. improwizacja-mniejsza

Intermezzo # co najmniej 3

To mityczne „zakończenie rozdziału życia” to chyba moment, w którym człowiekowi w mózgu przestawia się kolejna zastawka w światopoglądzie i po prostu nie jest w stanie żyć jak dotychczas. Przez chwilę udaje, że wszystko jest w porządku, ale mimo to czuje, jak za plecami lecą mu litery końcowe.
[Re: „Tęsknota za publicystyką zadziorną”] Wracam więc. Dzisiaj jednak nie będzie ani krzesełek, ani publicystyki tym bardziej zadziornej. Dzisiaj będą litery końcowe, a one wymagają podniosłej muzyki, nakładki na kamerę w odpowiednim kolorze i zachodzącego słońca, w którego stronę może się udać główny bohater. Można się śmiać z patosu, trochę rozładuje atmosferę. [/Re: „Tęsknota za publicystyką zadziorną”]
W trakcie przerwy zajmowałam się głównie przeżywaniem. Brwi miałam ściągnięte, jak zwykle w momentach kiedy staram się ogarnąć rzeczy niepojęte. Smutne to strasznie, bo muszę oglądać mądrych zachowujących się jak skończeni idioci, odważnych kryjących się po kątach i spostrzegawczych potykających się o własne stopy.
Ludzie zaskoczyli mnie zupełnie. Okazało się, że są absolutnie przewidywalni.

W tenże to sposób odkryłam w swojej krainie wiecznej szczęśliwości nalot zmian. Tak to już jest, że nowości chodzą tłumem tratując po drodze wszystko, co człowiek chciałby ocalić. A rodzaj ludzki, to jednak straszni materialiści. Albo sentymentaliści upychający po kieszeniach różne badziewia „na pamiątkę”, czego najlepszym przykładem jestem ja sama. Postanowiłam tym razem się nie wygłupiać i nie postępować rozsądnie. Tak więc zamiast z holiłudzką desperacją w oczach ratować, co się da, sama rozwaliłam jeszcze kilka rzeczy bonusowo, aczkolwiek z precyzją. Żeby nie było szkoda się przesiedlić.
Co jak co, ale przemieszczać się potrafię.

[I znów ze mnie wyłazi „grafoman wędrowny, Paweł z Tarsu - patron powsinóg, Włóczykij (bez fajki za to z harmonijką w biedronki) i >Gypsy of the Atonement<„.
W sumie w tym miejscu bardzo ładnie wyglądałabym informacja o tym, że zmieniam adres wirtualnego grafomaństwa, ale nie tym razem (tym bardziej, że pomyślałam o tym dopiero teraz).]

Nie pozostało nic innego jak tylko wstać i pozbierać skarpety z podłogi. Może nawet je poparuję, kto wie, może założę sukienkę i rzucę farmerstwo fejbókowe? Ha!

[♪] Harry Gregson-Williams (Performed by Alanis Morissette) - [The Chronicles of Narnia: The Lion, The Witch and the Wardrobe OST] "Wunderkind"

1 marca 2010 [0:17:21]

[Nudle w5minut]

tu! tu pyknij! (8) || Wyślij wiadomość ||

Bo to lenistwo jest matką wynalazków

Droga publiczności w studiu, pudło z lekami uroczyście uważam za otwarte. Wszystkie moje dalekosiężne plany na dzisiaj zostały zniweczone przez bakterie / ameby / inne małe farfocle, których nawet zobaczyć nie jestem w stanie.
A teraz co. Ani kserówek nie odbiorę (miałam napisać „zharwestuję” – muszę przestać grać w fejsóbkową farmę póki nie jest za późno). Ani na wykłady nie poszłam (od ósmej, więc może to i lepiej). Podejrzewam, że na jutrzejszy hebrajski też się nie zbiorę (co akurat dziwnie mnie cieszy uruchamiając jednocześnie tryb „wyrzuty sumienia”).
Oj, oj.
Pozostaje chyba zaczytanie się w „Mieście Śniących Książek” Moers’a (czy ktoś mógłby mi ją ufundować z okazji dowolnej? Bo po przeczytaniu opisu hord Łowców Książek zakochałam się w niej ostatecznie i nieodwołalnie – a rzadko zdarza się, żebym zakochiwała się już na stronie trzydziestej szóstej).
No, co za nieszczęście, doprawdy.

Jakże dawno nie wyprawiałam urodzin. Jakże dawno ich nie obchodziłam. Zazwyczaj było tak, że przypominałam sobie o nich dopiero po pierwszym esemesie z życzeniami. Złamałam tę tradycję. Mniejsza połowa mieszkania (czyli osób cztery włącznie z moją skromną) przyszła na świat w lutym bądź pod koniec stycznia, więc powstała impreza zbiorcza, powszechna niemalże. Nie od dziś wiadomo, że jestem zbyt leniwa na organizowanie takich rzeczy samodzielnie, czego najlepszym dowodem jest fakt, że na wszelakie spędy u mnie gości zapraszała zazwyczaj Zone.
Socparty było, z Peerelowskimi plakatami i kartkami na żur oraz „keczóp”. Nurlaf przebrał się za partyjnego inteligenta, a Adams za „będę brał cię w aucie” dresa (w sensie zamienili się rolami). Błaż wrócił z Ameryki od Dzjunji, która mieszkała w domku na prerii. Ku był czerwoną IDEĄ i cały czas patrzył na wschód. Ja miałam na sobie granatowy kombinezon robotniczy przewiązany na biodrach czerwoną szarfą. Kto czytał szkolne lektÓry o Wielkim Bracie, ten wie.

Dostałam absolutnie cudowny, drewniany stolik pod laptopa (zwanego „Jinem”) z miejscem na poranną kawę. Uprawianie fejsbókowej farmy w pozycji poziomej stało się możliwe, ale nie to jest najlepsze. Dzięki temu urządzeniu nie muszę już sprzątać z „biurka”, kiedy chcę umieścić tam Jina. Stawiam go po prostu ponad tym bajzlem razem ze stolikiem.
Muehehe.

[♪] Steve Jablonsky - ["Transformers: Revenge of the Fallen" Original Score] "Nest"
[Oglądanie powyższego filmu z Nurlafem polegało na tym, że on zachwycał się Megan Fox, a ja Bumblebee w międzyczasie psiocząc na niedociągnięcia w stylu "nad pustynią nie ma gwiazd"]

2 marca 2010 [11:51:15]

[Zwyczaje Fiolkus Fasolkus]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

Chasydom gratulujemy Purim

Dwa dni przeleżałam plackiem, ćpałam askorótikal, upijałam się herbatą z cytryną. Moim największym osiągnięciem było przeżycie filmu "Ninja assasins" bez ani jednej drzemki (faaaaa[ziew]scynujący był) i zasmarkanie dwóch rolek papieru toaletowego.
Dzisiaj wesoło pobiegłam na zajęcia z Nauk Pomocniczych Historii.

Przenoszą nam katedrę. Może stwierdzono, że jako Żydolodzy, jednak wypadałoby się uczyć na Kazimierzu. Synagoga za oknem, a i na zapiekankę w Okrąglaku jakby bliżej. Nie to, że dach trzymał się tylko dzięki modlitwom zanoszonym przez minjan drów i profów (publiczność sama se wklepie w wiki – lepiej zapamięta).
Dach, nie dach, będzie mi brakować tych egzaminów na wieży. Jak się wdrapywało po tych schodach, to człowiek miał wrażenie, że idzie smoka ubijać.
I w sumie niewiele się mylił. Klimat ten sam.

W związku z przeprowadzką zamieszanie jest nie do ogarnięcia. Dzisiaj na przykład dobiegłam spóźniona na wykład (tak to jest, jak chce się pięćset rzeczy załatwić po, tak zwanej, „drodze”). Szarpię za pierwszą klamkę. Zamknięte. Szarpię za drugą. Też. Zaglądam przez okno – na „poczekalni” cicho i cimno jednocześnie. Wniosek był prosty (cytuję): „Od tego leżenia plackiem dwa dni ci się, Fiolko, mózg wygładził i pewnie zajęcia ci przenieśli, a ty nie raczyłaś o tym pamiętać”. Toteż rzuciłam się z powrotem w kierunku tramwaju wysyłając przy okazji dwa esemesy do Kolegów Żydologów o treści „GDZIE [przenieśli zajęcia, bo nie raczyłam pamiętać]”. I wsiadłam w trzynastkę.
Gdzieś za Bagatelą telefon zawibrował z wieścią, że (parafrazując) „Skądże znowu, wszystko na miejscu, siedzimy w ciepełku na sali i to niemożliwe, że pozamykane”.
A jednak. Pozamykane było i, jak się później okazało, w celu szczytnym (żeby nam księgozbioru nie rozkradli podczas kiedy pań sekretarek nie ma, pani bibliotekarki też, a my jesteśmy zajęci słuchaniem wykładu z NPH).
W tamtym momencie byłam spóźniona już dobre dwadzieścia minut. Ale wrócić musiałam (po Bardzo Ważną Książkę od koleżanki). Mimo że nie uśmiechało mi się czekanie czterdzieści minut (zimno!) na przerwę po wykładzie (wszak wejść tak w połowie też nie ładnie) tym bardziej, że byłam potwornie głodna.
I w tym momencie, właśnie w tym, kiedy rozpaczałam nad swoim losem podeszła do mnie Pani i zaprosiła na badanie opinii konsumentów.
Przez dwadzieścia minut w ciepełku badałam nowe, bezimienne jogurty. Takie z kawałkami owoców i czekolady na raz (odradzam pomarańczowy – za słodki).
Czasami mam wrażenie, że jednak żyję w sitkomie.

[!] Tak się bawią, tak się bawią Cha-sy-dzi! Nie chce nic mówić, ale nawet w polskiej kulturze nie ma święta, gdzie obowiązkiem jest (przykaz od szanownego Adonai!) się upić tak, żeby szwadron Meserszmitów został zawstydzony. Nie mówiąc już o polskich studentach.

[♪] Balkan Beat Box - [Nu-Made] - "Joro Boro"

5 marca 2010 [11:24:07]

[University Show]

tu! tu pyknij! (3) || Wyślij wiadomość ||

Fikcja literacka

Otworzyłam najnowsze dziełko Pana Browna na chybił – trafił.
Fiolka: Durer?! Durera w to wciągnął?!
Nurlaf: Ledwo spojrzała na książkę i już jej coś nie pasuje…

Tak naprawdę wkurzyłam się dopiero na stronie 82, na której „Zohar” opisany jest jako „trzynastowieczny przekład średniowiecznego tekstu napisanego po aramejsku” i „podstawowy tekst wczesnego żydowskiego mistycyzmu, który kiedyś uważano za tak potężny, iż wiedza w nim zawarta była zarezerwowana wyłącznie dla najbardziej uczonych rabinów”.
Nie wierzcie Panu B.
Historia „Zoharu” jest dużo bardziej fascynująca, zaryzykowałam stwierdzenie, że nawet bardziej, niż przygody profesora Roberta Langdona. Może kiedyś odważę się dla kasy napisać książkę sensacyjno – historyczną na niej opartą. W grę wchodzi Wielkie Fałszerstwo, Wielka Miłość i Wielkie Odkrycie Fałszerstwa przez współczesnych naukowców. Niestety, bez udziału templariuszy, masonów i wampirów, więc mogą być problemy z dostaniem się na empikowskie top ten sprzedaży.
„Trzynastowieczny przekład”, pyhi.

[część z tak zwanym spoilerem i bonusowym wymądrzaniem się] „Elohim”, liczba mnoga, łahaha, na trzy cztery wszyscy jesteśmy zszokowani tudzież noł łej.
Marudnym tonem chciałam tylko dodać, że jeśli chodzi o Tanach, to „Elohim” zawsze, ale to zawsze łączy się z czasownikami w liczbie pojedynczej. Nie mówiąc już o tym, że maniakalnie często podkreśla się Jego jedyność poprzez dodawanie do (dowolnego) Imienia rodzajnika określonego „ha-”, albo w ogóle słowa „Echad”, czyli jedyny.
No, ale ładnie mu się do fabuły wciskało. To jest ten sam motyw, co przy romantycznych apokryfach z „Kodu…” które powstały tak dwieście – trzysta lat po ewangeliach dostępnych w każdej tysiąclatce. [/część z tak zwanym spoilerem i bonusowym wymądrzaniem się]

Czasami mam wrażenie, że książki Pana Browna dzieją się w świecie, gdzie działa inna fizyka i wydarzyła się inna historia.

[♪] Siddharta - [Saga] "Napalm 3"
[zdecydowałam, że bardzo lubię wokal]

22 marca 2010 [23:35:16]

[Tajemnice Wszechświata]

tu! tu pyknij! (2) || Wyślij wiadomość ||

Historia żonkili wczoraj wyrzuconych (coda)

Dwa tygodnie temu coś zachrobotało przy oknie, kiedy zajmowałam się ekranem komputera. Odwróciłam głowę. Żółte słoneczka zaglądały przez szybę. Stojąc w doniczce chciały wyglądać, jakby pojawiły się znikąd. Ale obok sadowiła się koperta z moim imieniem, a ja już mrużyłam oczy krótkowidza, żeby bezlitośnie rozpoznać pismo.
Nie zajęło mi to dużo czasu. Nie raz mogłam podziwiać te niecierpliwe linie.
Dopiero po kilku długich sekundach otworzyłam okno i wychyliłam się lekko, żeby obejrzeć sobie ucieczkę sprawcy. Nie musiałam tego robić. Chciałam. Bardzo.
- Zakochany! – skomentował przypadkowy przechodzeń przenosząc wzrok z uciekiniera na mnie i doniczkę z żółtymi słoneczkami. Bo niby co innego można wywnioskować widząc to, co widział on.
Chciałam odpowiedzieć szczerze. „Już nie” – chciałam odpowiedzieć, ale uśmiechnęłam się tylko, żeby nie pozbawić go nadziei, że takie rzeczy zdarzają się w naszej rzeczywistości. Cieszył się tym zbyt szczerze, może nawet już wtedy powziął postanowienie, że opowie o tym rodzinie po powrocie do domu.

Tak naprawdę, już za kulisami, następną minutę przesiedziałam pod oknem z kartką w ręce i łzami na twarzy.

Po tej minucie spojrzałam z uśmiechem na żółte słoneczka.
- Cześć, śliczności! – trąciłam jedno nosem – Przecież to nie wasza wina.

[♪] The Idan Raichel Project - מדברים בשקט (Medabrim Be'szeket)

24 marca 2010 [23:12:52]

[Między 1.00 a 3.00]

tu! tu pyknij! (5) || Wyślij wiadomość ||

"Immi spakto" - charknął Straszny Pan do mikrofonu

Zaświergoliły pierwsze ptaszki, dokonał się pierwszy, wiosenny spacer z Psicą, na którym rozdeptałam pierwszą żabę. Poza tym założyłam sukienkę i rzuciłam farmę na fejsbóku, jak obiecałam. Bonusowo zgubiłam pierwsze kilogramy i zamierzam więcej, ale nie uatrakcyjnię moich notek codziennym menu, sumowaniem kalorii tudzież podniosłymi pieśniami opisującymi heroiczną walkę głodówkową. Są rzeczy poniżej ludzkiej godności, a stosowanie diety grejfrutowej / marchewkowej / mandarynkowej stawiam gdzieś pomiędzy okradaniem bezdomnego, a zgłaszaniem się do teleturniejów, w których główną rolę gra wykrywacz kłamstw.
Kalorii z resztą też nie liczę. A przed chwilą zjadłam batonik Kinder. Doskonale zdaję sobie sprawę, że jedyne, co działa destrukcyjnie na moje garfieldowskie kształty to skrzyżowanie diety NSzPS (Nie Szamaj Po Siódmej) i RRzS (Rusz Rzyć Swą). Nic ciekawego.

Ach, dobrze. Powiem publiczności w studiu co jadłam wczoraj.
Dostałam niegdyś od Mamy Dzjiunji książkę o wdzięcznym tytule „Kuchnia Żydów Polskich”. Do dzisiaj zastanawiam się, dlaczego. W każdym razie, również niegdyś, postanowiłam, że przetestuję przepisy, może w końcu nauczę się gotować coś więcej niż jajecznicę (za to naprawdę, ekhm, odpicowaną – Gangsta Magu potwierdzi) i ryż z horteksową mrożonką. Dobry rok zajęły mi przygotowania psychiczne (w międzyczasie nauczyłam się robić makaron ze szpinakiem i kurczaka kery do ryżu, bo wszystkie cztery rodzaje mrożonek mi się znudziły).
Wczoraj ja, plus dwie naprawdę odważne kobiety zarządziłyśmy obiad po żydowsku. Miałam się zająć zupą cytrynową. I nie mam pojęcia jak można ją zjeść z przepisowymi „18 dag cukru”, albowiem, zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, znośna robi się dopiero jakieś pół kilo cukru później.
Cóż, „Julie & Julia” to ja nie zostanę. Mum będzie mocno zawiedziona.
Ktoś wie, gdzie w Kroke sprzedają dobre falafele?

Wiosnę uważam za przybyłą.
Mimo całego tego słońca i ogólnej pomyślności mam wielką ochotę utopić marzannę. I to nie jedną.

[♪] Eluveitie - [Spirit] "Uis Elveti"
[straszni panowie groźnie, śmiercionośnie, pogańsko, wikińsko, czarno, metalowo charczą do mikrofonu...
...o dolinkach, rzeczkach, górkach, zwierzątkach hasających po łąkach pięknej Helwecji; puszczam sobie co rano i nie mogę się nie uśmiechać... śmiać. Tak. To bardziej śmiech.]

27 marca 2010 [22:44:04]

[Soundwatcher]

tu! tu pyknij! (8) || Wyślij wiadomość ||