. improwizacja-mniejsza

Zwyczaj, którzy czyni mnie ignorantem

Jestem, niestety, już w tym wieku, że nie ma imprezy, na której nie padłoby wyznanie polityczne. A że głosował na Palikota, a że tylko idioci głosują na Palikota, a że czego to nie zrobił ten Tusek, a że PiS, a że low. Bardzo często kończy się dialogiem poniższym.
Człek: Ale dlaczego nie byłaś na wyborach?
Fiol: Z wyboru.
Człek: Ale... Wtedy przynajmniej mogłabyś krytykować wyniki i nabijać się do woli.
Fiol: Przecież i tak mogę.
Nie dociera do mnie zasada "nie głosowałeś - się nie odzywaj". Zupełnie. Nikt nigdy nie był w stanie uargumentować mi tego hasła tak, żeby mnie przekonało.
Postanowiłam jednak, że na następne wybory pójdę. Z dziką satysfakcją zagłosuję na "Hołd i Klęczki".

Aby było w kontekście: Kącik (samo)kultu jednostki (czyt. mnie).
W ciągu ostatni 48 godzin obejrzałam sześć filmów w tym produkcję angielsko - francusko - izraelsko - palestyńską, w której nie omieszkano posłużyć się językiem każdego z wymienionych państw / autonomii. Bez napisów (internet czegoś takiego nie posiadał!). Zrozumiałam wszystko (Arabowie zdecydowanie ułatwili mi zadanie, bo rzadko wykrzykiwali coś ponad "Jalla! Jalla!").
Dało mi to nadzieję, że jeśli nie wyjdzie mi z dziennikarstwem i biurem konsultanckim kabały dla celebrytów, to zawsze czeka na mnie ta nisza angielsko - francusko - izraelsko - palestyńskiej kinematografii, która desperacko (!) potrzebuje tłumaczy.

[!]A z tych sześciu obejrzanych to polecam bardzo dokarmić swój intelekt obrazem "Die Welle".

[♪] Arcana [The New Light] - "Wings Of Gabriel"

1 listopada 2011 [23:09:10]

[Zwyczaje Fiolkus Fasolkus]

tu! tu pyknij! (1) || Wyślij wiadomość ||

Alehandoł, Fernandoł, Robertoł, mohitoł łyf ajs łydałt mohitoł

Przychodzi taki czas w życiu każdego kinder - łonabi - yntelygenta, że nie wytrzymuje presji i żyłka mu pęka.
[dwa dni siedzenia na tarasie gdzie się nie gadało, a debatowało, argumentowało i wysnuwało wnioski; mózgi, elokwencja i oświecenie, drodzy państwo; wszyscy wiedzą wszystko o wszystkim, bez zbędnego szpanu, dziennikarze tak po prostu mają]
Przeciążenie. Lodem okładane. Lodem waniliowym konkretnie.
Pewnie dlatego dzisiejsze malowanie płotu uświetniłam, ku uciesze sąsiadów, wykonaniem utworu Lady Gagi o wdzięcznym tytule "Alejandro" (umiem na pamięć już cały tekst, tylko mi się jeszcze Roberto z Fernandem mylą). Znaczy to mniej – więcej tyle, że Zawierciowo przestaje być "moim" miastem. O ile kiedykolwiek nim było.
Objawy są bardzo widoczne – generalnie zachowuję się tutaj, jak turysta na wycieczce. Ich zawsze idzie poznać po tym, że rozmawiają i śmieją się głośniej niż autochtoni, bo mają psychikę w trybie "i tak mnie nikt tu nie zna". A jak są obcokrajowcami, to jeszcze "i tak nikt mnie nie rozumie", co pozwala im głośniej przeklinać.
Stąd też ten "Alejandro". Stąd COMA na dwie gitary i trzy głosy na dworcu / w parku. A wierzcie, w tym mieście takie proste rzeczy urastają do rangi happeningu niemalże i zawsze jest jakaś reakcja ze strony tłumu.
(Rozgrzewka przed powrotem do Kroke, Szanowna Publiczności w Studiu)

Mój egzamin został przeniesiony. Oczywiście, że na tydzień wcześniej. Oczywiście. Bo ja zawsze jak mam mieć punkt więcej albo mniej to mam więcej. A jak egzaminy przenoszą to dokładnie na ten dzień, który mi najbardziej pasuje. Teraz tylko zdać, licencjat obronić i uciekać gdzie pieprz rośnie.

[!] Na koncerty. Jesień będzie koncertowa. Będę ja, pociągi i mój Kajecik Grafomana. Romantyzm, kurna jego chata, plecy lepiące się do plastikowego siedzenia i opóźnienia nie mniejsze niż dwie godziny. Jazgotliwi współpodróżni i ich dzieci kopiące cię po nogach. Niesprawiedliwość objawiająca się w tym, że pociąg spóźnił się o dziesięć minut, które miałeś przeznaczyć na przesiadkę.
Poszukiwanie mieszkania, które jest zbyt drogie, ale za to ma (cytuję) "osobny aneks kuchenny".
Włażenie z naiwnego opakowania ochronnego na spotkanie trzeciego stopnia z rzeczywistością. Kwaśno.
I założę się, że ten wrzesień będzie pogodowo na wzór i podobieństwo najgorszego z listopadów. Cóż, przynajmniej w Łodzi będzie klimatycznie. Jak "Falloucie", jego nać.
Znowu nie będzie kiedy tego mojito bez mojito wypić (robię naprawdę dobre mojito bez mojito, ale tylko powyżej pewnych temperatur).

[♪] Safri Duo - [Episode II] "Everything" + "Everything Epilogue"
[czyli inny taki tam hit wakacyjny, w którym ważne jest nawalanie z kumplem w bębny - bardzo ładne nawalanie tak swoją drogą;]

24 sierpnia 2011 [1:44:52]

[Zwyczaje Fiolkus Fasolkus]

tu! tu pyknij! (13) || Wyślij wiadomość ||

Fanatyzm czytelniczy - czytanie jako sport ekstremalny

Na samym początku chciałam zaznaczyć, że w tej notce słowo "czytać" występuje w znaczeniu "czytać fanatycznie", "nie móc powstrzymać się od czytania", "czytelniczy głód", "życie jest krótkie - czytaj szybciej", "czytanie jako czynność ekstremalna".
Albowiem czytanie w moim życiu przyjęło taką właśnie postać.

TAK NAPRAWDĘ NIE PRÓBUJCIE TEGO ANI W DOMU ANI POZA BEZ NADZORU RODZICÓW / LEKARZA / SILNIEJSZEGO I MĄDRZEJSZEGO KOLEGI. GROZI TRWAŁYM KALECTWEM, A KIJ WIE, CO JESZCZE GORSZEGO MOŻE SIĘ ZDARZYĆ (może jakaś panda płacze na fejsbóku, albo co)

Chodzą legendy o tym, że od narkotyków można się uzależnić już po pierwszym sztachu. Że sam słodki dym pani Mery Dżejn może uzależnić. Ja tak miałam z czytaniem.
Nie powiem, żebym nauczyła się składać literki jakoś niemoralnie wcześnie (pięć lat miałam chyba? z miesiącami jakimiś? w wieku sześciu jechałam płynnie w każdym razie). Jednak już dziecięciem będąc miałam słabość do książek większą niż do lalek barbi czy tam innych gumisiów. Wprawiałam w zakłopotanie Mum ciągnąc ją do księgarni za każdym razem, kiedy przechodziliśmy obok, a ona za każdym razem musiała uprzedzać Panią Ekspedientkę, że "my tylko pooglądać" licząc na jej zrozumienie. Panie rozumiały. Mam duże oczy i długie rzęsy, które dawniej wydawały się jeszcze większe i jeszcze dłuższe, więc Panie Rozumiały z uśmiechem na ustach - instynkt macierzyński tak im podpowiadał.
[!] W czasach empika nie muszę już nikogo czarować, żeby sobie książkę pomacać, więc i oczy i rzęsy stały się atutem nieużywanym.

Generalnie zostało mi do dzisiaj: na półce przy łóżku książka musi być. Podstawowym kryterium każdej nowej torebki jest to, czy zmieści się tam tom w standardowym rozmiarze. Bo bez książki z domu się nie ruszam, wszak nie wiadomo, ile trzeba będzie posiedzieć na przystanku, albo jak długa będzie kolejka w kerfórze. Także mój szlafrok kieszeń ma odpowiednią - woda na herbatę gotuje się czasami bardzo długo.
Potrafię czytać w warunkach fantazyjnych. Sprawę zdecydowanie ułatwia fakt, że nie muszę do książki ZASIADAĆ z pełnym rytuałem, chociaż naprawdę lubię łączyć ją z piżamkami, fotelem i poranną kawą.
I tak: przy instalowaniu programu, przy gotowaniu obiadu, w tramwaju wisząc na uchwycie, podczas spaceru nawet (i to z rozwiązanymi sznurówkami), grając jednocześnie w WoWa, w sesji (nowa umiejętność) i tak dalej, i w te majty.
[!] Warto zaznaczyć, że można się nabawić pewnych kontuzji na mózgu (bo twarzą w chodnik zdarzyło mi się zaryć tylko raz). Osobiście dorobiłam się już słabości do zapachu druku, okularów o dioptriach kosmicznych, a moi znajomi (bo ja w tym wszystkim mam życie towarzyskie!) mają już opracowane, w których miejscach należy mnie pilnować, bo kiedy wyczuwam wysokie stężenie książek na metr kwadratowy znikam nagle w niewyjaśnionych okolicznościach. Nikt też ze mną nie chce iść na Targi. Nikt nie chce brać na siebie tego brzemienia. A Adams uważa, że przez słabość do słowa drukowanego moje gotowanie również staje się czynnością ekstremalną.
Właściwie jedynym miejscem, gdzie czytać nie potrafię i zapewne już nigdy się nie nauczę jest kibel. Cóż. Nie mogę się też jakoś przekonać do audiobuków.

Więc kiedy słyszę, że "ktoś lubi czytać, ale nie ma na to czasu" to zaraz przychodzi mi do głowy, że albo tak naprawdę mu się nie chce i woli przeklikać całego fejsbóka, albo nie potrafi tego w innych warunkach niż w ciszy sterylnej i długotrwałej.
Obu przypadkom współczuję szczerze.

Bo naprawdę da się czytać codziennie. Nie chrzańcie, że nie.

[!] Tej wiosny przede mną nowe wyzwanie, aby wejść na wyższy lewel: nauczyć się czytać podczas drogi na uczelnię (na nogach, bulwarami Wiślanymi, dobre pół godziny) w każdych warunkach pogodowych (umiejętność master: przerzucanie kartek jedną ręką w biegu).

[♪] Coheed and Cambria [Good Apollo, I'm Burning Star IV, Volume Two: No World for Tomorrow] - "No World for Tomorrow"

11 marca 2011 [21:21:15]

[Zwyczaje Fiolkus Fasolkus]

tu! tu pyknij! (8) || Wyślij wiadomość ||

Wieści z frontonu (Zwyczaje sesyjne odc.2)

Hermijąnina dowiedziała się dzisiaj, że można trzy dni się uczyć tematu obejmującego plus - minus czterdzieści stron litego tekstu, iść spać o czwartej, wstać po czterech godzinach, powtórzyć, iść na dyżur i tego tematu nie zaliczyć.
(Moim absolutnie ulubionym komentarzem w takich sytuacjach jest "Łelkom tu de rii-yl łorld")
Bo Pan zada Ci pytanie spomiędzy wierszy. Albo twoja pamięć fotograficzna wyświetli ci error 404 akurat na tej stronie, na której była potrzebna dana informacja. Albo zaskoczy cię tekstem "A kim z zawodu był Garibaldi?". Albo musisz wymienić po kolei wszystkich wodzów azteckich (z dziennymi datami panowania). Albo nagle przestajesz myśleć, bo zamiast najpierw zrozumieć fabułę, ty tracisz siły na znalezienie różnic pomiędzy Zgromadzeniem Narodowym, Komitetem Narodowym tudzież Zgromadzeniem Komitetowym oraz umiejscowieniem ich w czasie i przestrzeni. Najlepiej prawidłowo.
Można.
I może nie jest to pożądane, ale jak najbardziej na miejscu. Stara prawda o uczniu bez karabinu i "Jak się nie psewrucis...".
Tymczasem Hermijąnina postanowiła rzucić studia i zmienić plany na przyszłość (waha się pomiędzy "kelnerką" w wiejskim barze a inżynierem po jakiejś zapadłej uczelni w Kielcach).
Oznajmiła mi to, po czym chwyciła za plik ksero i zaczęła fachowo zakreślać najważniejsze informacje żółtym kolorem.
Tak. Musi upłynąć dużo wody zanim Hjumanista wyzbędzie się pewnych odruchów.

[!] Tymczasem moja miłość do Garwiło Principa odzyskała dawną młodość przy okazji dzisiejszego posiedzenia nad I Wojną Światową.
Nie mam pojęcia jak ogarnę historię Polski w XIX wieku.
Zamiast się martwić - szukam w myślach po Kroke miejsca odpowiedniego do napisania (dokończenia) SHTÓki.
Poza tym, jak to zwykle bywa w sytuacjach, kiedy człowiek musi nad tym podręcznikiem siedzieć - nie stąd ni zowąd wypłynął spod mojego ołówka jeden tekst piosenki, jedno tłumaczenie oraz fragment "Dzieua Rzyci".
Na egzaminie zamierzam znowu podzielić się moją wersją alternatywną historii, jakimś smaczkiem, wiecie, czymś na co nie wpadłby nawet Wołoszański. Starego kotleta o Piotrze Wielkim, którego zabiła własna żona zamierzam nie odgrzewać. Ale też może być śmiesznie.

[♪] Alan Menken & Judy Kuhn [Pocahontas OST] - "Just Around The Riverbend"
[Aczkolwiek moim osobistym hitem sesji jest "Ty masz mnie za głupią dzikuskę" jidysze werszyn - marzę, żeby usłyszeć to w wykonaniu Adamsa]

26 stycznia 2011 [0:01:43]

[Zwyczaje Fiolkus Fasolkus]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Zwyczaje sesyjne - odc. 1

Kiedy reszta świata rzuca się do zaprowadzania ładu i porządku mnie się zwyczajnie nie chce. Jak wiadomo, moją ulubioną formą ruchu jest szermierka słowna, a moja przestrzeń użytkowa musi być, no właśnie, użyteczna, więc mam tendencję do obrastania we wszystko, które (nie, nie "co") musi być pod ręką.
Za to zaczynam załatwiać sprawy, które nagle okazały się nie cierpiące zwłoki. Typu fryzjer, zakupy (bo przecież zostało mi tylko pół kilo płatków!), przelewy, doładowania, poszukiwanie czerwonych trampek na allegro (od trzech lat nie mogę odnaleźć godnych następców - okazuje się, że warunek "mają nie posiadać tego idiotycznego suwaka" jest nie do przeskoczenia) i tym podobne.

Z mojego punktu widzenia wszystkie fryzjerki świata łączą trzy rzeczy:
1] Reakcja na moje włosy (teraz do łopatek, wcześniej do pasa).
Brzmi mniej - więcej tak: "Ależ ma Pani piękne włosy! Chyba nie będziemy ich obcinać na krótko?!"
[Nie, nie będziemy.
Mam taką ideę, że krótkie włosy to może po śmierci. Ewentualnie jak będę kiedyś musiała jakieś dziecko wychowywać codziennie.]
2] Fryzura na krótko.
Dalsza część reakcji: "Ja zawsze chciałam sobie takie zapuścić, ale nie mam silnej woli...".
[To nie tak. Jest Pani po prostu fryzjerką i rączki Panią świerzbią. Ja od dziecka chciałam wypożyczać tylko te książki, które potrzebne mi są do licencjatu. Tymczasem natura jest silniejsza, z tym się nie wygra]
3] Wysokie poczucie misji, jeśli chodzi o zabawianie klientki rozmową.
Nie mam pewności, czy one od zawsze takie były, ale oto właśnie stereotyp: do fryzjerki idzie się na ploty. W mniejszym lub większym stopniu, ale jednak. Biorąc pod uwagę fakt, że zawsze usłyszę to sakramentalne "Z pracy czy z zajęć?", albo "Gdzie się Pani uczy?" coś w tym musi być.
[Ja NAPRAWDĘ chcę się tylko obciąć, tymczasem wysilam swój mózg, żeby odnaleźć odpowiedź na pytanie jakiej i czy w ogóle używam odżywki, a później czuję się odpowiedzialna za wypełnienie zawisłej między nami ciszy - bo lubię kiedy rozmowa się toczy]
Tak więc mam grzywkę. Dodając do niej moją szeroką żuchwę wyglądam trochę jak Tempryns Brenan.

Tłumacząc na jidysz zdanie "Dzikie zwierzęta wiedzą, że należy jeść takich, a takich ludzi i pić taką, a taką wodę" zastanawiałam się, w jakiej sytuacji życiowej mogłoby mi się podobne wyznanie przydać.
Ogólnie nauka tego języka przestała być dla mnie cierpieniem, a stała się czymś naprawdę zabawnym.
("Jego białe, długie gacie i moja łysina lśniły jak słońce na letnim niebie")
Nawet mam już wpis za pierwszy semestr. W kontekście majaczącej się wizji Gandalfa krzyczącego "YOU SHALL NOT PASS!" jest to rzecz naprawdę mocno wyzwalająca.
("Nie patrz tak na mnie! Zostałem rabinem, ale nadal bardzo cię kocham!")
Chociaż. Bo trzeba postawić sprawę jasno. Potrafię wyobrazić sobie Gandalfa wybierającego krem do rąk w rosmanie, ale zupełnie poza moim zasięgiem jest wyprodukowanie obrazu osoby własnej przy odpowiedzi ustnej na egzaminie z tegoż języka, który mam zaliczyć w sesji letniej. Gramatyka jest cudownie jasna i zrozumiała, ale na psa mi ta gramatyka, skoro nie będę znała słownictwa, w które będzie można ją ładnie ubrać.
I to nie jest tak, że "słownictwa zawsze można się nauczyć, nie przesadzaj". Któryś z wieszczów internetowych stwierdził kiedyś, że on się uczy tego niemieckiego, ale jego mózg skutecznie opiera się germanizacji. I ja go rozumiem, u mnie jest dokładnie to samo. Niemieckiego uczyłam się trzy lata, skończyłam z piątką, a pamiętam tylko piosenkę o wszy tańczącej na murze śpiewaną przez Sztefyna Mi/u/ylera z resztą. Podejrzewam, że z jidysz zapamiętam tylko zwrotkę i refren hymnu Bundu.

Poza tym oglądam sobie "Wojny Klonów" w ramach "przerwy od nauki".
Zupełnie nowym zwyczajem jest raczenie się kubełkiem lodów o północy. I bardzo lubimy ten nowy zwyczaj, trzeba przyznać.

[♪] Bonobo [Black Sands] - "Prelude" + "Kiara"
[koniecznie!]

22 stycznia 2011 [12:39:23]

[Zwyczaje Fiolkus Fasolkus]

tu! tu pyknij! (16) || Wyślij wiadomość ||

Definicja pojęcia "warunki do nauki" oraz odpowiedź na pytanie "Dla kogo tak naprawdę gra Orkiestra w tym roku?"

Ostatnio mamy chyba jakiś czas dobroci dla Fiolki, bo zostaję obdarowywana jedzeniem na każdym kroku. Być może jest to sugestia "Dziecko, przecież Ty w anoreksję wpadasz". Taka teoria zakładałaby również spisek pod przewodnictwem mojej Mum, która przez to całe chudnięcie podejrzewa u mnie wachlarz chorób, od anemii poczynając (a repertuar ma rozległy, wszak od lat wierną fanką Szpitala w Leśnej Górze jest). Jednak spisek ów musiałby mieć rozmiary monstrualne wręcz i swobodnie mógłby konkurować z żydowskimi i/lub masońskimi.
Albowiem zaczęło się nie od Mojej Własnej Rodziny, ale Obywatelki Bibliotek (Librarianki?), która podarowała mi ostatnio cukierki nazwane moim imieniem (co ucieszyło mnie podwójnie, bo jak do tej pory byłam patronką jeno chusteczek higienicznych i taniego wina) ze słowami (cytuję) "Masz, bo pisałaś, że nie przytyłaś przez święta".
Radość i frajda. Jeden z tych cukierków, ku czci, zjedzony został po kryjomu w naszej żydologicznej bibliotece. Co nie do końca się Obywatelce podobało tak na marginesie i w sumie troszkę Ją rozumiem, bo to mniej-więcej tak, jakby urządzić papieżowi imprezę urodzinową w Bazylice św. Piotra.

Co się zaś działo w domu podczas łikendu zaprezentuję może za pomocą krótkiej scenki rodzajowej wyjaśniającej, co ma na myśli Moja Rodzina, kiedy używa terminu "warunki do nauki".
Fiol: Cześć, Siostro Lekarz, przyszłam się do Ciebie uczyć, bo u nas dzieci bawią się w Har-Magedon.
Siostra Lekarz: Mhm, okej. Słodycze są w tamtej szafce.
Kurtyna.
Na odchodnym dostałam od jej męża, zwanego Czatalem, trzy tabliczki czekolady i pudło ptasiego mleczka z okazji sesji. Nie, nie zamierzam zjeść tego wszystkiego sama. Ale zamierzam zjeść. I to już przy okazji zjednoczenia Włoch i Niemiec.

W snach mojej Mum albo się głodzę, albo nic nie jem. A pomiędzy jednym a drugim podobno jest jakaś różnica. No, i niech tak będzie, w końcu Mum musi się czymś martwić.
[!] Tymczasem moje dzisiejsze nic miało smak naleśników: jeden z budyniem i kokosem (polecam!) drugi z czekoladą, serkiem i wiśniami (przesłodka słodkość w słodkości - zostałam znokautowana).
Poza tym dostałam od Koleżanki Żydolożki babeczkę z rodzynkami, którymi gardzę szczerze, nie wysilając się przy tym zbytnio. Ale zamiast je wydłubać - zjadłam grzecznie. Były tak duże, że moja wyobraźnia z łatwością przekonwertowała je na śliwki.
Z resztą byłam to winna Koleżance Żydolożce, bo babeczka była jej produkcji i, nie wyolbrzymiając, spokojnie można ją było nazwać dziełem sztuki. Babeczkę w sensie. A Koleżenka to nie "sztuka", co prawda, ale genialny twórca - owszem.

Warto wspomnieć jeszcze sernik Zone, który według niej znowu wyszedł za krzywy, a my z Błażejem, zapychając sobie nim otwory gębowe, wykazywaliśmy pełne poparcie dla tej teorii.

Książeczki biednego Pana Vermesa dotarły, "Posłańca" Zusaka zeżarłam w dwa dni, odwołali mi francuski w środę, temperatura na plusie, Zone, dla której specjalnie tworzyłam chce.to kupiła mi prezent spoza listy i był idealny, obejrzałam "Tangled" i starego "TRONa" stwierdzając, że były urocze, ergo, jestem bardzo szczęśliwą, obczytaną, obdarowaną i nakarmioną Fiolką.
Za dobrze mi coś.
Ale jutro kolokwium z jidysz. (złowieszczy pomruk niosący się z oddali)

[♪] Daft Punk [TRON Legacy Score] - "Rinzler"
[nie mogłam się zdecydować, który utwór zamieścić, bo to jest jeden z tych albumów, w których klikanie w przycisk "ukochane" urasta do rangi tiku rodem z zespołu natręctw ruchowych; ja wiedziałam, że Daft Punk jeszcze zrobią coś genialnego, ale nie przewidziałam w tym smyczków i instrumentów dętych]

10 stycznia 2011 [20:05:32]

[Zwyczaje Fiolkus Fasolkus]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

(Czasami) nie biorę - zwyczaj z życia ulicznego

Tym bardziej, że po prostu nie mam czym.
Idę sobie chodniczkiem, w prawej ręce wór z wszelakimi publikacjami naukowymi, w lewej siata z zakupami [dygresja] aż wstyd się przyznać, co ja wyprawiam na Hali Targowej; zachowuję się jak stereotypowa kobieta na wyprzedaży tyle tylko, że kupuję zieleninkę i owocunie zamiast butów [/dygresja] w międzyczasie ktoś pragnie się ze mną skontaktować, toteż sięgam ręką trzecią pomagając sobie zębami do kieszeni po telefon, a tu wtem! podchodzi do mnie taki jeden z drugim i ulotkę swoją próbuje jeszcze wcisnąć do tego całego chaosu (albowiem תהו ובהו – tohu wa wohu z księgi rodzaju to niedzielne przyjęcie w porównaniu ze mną w wyżej opisanym momencie codzienności).
No, i czym ja to mam niby chwycić? Łokciem?!
Nie mam zamiaru hodować dodatkowej ręki specjalnie na ulotki. Poza tym wydaje mi się, że gdyby ów człowiek na służbie przeanalizował w główce sytuację, to zaatakowałby kogoś, kto ma jedną kończynę wolną. Ofiara z wolną kończyną naprawdę zwiększa szanse na pozbycie się kolorowego papiórka, weź to na wiarę, człowieku na służbie, skoro rozum twój nie ogarnia.
Dlatego kątem oka skanuję twarz i jej właściciel może być pewien, że następnym razem zrobię rzecz, której w normalnych sytuacjach staram się nie robić tym poczciwym ludziom nigdy: zignoruję go.

Jak to mówiła niegdyś Mum: „Myśl, bo cię nie będą lubić”.
Albo jakoś tak.

"שי 360 [כולם רוצים את האמת] – "כל אחד ילמד אחד [♪]
[(chark)ebrajski (chark)ip - (chark)op]

10 czerwca 2010 [19:14:06]

[Zwyczaje Fiolkus Fasolkus]

tu! tu pyknij! (14) || Wyślij wiadomość ||

Bo to lenistwo jest matką wynalazków

Droga publiczności w studiu, pudło z lekami uroczyście uważam za otwarte. Wszystkie moje dalekosiężne plany na dzisiaj zostały zniweczone przez bakterie / ameby / inne małe farfocle, których nawet zobaczyć nie jestem w stanie.
A teraz co. Ani kserówek nie odbiorę (miałam napisać „zharwestuję” – muszę przestać grać w fejsóbkową farmę póki nie jest za późno). Ani na wykłady nie poszłam (od ósmej, więc może to i lepiej). Podejrzewam, że na jutrzejszy hebrajski też się nie zbiorę (co akurat dziwnie mnie cieszy uruchamiając jednocześnie tryb „wyrzuty sumienia”).
Oj, oj.
Pozostaje chyba zaczytanie się w „Mieście Śniących Książek” Moers’a (czy ktoś mógłby mi ją ufundować z okazji dowolnej? Bo po przeczytaniu opisu hord Łowców Książek zakochałam się w niej ostatecznie i nieodwołalnie – a rzadko zdarza się, żebym zakochiwała się już na stronie trzydziestej szóstej).
No, co za nieszczęście, doprawdy.

Jakże dawno nie wyprawiałam urodzin. Jakże dawno ich nie obchodziłam. Zazwyczaj było tak, że przypominałam sobie o nich dopiero po pierwszym esemesie z życzeniami. Złamałam tę tradycję. Mniejsza połowa mieszkania (czyli osób cztery włącznie z moją skromną) przyszła na świat w lutym bądź pod koniec stycznia, więc powstała impreza zbiorcza, powszechna niemalże. Nie od dziś wiadomo, że jestem zbyt leniwa na organizowanie takich rzeczy samodzielnie, czego najlepszym dowodem jest fakt, że na wszelakie spędy u mnie gości zapraszała zazwyczaj Zone.
Socparty było, z Peerelowskimi plakatami i kartkami na żur oraz „keczóp”. Nurlaf przebrał się za partyjnego inteligenta, a Adams za „będę brał cię w aucie” dresa (w sensie zamienili się rolami). Błaż wrócił z Ameryki od Dzjunji, która mieszkała w domku na prerii. Ku był czerwoną IDEĄ i cały czas patrzył na wschód. Ja miałam na sobie granatowy kombinezon robotniczy przewiązany na biodrach czerwoną szarfą. Kto czytał szkolne lektÓry o Wielkim Bracie, ten wie.

Dostałam absolutnie cudowny, drewniany stolik pod laptopa (zwanego „Jinem”) z miejscem na poranną kawę. Uprawianie fejsbókowej farmy w pozycji poziomej stało się możliwe, ale nie to jest najlepsze. Dzięki temu urządzeniu nie muszę już sprzątać z „biurka”, kiedy chcę umieścić tam Jina. Stawiam go po prostu ponad tym bajzlem razem ze stolikiem.
Muehehe.

[♪] Steve Jablonsky - ["Transformers: Revenge of the Fallen" Original Score] "Nest"
[Oglądanie powyższego filmu z Nurlafem polegało na tym, że on zachwycał się Megan Fox, a ja Bumblebee w międzyczasie psiocząc na niedociągnięcia w stylu "nad pustynią nie ma gwiazd"]

2 marca 2010 [11:51:15]

[Zwyczaje Fiolkus Fasolkus]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

Święta idą - Mum zaczyna wydawać sprzeczne polecenia

Po dwóch dniach mieszkania w domu nawet Siostrzeniec Hyzio chowa do mnie mini – urazę po tym jak opykałam go w „Hodowlę Zwierzątek” (moim zdaniem to był klasyczny przykład szczęścia początkującego). Tylko z Wielkim E. udało mi się jeszcze nie poprztykać, ale podejrzewam, że nadrobimy to jakoś tak na dwie – trzy godziny przed kolacją Wigilijną. Stawiam na konflikt źle wytartych widelców. W międzyczasie staram się zmusić Mum do zrobienia listy zakupów, żeby zapobiec corocznej tradycji odwiedzania sklepu pięć razy („Zapomniałam o groszku / proszku / twarożku!”) i przeczytać dwa podręczniki o wadze sześciuset stron. W ogóle to wesołych świąt, heeej, przybieżeli.

Po raz kolejny odkryłam, że pakowanie prezentów obniża poziom frustracji. Zaklejanie kolorowego papieru taśmą klejąca z własnym odciskiem palca… zawijanie nożyczkami loczków na papierze… z tle jakaś przyjemna muzyka (ostatnio nowa płyta Tori Amos). Jeśli kiedykolwiek moje twarde serce Ebenezera Scrooge’a czuje tzw. „ducha świąt” to tylko i wyłącznie w momencie pakowania prezentów.
No, i podczas jedzenia babcinych pierogów.

Co w tym roku daje kokakola za kody kreskowe?

[♪] Tori Amos - "Winter's Carol"
[przy tej piosence Kroke wygląda zupełnie inaczej]

21 grudnia 2009 [16:25:13]

[Zwyczaje Fiolkus Fasolkus]

tu! tu pyknij! (2) || Wyślij wiadomość ||

Fiolka zaskoczy polskich kierowców

Do póki nie zaczęłam stódjować w Kroke nie wiedziałam, że istnieje na ziemi siła, która może mnie doprowadzić do frustracji większej niż klucz odpowiedzi do matóry z polskiego.
Kiedyś nadejdzie ten dzień. Będę czekać grzecznie na zielone światło. Tymczasem Pierwszy Anonimowy Kierowca zatrzyma się połową swojego auta na pasach dla pieszych. Drugi Anonimowy Kierowca tuż - tuż za tym Pierwszym, tak bardzo tuż - tuż, że niemal wjedzie mu na zderzak, blokując tym samym przejście.
Zielone światło zaświeci się znienacka.
A ja, bez wyrzutów sumienia i głową wolną od przekleństw zamiast omijać którykolwiek z pojazdów, po prostu wskoczę na ten drugi i przejdę dumnym krokiem po masce.

Poza tym przypomniałam sobie, dlaczego kiedyś zrezygnowałam z wchodzenia na serwisy informacyjne. Przed chwilą mi się przydarzyło i odkryłam Candy Girl – zjawisko, którego nie potrafię zrozumieć. Przecież polszit już dawno nie nadaje disko relaks.
No chyba, że to ma być polska zGaga.

[♪] OneRepublic - [Waking up] "All The Right Moves"
[...a oni znowu nagrali płytę, która jedzie na singlu promującym, bo reszta to Bono; smakować z teledyskiem]

19 grudnia 2009 [2:00:26]

[Zwyczaje Fiolkus Fasolkus]

tu! tu pyknij! (9) || Wyślij wiadomość ||

Poprzednie