. improwizacja-mniejsza

Jeśli krypto(anty)reklama, to na zasadach wolontariatu

[dżingiel]

Korzystając z tego, że światem rządzi kapitalizm, a klient nasz pan, obraziłam się na swojego operatora sieci komórkowych i odwróciłam się do niego zadem.
Pomarańczowy operator oferuje bardzo fajne pakieciki internetowe 100 mb za dwa złote, z których często korzystałam. Zazwyczaj wszystko było w porządku - kiedy pakiecik się kończył dostawałam powiadomienie, że "weź się odłącz". Ale parę razy sms się spóźnił i przyszedł dopiero po tym, jak internet zdążył wyżreć mi środki z konta do cna.
Ostatnio spóźnił się trzy razy pod rząd (zasięg był bez zarzutu, żeby nie było).
A po tym, jak mi zeżarło świeżo doładowane 30 złotych się wzięłam i zeźliłam. Może nawet jakieś złośliwego mejla na pożegnanie wyślę do pomarańczowej obsługi klienta, kto wie. Wyliczę im wszystkie promocje i usługi, które nie działają, bo jest ich więcej.

Efektem ubocznym powyższego jest nowy telefon, którego zaawansowanie techniczne onieśmiela mnie niczym "dorożka samochodowa" dobrze prowadzącą się Warszawiankę z początku dwudziestego wieku. I o ile wiem, jak eksploatować klawiaturę qwerty, o tyle nie mam pojęcia co zrobić z tymi darmowymi wejściami na serwisy społecznościowe. Chyba skończy się na tym, że zamiast smsów będę wysyłać wiadomości na fejzbóku. Co chyba wyjdzie na dobre, bo mam ostatnio wrażenie, że ludzie częściej na skrzynkę fejzową zaglądają niż chwytają do ręki własny telefon.

Co za czasy.

No, i znowu się będę musiała bujać z aj-legło, żeby stary telefon sprzedać. Jak ja tego nie lubię...

[♪] I Blame Coco [The Constant] - "Summer rain"

31 lipca 2011 [17:55:16]

[Mniejsza Propaganda]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

Jak cudownie jest wypowiadać te słowa codziennie...

"Pół kilo truskawek poproszę!"
Obżarstwo.
Czereśni już nie kupuję, bo jak ostatnio zjadłam ich pół kilo, to trawiłam dwa dni. Bardzo boleśnie trawiłam.

Trzeci egzamin pchnięty (jeszcze cztery).
Z okazji, że dzisiaj zdawałam hebrajski wczoraj udałam się na koncert No Longer Music. Z tego, co można o nich wyczytać na wikipedii - zespół chrześcijański.
No, tak, jakbym sama to miała otagować na laście to by wyszło coś w stylu "tiatrikl, fajer, horor-masakr, seks!, kryszczyn rok". I jeszcze gdzieś "Holand" po drodze.
Wokalista na pierwszej piosence się powiesił. Później jeszcze poderżnęli mu gardło maczetą.
Gitarzysta za to, miał na sobie żółte kalosze i srebrny kombinezon. Jedną piosenkę grał wisząc do góry nogami.
Generalnie polecam na żywo. Tam każdy z nich wygląda absolutnie interesująco. I cały czas coś się dzieje. W ogóle to dzisiaj w "Zaścianku" jest spotkanie z Pierce'm, 19.00, jakby kto potrzebował sobie w mózgu zrobić masakrę.

Uwielbiam ten moment, kiedy ludzie przestają udawać fajnych i zaczynają mówić, co im na wątrobie leży. Szkoda, że dzieje się to tak rzadko, że chęć bycia Współlokatorem Miesiąca jest większa niż zachowania jakiegoś, ja wiem, dialogu międzyludzkiego i, co za tym idzie, wielu chwil frustracji. Generalnie, kiedy coś mi nie pasuje, to najpierw długo kalkuluję, czy bardziej opłaca mi się do tego przyzwyczaić, czy o tym powiedzieć. I w jednym i w drugim przypadku nie kolekcjonuję tych emocji, nie ma we mnie niepotrzebnego fermentu, nawet jeśli wychodzę na wiedźmę skrzyżowaną z hiszpańską inkwizycją.
Dlatego podziwiam moją współlokatorkę, która dopiero wczoraj (dość wściekle, krzykliwie tudzież drzwio-trzaskająco) przyznała, jak bardzo przeszkadza jej to, że mnie coś przeszkadza.
Gdyby mi powiedziała wcześniej, to postarałabym się, żeby nie przeszkadzało mi absolutnie nic. Albo przynajmniej wiedziałabym, że nie ma prawa mi nic przeszkadzać.
("Dwa plus dwa to pięć", powiedziała Partia, więc dwa plus dwa to pięć, kochani)

[♪] System of a Down [Mezmerize] - "Old School Hollywood"

13 czerwca 2011 [16:48:06]

[Mniejsza Propaganda]

tu! tu pyknij! (9) || Wyślij wiadomość ||

Symfoniczne dreszcze jeszcze przed akustycznym deszczem

To, co się działo w ten weekend trzeba rozdzielić na dwie notki. Albowiem intensywnie było.
Zacznijmy od końca. COMĄ symfoniczną w Warszawie zacznijmy.

Kiedyś siądę w tym przysłowiowym bujanym fotelu, z książką w łapie, spojrzę na moje wnuczki i powiem: "Bo może dzisiaj nie wygląda, ale babcia wasza to potrafiła pogować do wszystkiego. Nawet na koncercie symfonicznym. A wręcz zwłaszcza."
(Oczywiście w momentach, kiedy nie stała oniemiała dźwiękami z zamkniętymi oczami równowagę próbując utrzymać w pionowej pozycji koniecznie - inna pozycja w takich miejscach mocno niebezpieczna by była - a że łapać mnie nie było komu, sama musiałam o to zadbać).

Tak to już jest, że każdy ma swoją amfetaminę, moją pewnie jest połączenie gitar elektrycznych z sekcją instrumentów smyczkowych tudzież dętych (chóru tylko brakowało, no naprawdę).
Także obiektywna w relacji to ja nie będę. I wylewna, bo przeżyć to se można, ale opisać to się tego nie da.

Generalnie warto było przejść przez wszystko, co opiszę w notce następnej. Choćby dla absolutnie niesamowitej aranżacji "Zamętu" i "Świadków…". Choćby dla prze – mistrzowskiego wykonania "Ekharta". Choćby po to, aby przekonać się, że miało się rację te cztery lata temu stwierdzając po pierwszym odsłuchu "Ostrości na nieskończoność", że jest to idealny utwór do przerobienia go pod orkiestrę symfoniczną właśnie.
[Choćby po to, aby moje gromkie "SIADAMY!!! na pierwszych taktach "Stu tysięcy jednakowych miast" zostało zarejestrowane i wydane na DVD – na ten temat nie mogę powiedzieć nic więcej ponad jedno, proste "muehehe" oraz "pewnie i tak mnie wyciszą, ergo - nie podniecajmy się nadaremno].

Dużym minusem był Pan Dźwiękowiec. W pierwszej części koncertu orkiestrę ledwo słyszałam.

I z niecierpliwością w oczach czekam, aż "akustyczna jesienna trasa koncertowa zahaczy o Kroke. Się rozdreszczyłam tam mocno. A jak się człowiek rozdreszczy, to i więcej chce.

[♪] COMA [Symfonicznie] - "Ostrość na nieskończoność"
[Państwo albo sobie głośności dodadzą, albo sobie słuchawki na uszy założą - i wtedy dreszczą]

28 września 2010 [11:50:42]

[Mniejsza Propaganda]

tu! tu pyknij! (3) || Wyślij wiadomość ||

EEeeeEeeeeeEE!

Ostatnio zabrakło mi muzyki. Konkretniej. Po kilku miesiącach słuchania Eluveitie (bo dobrze mi się "Dzieuo..." przy tym płodzi) stwierdziłam, że "Immi jak najbardziej spakto, ale no, ileż można, tym bardziej, że mê anatlô i w ogóle exsrextos canumi". Tak więc wpisałam w lasta co trzeba i zaczęłam przeglądać twórczość podobną.
Wszystko byłoby dobrze. Może nawet dałabym sobie wmówić, że coś mi się podoba. Gdyby nie okładki płyt bliźniaczo podobne do tych z książek fantastycznych, których zazwyczaj nawet nie fatyguję się zdjąć z półki bibliotecznej / empikowej.
To i nabrać się nie dałam.
No, bo jak mogę na poważnie słuchać zespołu, który myśli, że jak se zrobi okładkę przedstawiająca gołą kobitę z kosą to już będzie metal, a jak dorzuci do tych trzech smętnych chwytów gitarowych jakąś zdechłą piszczałkę, to będzie folk.
I do tego jeszcze znowu śpiewają o mroku, krwi, ciemnościach nocy, nocnych ciemnościach, mroku, wampirach, wilkołakach, epickości ogólnej i mroku. A Panie w chórkach niezmiennie zawodzą "EEeeeEeeeeeEE!". Wszystkie na raz i z osobna. "EEeeeEeeeeeEE!"
Nie ma. Koniec. Do póki ktoś mi czegoś nie poleci w normalny sposób.

Tymczasem muzyka sama mnie znalazła. Szanowny Carlosso zaciągnął mnie na festiwal Port Pieśni Pracy wczoraj. Szant to ja nigdy na poważnie, raczej dorywczo w ramach harcerzenia w zamierzchłych czasach. A tu, proszę państwa, żem się poupajała całkiem, całkiem.
Kiedy wokalista Mechaników Szanty zaraz po wejściu na scenę zawiesił sobie na stojaku wór przeróżnej maści i kolorów "irlandzkich instrumentów dętych, drewnianych" już wiedziałam, że tego folku to ja w bardzo złych i chybionych miejscach szukałam.
Swoją drogą, zagrał jeden zespół "folk szanto metalowy". Ale mnie nie wzruszyli wcale. Nawet niezwykle szczerym tekstem (cytuję) "Jestem nikim / jestem tylko wrzodem".
...

[przepraszam, myślałam, że zachowam fason i wytrzymam, ale przed chwilą właśnie plasłam sobie otwartą ręką w twarz trzęsąc się ze śmiechu. No wiem, mrok, chark i fekalia. Ale, że "WRZODEM"?!]

[♪] Perły i Łotry - "La valette"

30 sierpnia 2010 [11:31:47]

[Mniejsza Propaganda]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Paradoks Achillesa i żółwia

Nie jest tajemnicą, że uważam wszystkie uniwersalne diety z gazet za dzieło szatana (przy czym "1k kalorii" i "grefrutówka" to bomby atomowa i wodorowa bezczelnie jawnie skierowane w ludzkość, aby "zwieść miliony"). Kiedy widzę w menu diety szpinakowej mojej Mum i Siostry Nauczyciel przy punkcie "śniadanie" (cytuję) "jajo na twardo + dwa liście sałaty" mam ochotę rozdzierać szaty z rozpaczy. Zacznijmy od tego, że po kiego grzyba w ogóle ograniczać sałatę?!
Wierzę w diety układane pod indywidualne przypadki przed dietetyków. Wzruszająca historia Bajki przekonała mnie nawet do diety zwanej tajemniczo "proteinową". Za Republikę (Bananową) Hondurasu nie uwierzę natomiast, że długoterminowo da się schudnąć konsumując jeno mandarynki.
Ani tym bardziej, że którakolwiek z wyżej wymienionych diet jest w stanie zadziałać na mnie.

To był luty, studenci ledwo co otrząsnęli się po sesji zimowej, kiedy stawy moje zaczęły sygnalizować ogólnie przeciążenie. Wskoczyłam na wagę pierwszy raz od lat trzech i stwierdziłam, co następuje:
"O!... Hm..."
Po czym w zastanowieniu podrapałam się po głowie.
Wniosek był prosty. Dziesięć kilo koniecznie, bo zostanę kaleką w wieku lat około dwudziestu. Piętnaście jak dobrze pójdzie. Każdy zgubiony kilogram więcej będzie fanaberią i kaprysem / zapasem na tycie zimowe.

Aktualnie jestem na etapie "Jak dobrze pójdzie". Moja waga niepodważalnie wskazała nasty zgubiony kilogram.
I kiedy mam odpowiedzieć na sakaramentalne pytanie "Jak to zrobiłaś?" po prostu nie wiem jak zmieścić to jednym zdaniu. Gdybym mogła rzucić hasło "modna ostatnio proteinówka", albo "żarłam jeno skórki od ogórków przez tydzień". Ale nie mogę.
Nakładając sobie kawałek ciasta tłumaczę tym wszystkim kobietom z błyskiem niekłamanego zainteresowania w oczach, że w zasadzie jem absotulnie wszystko, na co mam ochotę. I tu słyszę, że koniecznie muszę powiedzieć coś więcej. Bo one to nigdy nie mogą wytrzymać na tych wszystkich drakońskich dietach.
Więc mówię.
Że odkryłam w sobie brak zainteresowania sosami i ziemniakami. Że nie jem majonezu na daremno. Że potrafię zjeść kawałek czekolady nie pragnąc następnego za to nie odważyłabym się nie jeść jej wcale ("życie bez nusbajzera jest jeno jakimś niewyraźnym żywota cieniem" - jak mawiał wieszcz). Że w zasadzie nie ma dla mnie różnicy, czy opycham się flipsami czekoladowymi czy tonami nektaryn i ogórków. Że tak, jem białe pieczywo, bo mam do niego niekłamaną słabość (jeszcze takiego cieplutkiego, posmarowanego masełkiem), ale na codzień żywię się ciemnym, bo równie pyszne. Że odkryłam kolację składającą się z michy warzyw, po której czuję się dużo lepiej niż po czterech kanapek z serem i jajkiem.
Rządza poznania tajemnicy diety idealnej słabnie ze zdania na zdanie. Znika całkowicie, kiedy zaczynam mówić o ruszeniu szanownej rzyci z fotela i konsekwentnie codziennej dawce machania dowolnie wybranymi kończynami.
A kiedy mówię, że te naście kilogramów zrzucałam od lutego i w zasadzie, to nieco żółwi styl chudnięcia, czar pryska.

Bo ludzie chcą już, teraz, zaraz. Bo ludzie potrzebują, żeby ktoś im granice kaloryczne wyznaczał, żeby ktoś im powiedział, co jest dla nich najlepsze. Bo ludzie chcieliby tak bez potu i wysiłku najlepiej.
A ja tak bardzo polubiłam mój nowy tryb żywienia, że zapewne przy nim zostanę.

Mum pochwaliła się ostatnio, że waży już tyle, ile ja (na naszej kłamliwiej wadze, która ma ze dwadzieścia lat), zakończyła dietę (po miesiącu), a waga stoi w miejscu.
Nie uwierzyłam jej.
W podniosłym nastroju zabrałam ją do swojego pokoju, wyciągnęłam spod łóżka wagę, którą ostatnio nabyłam wcelu zabrania jej do Kroke i bezdyskusyjnie nakazałam zmierzyć się z prawdą. Odwróciłam się i czekałam. Po dłuższej chwili za plecami usłyszałam:
"O!... Hm..."

[!] Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że każdy ma swoją prawdę jedyną i słuszną.

[♪] Flyleaf - [Flyleaf] "Cassie"

24 sierpnia 2010 [12:22:02]

[Mniejsza Propaganda]

tu! tu pyknij! (15) || Wyślij wiadomość ||

Zamień mi słowo w dźwięk swoim tanim, mechanicznym długopisem, Panie Shore

Pan Howard Shore, pomijając jego cudowny dystans do samego siebie, okazał się być kompozytorem idealnym dla autora filmowanej książki. Urzekło mnie to, że nie robi wszystkiego sam pod wizję reżysera. Poprzedza pisanie muzyki „badaniami”, jak to sam pięknie określił wczoraj na spotkaniu w Bunkrze.
Między innymi idzie na rozmowę do autora książki właśnie. I taki Thomas Harris na przykład poradził mu, aby napisał muzykę, która oddawałby historię oczami Clarice, a nie Hannibala Lectera. Z Tolkienem jakoś trudno się było skontaktować (chciałam zapytać, czy w takim razie Christopher w jakiś sposób mu pomagał, ale się nie dopchałam do mikrofonu), więc porozumiał się z ludźmi, którzy odgrywali bohaterów przez niego opisanych. Ciekawa rzecz, nie wiedziałam o tym wcześniej: autorem pieśni, którą Aragon śpiewa po koronacji jest sam Viggo Mortensen. Tak samo przedstawia się sprawa z „The Edge of night”, (fragmentem „The sacrifice of Faramir”) – napisał ją nie kto inny jak Billy Boyd.
Szczerze zazdroszczę Pani Meyer takiego kompozytora. Będzie Pani miała naprawdę ładną muzykę w tym swoim „Eclipse”.

A sam koncert, cóż. Muzycznie gorzej niż rok temu, tu jakaś solówka się poślizgnęła, tam się coś opóźniło, ale na wszystko można było oko przymknąć, albo zwalić na halę (Huty Sendzimira), w której odbywał się koncert. Poza tym idealne wykonanie „Into the West” tak przez orkiestrę, jak i Kaitlyn Lusk. Mój muzykofil i tolkienofil został nakarmiony.

Co nie zmienia faktu, że okrutnie, ale to naprawdę brutalnie oszukali nas z miejscami.
A ludzie, oczywiście, znowu zaczęli wychodzić na początku napisów końcowych.

I dementuję plotki rozsiewane przez Adamsa, jakobym miała się rzucić na Pana Shora w czasie, kiedy mijał mnie za swej drodze do kanapy, na której zasiąść był miał. I, że niby jeszcze trzymałam go za nogę. To znaczy ta część z mijaniem to akurat prawda, ale w resztę nie wierzymy, trzy, cztery.

[♪] Howard Shore ft. Billy Boyd Performing "The Edge Of Night" [The Lord of the Rings - Return of the King Complete Recordings] - "The Sacrifice Of Faramir"

23 maja 2010 [11:03:08]

[Mniejsza Propaganda]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

Właśnie dlatego poranki warto czasami przespać

Jakże ciężkie jest to poranne wychodzenie po chleb. Do piekarni za dwoma rogami. Dwakroć trzeba przy tym przechodzić przez ulicę i dwakroć wpadłabym w trakcie tej operacji pod auto. Z własnego rozespania, oczywiście.
Żeby złamać to piękne dwójkowe kombo dodać muszę, że raz poślizgnęłabym się na porzuconym knopersie. W drodze powrotnej byłam już na tyle świadoma, że nie dałam się nabrać na tak prosty numer.
Co innego przy ladzie. Już kiedyś opisywałam wzruszająca historię o tym, jak tuż po przebudzeniu w sklepie pani wcisnęła mi przeterminowany serek wiejski bezlitośnie wykorzystując fakt, że miałam minusy do prawie wszystkich statystyk. Tym razem zakupiłam połówkę chleba, który przy gryzieniu trzeszczy mi między zębami. Wolę nie wiedzieć, co tak naprawdę jem.
Ale dzisiaj spaliśmy. Wisła się leje, AGieH, twardziele, chodzi na zajęcia i zdziera białe adidaski (via Mru), a brać fÓJotowska śpi. Śpijmy więc! Śpijmy więcej! Śpijmy na zapas!

A podczas wczorajszej porannej wycieczki do mojego sklepiku osiedlowego po prowiant na dłuuugi łikend wstąpiłam sobie do mypiku („Och, och, bo może w końcu, po roku, wydali trzecią część Niecnych Dżentelmenów!” - akurat). Jakież było moje zdziwienie, kiedy na półce z nowościami muzycznymi dostrzegłam koncertówkę COMY.
Nożesznaprawdę.
Koncertówki generalnie wydaje się wtedy, kiedy chce się dodatkową kasę z ludzi zedrzeć. Albo kiedy koncert jest naprawdę unikatowy, jak „S&M” Metallicy. I w zasadzie płacąc w kasie (COME kupuję już w ciemno + zaniżone statystyki spowodowane porankiem) miałam szczerą nadzieję, że jednak wydali ten projekt z Gdańska sprzed roku, na którym mnie nie było i do dzisiaj żałuję szczerze. Szczególnie w momentach, kiedy MR Wiewiór opowiada mi o „Woli Istnienia” tak, jak tylko on potrafi.
Czasami marzenia się nie spełniają, nie może być za dobrze. Już zajęcia poodwoływali, „bedzie” – jak to mawia Magu.
Cóż, płyta jaka jest, każdy widzi. Nic ponadto. Muszę nieskromnie się pochwalić, że te koncerty, na których się pojawiłam były dużo lepsze. Aż dziw bierze, że Panowie Warszawę zamiast Krakowa wybrali. Ale trzech nowych rzeczy się dowiedziałam:
1] Istnieją jeszcze momenty, w których grają naprawdę krzywo. I to na minus.
2] „Zero Osiem Wojna” jednak da się zaśpiewać na żywo, w dodatku w przyśpieszonym tempie i nie zostać po tym odwiezionym pod respiratorem na ojom. I to na plus.
3] Aktorskie kombinowanie przy wokalu nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. Ostatnio zaczęło mnie momentami drażnić – po mojemu czasami jest bardzo niepotrzebne.
Dobrze będzie mieć to na półce, żeby zachować dla potomności koncertowy klimat, którego płyty studyjne nie oddają („o, a na tej piosence dostałam z łokcia od takiego miłego pana…” albo „a był kiedyś taki koncert, że wokalista i gitarzysta…”). Tyle. [!] Podobał mi się tekst „Nie dajcie z siebie zrobić debili”. Łatwo Panu mówić, Pan jest scenicznym szamanem Voodoo.

[♪] COMA [COMA - LIVE] - "Święta"
[co Pan R. mi z wśrodkiem przez uszy robi podczas tego kawałka wokalizą swą to aż wstyd opowiadać takie sprośności - i pomyśleć, że średnio tę piosenkę lubiłam do tej pory]

20 maja 2010 [13:16:04]

[Mniejsza Propaganda]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Marzenia z permanentnego dzieciństwa mi się spełniły

…i pomyśleć, że nie omieszkałam pomarudzić zanim poszłam pod Żaczka. Warto wspomnieć, że były to koncerty, na które czekałam od piętnastego roku życia. I jeszcze marudziłam.
Tak więc Juwenalia podarowały mi CKOD i HEY, dwa zespoły pisane CAPSEM. I jeden i drugi pojawił się w moim życiu jakoś sześć lat temu (pomijając „Teksański” w czasach harcerskich). Nigdy nie było tak, że słuchałam ich jakoś nałogowo i bardziej niż innych, ale jedno wiedziałam na pewno, już będąc Fiolką piętnastoletnią: koncert, koniecznie, trzeba będzie kiedyś odbyć.
To i odbył się, dokonał był, oto.
CKOD wyobrażałam sobie inaczej. Chciałam się wyskakać, wypocić i ubłocić, może nawet jakąś kontuzję nabyć, kto wie. A tu Ostrowski, Pan, zupełnie nie zachęcił mnie do takiego poświęcenia, żadnego hardcorowego czaru na mnie nie rzucił, nic nie zaiskrzyło między nami. Nawet na „Butelkach i kamieniach”, kiedy postanowiłam pierwsza dłoń wyciągnąć i pod scenę się przepchałam do towarzystwa skaczącego (wszak przestać tej piosenki się nie godzi, nie ważne jak kijowy jest koncert). Tymczasem Pan Ostrowski przeżywał sobie sam.
W pierwszym momencie myślałam, że winę za to ponosi publiczność. Wszak atmosfera po tej stronie sceny była ewidentna, a imię jej My-tu-tylko-czekamy-na-Hepised i ogólnie „Nie przeszkadzaj sobie, skacz jak musisz”. Później skonsultowałam się z Mociumpanem VViciem, weteranem, który orzekł, że „Oni tak zawsze”.
Cóż.
O, a Hepised dostałam do połowy. Nawet znalazłam dwie piosenki, które całkiem do rzeczy były. No, i trzeba przyznać, że ci grają koncerty z publicznością. Co tylko na plus.

HEY poprzedzili NeLL, o których pytałam znajomych i żaden nie miał bladego pojęcia, kto zacz (Gógla nie pytałam). Poszłam w ciemno więc. I trudno mi napisać cokolwiek, bo Panowie mi chyba w głowie lekko zamącili. Już od pierwszego „Impossibly True”, które brzmiało jak stare, dobre, „Sweet Dreams”-Eurythmix. Później troszkę Placebo, ale bardziej strawnie, przewrotnie, sarkastycznie, bez łez w oczach – Panowie wymieszali drinka specjalnie dla mnie chyba. O moich uwagach prawionych na bieżąco do ucha Zone, o tym, że „ależ im się te gitary bujają” i „ty widzisz jak on gryf trzyma?” pisać nie będę, bo się trochę wstydzę. Za to wiem, jak napisać o wokalu Pana Księżyka. Rzadkością jest, żeby ktoś na koncertach śpiewał lepiej niż w studiu. Pan mi mało kości od mięśni nie oddzielił, kiedyś Pan te swoje historie opowiadał. Swoją drogą czoła chylę za „Wright'a”.
Najbardziej niesamowite było to, że oni grali swoje. Nie mieli repertuaru na tyle, żeby grać dla (pod?) ludzi. W dodatku klimatycznie raczej są ciężcy w odbiorze. Tymczasem cały czas czułam się, jakby mi Panowie elektrodę przypięli do lędźwi i kazali przeżywać, co przeżywali oni.

O HEY krótko. Wiedziałam, że Pani Kasia jest na scenie specyficzna i nie do podrobienia. Tak, mówię o jej oszczędnych gestach, o ruchu scenicznym, który dzieje się na jej twarzy, a i to nie zawsze.
Cóż, niesamowita w tym jest. Te jej gesty się po prostu spija.
Zaskoczona byłam kompletnie tym, jak inną osobą jest w przerwach między piosenkami. Jej skrajność mnie powaliła. Nie wiedziałam co się dzieje.
Szkoda, że było głównie z nowej płyty. Co prawda, „Mukę” mi zagrali, a później, kiedy już siedziałam na przystanku słyszałam „Teksańskiego” (ach, te obozy harcerskie), ale… mało. Pewnie dlatego nie miałam motywacji stać do końca.

...bo lędźwie mnie bolały pieruńsko, a ludzie coś się ruszać nie chcieli, nie mówiąc już o skakaniu. Jakbym sobie trochę poskakała, odciążyła stare kości, to by było lepiej, o!

[♪] 12 Stones [Potter's Field] - "Far away"
[a co, tak ni z gruchy ni z pietruchy - im też się gitara buja]

11 maja 2010 [23:54:40]

[Mniejsza Propaganda]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Trzy razy, raz po raz

Zawsze, kiedy piszę, że „zasypuję się kserówkami” to mam na myśli najbardziej dosłowne znaczenie tego zwrotu, jakie tylko szanowna publiczność może sobie wyobrazić. Trzeba sprzątnąć ten syf (hebrajsko - angielski) zanim zrobi się następny (nowożytno - średniowieczny).
Chociaż tyle, że terminy egzaminów mi się poukładały należycie. Właściwie tak, jak sobie wymarzyłam.

W poniedziałek skończył się mój maraton kinowy. Pierwszy raz zdarzyło mi się być na seansie trzy dni pod rząd i to jeszcze w weekend, jak przystało na prawdziwego bórżója. Z „Le petit Nicolas” wyszłam bardzo uśmiechnięta, bo podczas czytania książek jakoś nigdy nie wpadłam na to, że natura oprócz niesamowitej inwencji łobuzerskiej obdarzyła te małe diablątka równie niewinnymi twarzyczkami. Pięknie wyszło. „Imaginarium of doctor Parnassus” obejrzeć można, nawet trzeba. „Avatar” natomiast zostanie bez obszerniejszego komentarza, tak jak niegdyś „Hipertrofia” COMY. Może tylko tyle, że jest to mój filmowy „Siewca Wiatru”: fabularnie nic, czego bym wcześniej nie widziała / czytała, ale obejrzane w idealnym momencie życia (Panie Dżejmsie, jeśli nakręci Pan sikuel, to się na Pana poważnie obrażę).
Ach, i jeszcze jedno: zauważyłam pewną prawidłowość, że ekipa z Watykanu zawsze potępia te książki / filmy, które zarobią więcej niż oni. Tutaj przyczepili się, że "zręcznie wyżyma wszystkie pseudodoktryny, które czynią z ekologii religię tego tysiąclecia". Już nie okultyzm i magia, wyrabiają się.
No, dobrze. Jeszcze jedno. Nie mogłam uwierzyć, kiedy usłyszałam słowa Pana Byłego Jeszcze Białego Prezydenta ÓSA („Odpowiemy terrorem na terror”) w ustach Złego Pana Pułkownika. Odważnie.

A teraz wracamy do rzeczywistości. Fiolka mówi „pa pa”, a wy idźcie na tego "Avatara" i nie bądźcie takie nie-obejrzę-tego-komercyjnego-gówna sztywniaki. Tylko w okularkach, bo graficy piękne rzeczy tam porobili i nawet postacie robione komputerowo nie ruszają się już tak sztucznie, jak dotychczas.

James Horner - [Avatar Score] "Jake enters his avatar world"
[Pan Horner w formie; szkoda, że wizja przytłumiła dźwięk w tym filmie, ale zawsze można na spokojnie, w domu posłuchać]

13 stycznia 2010 [12:42:39]

[Mniejsza Propaganda]

tu! tu pyknij! (9) || Wyślij wiadomość ||

Pszeglond literatóry: z listy "Książkae fiolkensis"

Błożesztymój, i cóż tu podsumowywać, skoro wszystko podsumowuje się onlajn. Lastfymy powiedziało, że najczęściej żywiłam się Panią McKennitt i Panem Shorem. Oboje wylądowali na miejscu pierwszym i nie było to ukartowane. Ale to mogliście sami sobie sprawdzić, gdyby was to obchodziło, a wiem, że nie obchodziło, bo kogo niby obchodzą czyjeś podsumowania noworoczne.

To, czego nie mogliście sprawdzić mieści się w pliku „ksionrzki.txt”, w którym skrupulatnie zapisuję, co przeczytałam (koniecznie od deski do deski). Celowość prowadzenia takiego spisu objawia się w momencie, kiedy ktoś prosi mnie o polecenie czegoś, na co warto poświęcić kilka godzin. I tutaj, proszę państwa, nastąpi propaganda mniejsza. Podam szanownej publiczności w studiu tytuły, które mnie w ubiegłym roku urzekły, kolejność przypadkowa. Cobyście nie musieli tracić nerwów, pieniędzy i czasu na poszukiwania - niechże to podsumowanie ma chociaż jakieś resztki sensu.
1] O „Złodziejce książek” Zusaka już gdzieś pisałam. To jest jedna z tych książek, które przeczytałam w idealnym momencie życia. Nie wiem, czy w innych przypadkach zadziała tak samo.
2] „Zwiadowcy” to podobno seria dla „młodszych nastolatków”, ale „Harry Potter” też miał być dla dzieci. Fabuła co prawda, dość prosta, przynajmniej w pierwszych trzech częściach, ale nadrabiają bohaterowie, których ulubiłam sobie bardzo. Na okładce wam napiszą, że „fantastyka bez magii” i dalekie od prawdy to nie będzie, ale prawdziwa potęga tych książek polega na tym, że Flangan jest pierwszym autorem, który zauważył, że cięciwę z łuku czasami trzeba zdjąć.
3] „Niecni Dżentelmeni” Scotta Lyncha to złodzieje, owszem, ale typu „Ocean’s Eleven”. Postacie czasami giną, a jak ktoś je sponiewiera w walce to leczą się dłużej niż dwa dni. Później długo ćwiczą, zanim znowu wezmą broń w dłoń. Przy okazji inteligentna fabuła i dialogi, które doprowadzały mnie do łez radości.
4] Dorosłam do „Dzieci Hurina” i "Silmarillionu” Tolkiena. Czytałam z zachwytem.
5] Niepozornie wyglądający w taniej księgarni "Heroizm dla początkujących" Johna Moore okazał się być cudownie prześmiewczą szpileczką dla całej tej przewidywalnej, banalnej i wypłowiałej fantastyki, której mamy w empikach na pęczki. Satyra inna niż Pratchett, który tak naprawdę bardziej wyśmiewa nasz świat, niż ten wyobrażony.
6] "Rury" były pierwszym zbiorem opowiadań Etgara Kereta, który dostał mi się w ręce. Nie trzeba być żydologiem, żeby je zrozumieć. Trzy z nich rzuciły mną o ścianę. Lubię, jak się mną rzuca o ścianę.

Poza klasyfikacją znajdują się książki Pana Domagalskiego, o tytułach tak patetycznych, że aż prosi się je przekręcać (co z Gwadorem robimy nagminnie, dostarczając sobie w ten sposób prostej rozrywki): „Delikatne uderzenie pioruna” i „Aksamitny dotyk nocy”. Poza klasyfikacją dlatego, że nie mogę ich polecić bez „ale”. Owszem, dwadzieścia (!) stron przypisów, owszem, bibliografia pełna książek, które mam w sylabusie na „Historię Polski w średniowieczu”. Szkoda tylko, że nie ma tam żadnej z zakresu mistyki żydowskiej. Mój wewnętrzny historiofil ukochał tę część książki, w której autor układając dialogi cytuje Długosza, ale żydolog głośno protestował przeciwko założeniom mistycznym, które pojawiły się dopiero sto lat po opisywanych wydarzeniach.

[podsumowanie roku 2009!] Dziesięć książek z czterdziestu dziewięciu, które przeczytałam było naprawdę dobrych. Osiem z nich to szeroko pojęta „fantastyka”. [/podsumowanie roku 2009!]
[zagadka na rok 2010]
A gdzie są dobre książki bez mieczy, mikstur i szpiczastych uszu, ja się pytam?! [/zagadka na rok 2010]

[♪] Giulia y Los Tellarini - [Vicky Cristina Barcelona (Motion Picture Soundtrack)] "Barcelona"

3 stycznia 2010 [17:08:56]

[Mniejsza Propaganda]

tu! tu pyknij! (9) || Wyślij wiadomość ||

Poprzednie