwizacja-mniejsza

Doświadczyłam egzaminu pogromowego

Gdyby mój dzisiejszy egzamin ze Sztuki Żydowskiej miał mnie zainspirować do napisania czegokolwiek, to podejrzewam, że stworzyłabym drugiego Donny’ego „Niedźwiedzia” Donowitza skrzyżowanego z Terminatorem. Postać prawie niema, ale po co mówić cokolwiek, skoro czyny powiedzą wszystko: większość z tych, którzy odważyli się dzisiaj stawić jej czoła dostali w potylicę bejsbolowym kijem. A z Terminatora to, jak już się pewnie Szanowna Publiczność domyśla, przekalkowałabym „I’ll be back”.
Także nie rozmawiajmy już o egzaminie ze Sztuki Żydowskiej. Nigdy.

Tak się zastanawiam, czy to przypadkiem nie czas, żeby znaleźć sobie jakąś przyjemną redakcję, w której będę mogła odwalać chałturę, parzyć herbatę dla starszych i ogólnie wypruwać sobie flaki wiążąc w supełki. Dawka masochizmu ta sama, a dwa razy więcej przyjemności.

[♪] Secret Garden - [White Stones] "Steps"
[...nowonarodzona Skrzypaczka nie daje mi spokoju; to całe powstrzymywanie się od klepania w klawisze staje się przedsięwzięciem nie na moje nerwy]

2 lutego 2010 [1:21:46]

[University Show]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Suck, oh, da Roma

Dzień zaczynam kubkiem kawy i wojnami włoskimi. Karol V dostaje nominację w kategorii „Najbardziej zuchwała postać historyczna” za swoje Sacco di Roma.

O dziwo, wbrew ogólnie panującej modzie nie odczuwam jakiejś gigantycznej chęci sprzątania, kiedy mam się uczyć. Sprzątam zawsze po egzaminie. Ksero po kserze, karteluszka po kartelusze. Myję naczynia z zaschniętym kisielem, który już dawno wymyślił koło a aktualnie zaczyna malować bizony na ściankach kubka. Demontuję instalację z własnych fatałaszków powstałą na fotelu (tytuł: „Tybetańczykom gratulujemy Qomolangmy”). Tylko po to, żeby zrobić miejsce dla następnych kserówek, brudnych kubków i instalacji (tytuł: „Kilimandżaro czy Kopiec Kreta? Doktor KrEdker”).
Uważam jednak, że akcję „Sprzątanie świata” powinno przenieść się na przełom stycznia i lutego, ewentualnie na czerwiec. Mimo wszystko jestem tylko smutnym wyjątkiem od reguły.

Wchodzę do kuchni i wiem, że coś tu nie gra. Bez problemu i przekleństw nastawiłam wodę na herbatę. Umyłam naczynia i nawet nie musiałam w tym celu usuwać ze zlewu zalegających brudów (bezpańskich, oczywiście), żeby zrobić sobie miejsce. Coś tu ewidentnie nie gra.
Fiol: Jestem pod wrażeniem. Od tygodnia nie widziałam w zlewie zalegających naczyń. Ci ludzie naprawdę nauczyli się po sobie zmywać? Cóż to się stało?
Nurlaf: Sesja.
Toteż więc.

Znowu kuchnia, bo w kuchni zazwyczaj odbywają się nasze wiece Entów i Encic. Jakaś dziewiąta, dziesiąta wieczorem.
Adams: Posprzątałbym w pokoju…
Magu: No, w sumie ja też.
Adams: O, to posprzątamy razem.
Magu: No, to chodź.
Adams: Ale to już?!
Magu: A nie?
Adams: Ale ja się muszę do tego przygotować! Najpierw napisze plan i go u ciebie wydrukuję może, co?
Magu: W sumie niezły pomysł…
Adams: To jak napiszemy, to się wymienimy i damy sobie do zatwierdzenia.
Fiol: Nurlafowi jeszcze dajcie.
Adams: (z entuzjazmem) Tak! I on je odrzuci!
Bo ONA zawsze pomyka w zielonej sukience i umiera ostatnia.

Poza tym chcemy zrobić imprezę tematyczną na nasze poczwórne urodziny, ale nie mamy pomysłu, na który cała czwórka zareagowałaby twardym i stanowczym „No, dobra”.

[♪] Tricky - [Blow Back] "Evolution Revolution Love"
[+ teledysk koniecznie]

3 lutego 2010 [11:19:48]

[Tajemnice Wszechświata]

tu! tu pyknij! (3) || Wyślij wiadomość ||

Mroźny i poszarzały

Tak więc jest ósma rano, poranek mroźny i poszarzały. Wsiadam do autobusu jadącego w przeciwną stronę.
To mi ostatnio wychodzi najlepiej. Robienie na opak i odchodzenie od miejsca przeznaczenia.
Autobus dowozi mnie na Most Grunwaldzki, wybudowany w siedemdziesiątym którymś. Nie ma was zbyt wielu dookoła, bo niby komy by się chciało wychodzić z łóżka w niedzielny poranek mroźny i poszarzały. Kiedy zeszłam po schodkach na brzeg Wisły, nie było was wcale. Woda, jak zwykle była niezdrowo - zielona. Gdybym chciała zostać samobójcą, kiedy już dorosnę, w dodatku topielcem, zapewne sam kolor tej rzeki odstraszyłby mnie od jakiegokolwiek skakania. Widać poczucie estetyki może czasem uratować życie.
Stoję więc jak idiota nad pustym brzegiem Wisły w ten poranek mroźny i poszarzały. Czekam, ale nic się nie dzieje. Cisza. Dziwne. Nigdy nie było cicho. Zawsze jakiś dźwięk, myśl jakaś zawsze przez głowę przegalopowała, cichy śmiech chociaż, odbity w mojej wyobraźni. A tu nic. Stoję więc, jak idiota i czekam, kurna, sama nie wiem na co, czeka się albo na Gwiazdkę albo na Godota, albo na paczkę z aj-legło.
W końcu zaczynam sama. Produkuje myśl o tym, jak mi jest przykro i wstyd. To tak na początek. Następnie dochodzę do wniosku, że mając lat piętnaście musiałam być albo jakimś cholernym łże – wieszczem, albo czarownicą, której udało się rzucić klątwę na sama siebie (i czy może nie wygrafomanić jakiegoś opowiadania z tym wnioskiem w roli głównej). Później, nie mogę się powstrzymać, produkuję obrazek przedstawiający domniemaną resztę mojego życia. Wychodzi dość mroźny i poszarzały. Zaraz po tym rodzi się pytanie, czy w takim razie sobie poradzę, tak bez soczystej zieleni, wiatru na twarzy i zasad codziennie, powoli kształtujących we mnie postać, którą od zawsze chciałam być.
Czy w takim razie sobie poradzę.

I wtedy znowu zalega cisza.
(jeszcze trochę się, jak idiota, w poranek mroźny i poszarzały nad pustym brzegiem Wisły kręcę, ale w końcu wsiadam w ten autobus i wracam do domu)

[♪] Siddharta - [Nord] "Platina"

7 lutego 2010 [12:37:50]

[Między 1.00 a 3.00]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||