. improwizacja-mniejsza

-Człowiek widmo! - przywitała się ze mną Mró, wyciągając swoje długie, niebieskie pazury w stronę mojego ramienia. Wycelowała i... dotknęła.
[Pełna napięcia cisza]
Ku własnemu zaskoczeniu, mój avatar nie rozpłynął sie w powietrzu. Pazur Mró wbił się w skórę i nawet lekko zakuło przez warstwę ubrania. Znaczy, że ze mną jednak jeszcze wszystko w porządku. Pomijając ten wystający z ucha mózg, po którym spokojnie mogę się podrapać.
Wszystko w porządku.
A to, że nie odzywam się na komunikatorach, nie udzielam się w świecie wirtualnym i nie ma mnie przez tydzień w szkole wcale nie oznacza, że wyjechałam do Turkmenistanu na truskawki / porwali mnie mieszkańcy Kbrrrixx i obwołali naczelnym bogiem / odłączono mnie od Matrixa i nie gadam już z frajerskimi bateryjkami. Nie.
To oznacza tylko tyle, że odłączono mi Niiosradę i zapomniano podłączyć Konkurencji. Do tej pory jakoś specjalnie nie odczułam odcięcia, bo było co robić. Cztery tony kserówek, trzy książki z testami, miałam iście ciekawe dwa tygodnie. Łapałam sie na tym, że wypowiedzi polskie konwertowałam w głowie na angielski i dopiero wtedy rozumiałam przekaz. A to już patologia.
Na szczęście wszystko już za mną. Szwagier Czatal dostał w pracusi laptopa ze stałym łączem (działającym z prędkością szachisty biorącego udział w maratonie dla intelektualistów co prawda, ale specjalnie mi to nie przeszkadza, bo nie może być chyba nic bardziej prymitywnego niż moje stare łącze radiowe). Pani egzaminatorka na spikingu zapytała jaka była najbardziej niebezpieczna rzecz, jaka zrobiłam w życiu. Z prostotą odparłam, że w dzicieństwie zjadłam mydło i to tylko dlatego, że na śmierć zapomniałam jak w języku wyspiarkim określa sie bombkę choinkową. Pani egzaminatorka parsknęła śmiechem i zadała nastepne pytanie ze swojej karteczki, mianowicie: "I jak się z tym czułaś?". A zawsze twierdziłam, że jak ktoś kiedyś zada mi to pytanie, to wyjdę trzeskając drzwiami.

Poza tym musiałabym napisać o tym, że w międzyczasie stracilam dzieciństwo, jak określił to kolega z mojej klasy. Mam kłopoty z zebraniem się do urzędu i załatwieniem sobie kawałku plastyku z obrzydliwym zdjęciem (bo własnym). Mam kłopoty z podjęciem decyzji i zrobieniu innego kawałka plastyku upoważniającego mnie do prowadzenia pojazdów innych niż odrzutowe hulajnogi, statki kosmiczne o ładowności do 75 ton i trzystulitrowe wanny. Mam kłopoty z wyobraźnią, która nie może załadować obrazu "Fiolka szuka mieszkania na studiach".
Zawsze, kurna, wiedziałam, że ta dorosłość jest nie dość, że przereklamowana, to jeszcze skomplikowana. Nic, tylko zostać pustelnikiem z długą brodą i dostepem do internetu. I zamieszkać w puszczy.
[...chyba, kurna, Kampinoskiej]

♪"Elm" - Yoko Kanno & The Seatbelts

16 marca 2007 [23:14:46]

[Główna]

tu! tu pyknij! (11) || Wyślij wiadomość ||

Tak zwana trójka giertychowska nawiedziła nas w momencie, kiedy dwie bliżej nieokreślone koleżanki czule się obejmowały, Młody Masłoski biegał po korytarzu z różowym kwiatkiem we włosach, a ja odbywałam z jego bratem akademicką dysputę na temat pedofilii w literaturze. Dysputa owa, nawiasem mówiąc, wywołana była naszą aktualną lekturą o wzniosłym tytule „Śmierć w Wenecji”. Lektury nie ruszyłam, gdyż od samego początku trąciła mi „Lordem Jimem”, a jak wiadomo, jest to książka, którą uważam za moje osobiste Waterloo, do której za żadne skarby nie mam zamiaru wracać. Posłużyłam się więc Kolegą Masłoskim, który przez dzieło Manna przebrnął, za co podziwiać go będę do samego dnia Sądu Ostatecznego, i poprosiłam o streszczenie. Cytuję: „Gdyby ta książka była gąbką i mógłbym ją wycisnąć, to nic by z niej nie wyleciało. Pisarz niemiecki się nudzi, wyjeżdża do Wenecji, wsiada do łódki, wysiada z łódki, wsiada do drugiej, wysiada, idzie do kawiarni i tam spotyka polskiego Tadzia. I stwierdza, że polski Tadzio jest ciasteczkiem. Po czym łazi za nim przez dobre pięćdziesiąt stron po to, żeby na końcu umrzeć nie zamieniając z nim nawet słowa”. Ręce mi opadły szczerze mówiąc. „Czyli książka była o pradziadku Jacksona?”. Na twarzy Masłoskiego wykwitło żywe oburzenie: „Nie!” – wykrzyknął głosem, który sugerował, że właśnie zbrukałam wszystkie świętości - „On go KOCHAŁ!”. Spojrzał na mnie jak na duchową ignorantkę, po czym parsknął śmiechem i uśmiechnął się sarkastycznie.
Wracając do trójki giertychowskiej. Znowu przysłali do nas ludzi, którzy patrzą przez pryzmat przymiotnika „katolickie” w nazwie szkoły i nie podejrzewają nawet, jak wielki ubaw mieliśmy na spotkaniu w auli. Na pytanie „Czy ktoś kiedyś w twojej obecności palił papierosy na terenie szkoły?” Kolega Ferdzio (zdaje maturę z informatyki i nosi szaro – szary sweter) odpowiedział: „Zależy co rozumiemy przez „moją obecność”…”. Na pytanie, czy jest takie miejsce na terenie szkoły, gdzie nie czujemy się bezpiecznie, ktoś odpowiedział: „Boisko szkolne” (pani słusznie zauważyła, że przecież tu nie ma żadnego boiska). Na pytanie „Czy zdarzały się jakieś wymuszenia pieniędzy?” Kolega Szarek krzyknął, że owszem, wczoraj pani Agnieszka (nasza pani sklepikowa) chodziła za nim po korytarzu i wymuszała pieniądze za kreskę, którą zaciągnął.
Przecież my jesteśmy taaaaakie grzeczne dzieci. I inteligentne. I szanujemy indywidualność innej osoby. I jesteśmy tacy dowcipni. Osobiście siedziałam pod ścianą gdzieś w kącie na tyłach i modliłam się, żeby mnie nie zapytali, czy byłam kiedyś świadkiem spożywania alkoholu na terenie szkoły. Bo nie za bardzo lubię kłamać, no…
„KLOP” to mrygające, jak szyld w Las Vegas, piętno na czole. Ludzie dziwnie na ciebie patrzą, kiedy mówisz, że chodzisz do moherowej szkoły. Oczywiście po rzuceniu jakiejś ciętej uwagi o habitach, różańcach i leżeniu krzyżem na długich przerwach.
I owszem, ostatni raz leżałam krzyżem dzisiaj, przed kartkówką z biologii, na którą nic nie umiałam. Wszystko, co myślisz o KLOPie jest prawdą. Świętą. Wszak hasłem KLOPa jest „Szkoła to nie dyskoteka, Dyrektor to nie DJ” (odzew: „A pani Agnieszka nie sprzedaje tablet.”)
I mniej więcej tak to się właśnie przedstawia.

♪ "They don't really care about us" - Michael Jackson
[...bo w końcu stwierdziliśmy, że pedofil, nie pedofil, ale ta piosenka jest naprawde dobra. I chodziła za mną już do końca dnia]

23 marca 2007 [19:48:07]

[Główna]

tu! tu pyknij! (3) || Wyślij wiadomość ||

Istnieją rzeczy, których nie cierpię bardziej niż rodzynek, filmów z dubbingiem i amerykańskich komedii. I nie są to ludzie, którzy wypowiadają zdania w stylu: „A to jest ten film, w którym na końcu…?”
To zakupy. Odzieniowe.
[!] Tak, jestem kobietą. Prawdopodobnie jedyną na Ziemi i okolicach, która potrafi malować sobie rzęsy z zamkniętymi ustami. Ale podobno w połowie mam męski mózg, jeśli wierzyć testom internetowym robionym dla zabicia czasu w wakacje.

To już druga niedziela, kiedy zamiast spać do południa (tym bardziej, że była ta mniej fajna zmiana czasu), ignoruję ból mięśni protestujących po wczorajszym koncercie i szlajam się po miejscowym bazarku. Szukam. Dokładnie wiem, czego. Płaszcza w kolorze takim a takim, tyle i tyle długi, taki i taki rozmiar. To takie proste. Mogłabym tam wejść, przymierzyć i wyjść.
Wszystko się komplikuje, kiedy idzie ze mną Mum.
Otóż Mum w momentach opisanych powyżej korzysta w okazji. Próbuje wypełnić wszystkie luki w mojej garderobie. Jak można się spodziewać w jej mniemaniu luk jest wiele. Nie brakuje spodni moro, brakuje kiecek. Nie brakuje swetrów z długimi rękawami (takimi w sam raz do trzymania gorącego kubeczka herbaty), brakuje bluzeczek podkreślających co, co według niej, warto w mym awatarze podkreślić. Bo Mum się na tym zna. Mum jest tych kobiet, które nie wyjdą do mięsnego bez makijażu. A już za nic w świecie nie przyjęłaby swojego przyjaciela w piżamie, jak to mnie się zdarzyło. Kilka razy.
Ogólnie od jakichś pięciu lat zastanawiam się, jak ktoś taki jak Mum mógł zrodzić kogoś takiego jak Fiolka. Jednak stało się i wiem, Mum cierpi z tego powodu. W tym momencie warto przypomnieć scenę pogoni sprzed sześciu lat. W roli uciekającej – Fiol. W roli agresora Mum z cieniami do powiek w ręku. Wygrała.
Dlatego kiedy parę miesięcy temu poprosiłam nieśmiało o małą sumę pieniędzy na cienie, niemal się popłakała z radości mówiąc, że jest ze mnie dumna. Dlatego zawsze wybiera się na bazarek ze mną i gotowa jest zakupić mi wszystko, na co rzucę okiem i powiem, że „fajne” (bo inaczej ciuchów określać nie umiem; coś jest albo „fajowe”, albo „ja bym tego nie założyła, ale ty możesz”, albo „obleśne”). I dlatego właśnie nie mam jeszcze płaszcza (brak rozmiaru, ale pani obiecała, że dojedzie), ale za to dorobiłam się bluzki jakiejśtam, spódnicy z elfim kwiatkiem, dzieweczkowych trzewiczków a la francuska pensjonarka, spinek do włosów i sznura korali, o których nie można powiedzieć nic poza tym, że na pewno są koralami. Zielonymi.
Zaciekle broniłam się przed zakupem drugiej bluzki, która, owszem, była „fajowa”, ale kosztowała jakieś horrendalne pieniądze (jedna książka z Fabryki Słów + jedna z Albatrosa, z serii kieszonkowej). Pani sprzedawczyni oględnie stwierdziła, że „to rzadkość” i patrzyła na mnie jakbym była co najmniej uczciwym politykiem, albo Japończykiem tańczącym flamenco. Czekałam tylko na pytanie „Czy mogę cię dotknąć?”
Mum ma ze mną naprawdę ciężkie życie.

Pan od Konkurencji Nijosrady ma przyjść jutro. Bądź pojutrze. Bądź nigdy.
Jakbyście słyszeli w telewizji o zamachu terrorystycznym na siedzibę szanownej Konkurencji, to zapomnijcie, że mnie znacie.

♪ "Swamped" - Lacuna Coil

25 marca 2007 [20:00:21]

[Główna]

tu! tu pyknij! (5) || Wyślij wiadomość ||