. improwizacja-mniejsza

Servus catulus est! - zwyczaj lingwistyczny

Wtorki zostały oficjalnie ogłoszone dniem łaciny. I niech mi mleko w lodówce skiśnie, jeśli kiedykolwiek odważę się ją olać.
Języków zawsze zaczynam się uczyć od zwrotów najpotrzebniejszych. Angielski zaczął się od piosenki z „Króla Lwa” pana Eltona. Sindarin od pytania o drogę do toalety (popartą wywodem niemal filozoficznym o zwyczajach Elfów Szarych w tym zakresie, bo dziadek Tolkien na ten temat, nie wiedzieć czemu, milczał). Francuski od przeklinania (”merde!”). Hebrajski od modlitw (Psalm #150 – bo tylko ten miałam w wersji audio na płycie P.O.D. „Fundamental Elements of Southtown”). Jidysz od piosenki o ziemniakach.
Niemieckiego się wyrzekam, a jedyne, co pamiętam, to początek piosenki o tańczącej wszy – chyba nawet sam Sztefyn Myla śpiewał na kasecie dorzucanej do podręcznika. Poważnie.

Łacina zaczęła się od przywołania niewolnika i wyzwania go od „psa”.

[♪] Corvus Corax - [Cantus Buranus] "Lingua Mendax"

2 kwietnia 2009 [23:07:31]

[Zwyczaje Fiolkus Fasolkus]

tu! tu pyknij! (3) || Wyślij wiadomość ||

Pogański zwyczaj lania wody

Olewam Lany Podziałek.
I tak już od dwóch lat. Czuję co raz większą więź z Ebenezerem Scrooge’m i już szykuję ciasteczka i mleko dla trzech duchów. Nie mogę napisać, że świąt nie lubię, nawet już mnie nie męczą. Piszę „już”, bo zanim ów „już” nastąpiło, Mum była pełna werwy, niczym kobieta na peerelowskim traktorze. Było czesanie trawy, składanie śmieci w origami i malowanie kwiatków rosnących od strony ulicy. Teraz wypełniamy tylko niezbędną część tych pięknych, staropolskich, przedświątecznych obrządków, niezbędnych, aby święta świętami nazwać. Liberalniej jakoś. Zupełnie nie to samo.
Nawet piernik w tym roku nie wyszedł. Dwa razy.
[!] Za to widok tró metala z koszyczkiem przystrojonym puchatymi kurczaczkami nadal jest urzekający. Rekompensuje mi spędzenie piętnastu minut w miejscu, w którym w sobotni poranek wielkanocny zbiera się tyle obłudy, że nawet gmach na Wiejskiej by tego nie pomieścił.

Osobą, która najbardziej mnie dzisiaj olała jest MR Wiosełko. Który miał przyjechać, a nie przyjechał. Pozostaje zasiąść na balkonie z kawą w kubeczku i poczytać o Żydach, tak dla odmiany. Od czasu do czasu lekturę sobie zmieniając na pana Schmitt’a, który raczej mnie irytuje niż zachwyca, bo mam nieodparte przeczucie, że zakończy „Przypadek Adolfa H.” tak, jak zakończyć należy. Bo w sumie po co pisać książkę pt. „Co by było gdyby przyjęli Hitlera na ASP” jeśli nie po to, aby z satysfakcją udowodnić czytelnikom, że Fuhrer był nam pisany tak czy inaczej.
Ja bym się poznęcała. Mając taki pomysł na miejscu autora poznęcałabym się nad czytelnikiem. A nich nie śpi ze dwie noce przez mnie odganiając ręką myśl natrętną, że "Gdyby w tym i w tym momencie taki i śmaki powiedział Hitlerowi sramto i owamto, to nie byłoby tych sześciu lat..."
Po stwierdzeniu "Adolf mógł nie być Fuhrerem" następuje lawina dręczacych pytań. Z faktem "Adofl Fuhrerem miał zostać" mozna się tylko nie- / zgodzić.

[♪] Isaac Stern & John Williams - [Fiddler on the Roof] "Prologue And Tradition & Main Title"
(jakoś tak bardzo mi pasuje na dzisiaj - uśmiechając się kącikiem ust)

13 kwietnia 2009 [19:08:41]

[Mniejsza Propaganda]

tu! tu pyknij! (9) || Wyślij wiadomość ||

Status wasala motoryzacyjnego - Wielki E.

Zdanie prawa jazdy w WORDzie to bułeczka z masełeczkiem w porównaniu z egzaminem u Wielkiego Eduarda. Z natury nieufny twierdzi, że zalaminowany papiórek w portfelu upoważnia może do kierowania pojazdami kategorii Be, ale pod warunkiem, że nie zapłacił za nie własną krwawicą. Toteż zanim zostanie się w pełny suwerennym kierowcą, należy wyjeździć kilkanaście godzin z Wielkim E. w roli instruktora - system iście ÓeSAński.
Jak do tej pory egzamin oblała tylko Mum i to kilka razy, która co jakiś czas ma zrywy narodowościowo-wyzwoleńcze w imię idei powrotu za kółko po dwudziestu latach. W sumie nie można jej się dziwić. Jazdy w pewnym momencie przekształcają się z nauki radzenia sobie z pojazdem kołowym w doskonalenie umiejętności prowadzenia auta jadącego pod prąd na autostradzie w towarzystwie panikarza – choleryka podczas ucieczki przed mafią rosyjską. Poziom adrenaliny i stresu mniej – więcej ten sam. Po czymś takim można spokojnie szmuglować całe stada małych Meksykan do ÓSA i nawet brewka nie drga.
Wielki Eduardo, na co dzień człowiek bardzo konkretny, kiedy siedzi na siedzeniu pasażera potrafi zaprzeczać sobie z częstotliwością, która miałaby szanse odnotowania w Księdze Rekordów Guinessa. Do tego kurczowe trzymanie hamulca ręcznego może skutecznie zredukować pewność siebie u początkującego kierowcy do minimum niezbędnego, żeby następnym razem jednak zebrać się w sobie i poprosić o kluczyki.
Motywację mam. Jakoś to przeżyję. Wszak te wszystkie UAZy i Samuraje czekają na mnie gdzieś w przestrzeni, a same jeździć nie będą. Ktoś je musi tankować, kochać i wyprowadzać na spacer, co by się w błotku wytarzały.

[♪] tobyMac - [Portable Sounds] "Ignition"

20 kwietnia 2009 [12:57:49]

[W rolach głównych]

tu! tu pyknij! (5) || Wyślij wiadomość ||

Cennik (w trzech akapitach)

Dokonało się. Niegdyś, a chyba dobre pięć lat temu to było (nie za bardzo mi się chce przekopywać archiwum) napisałam, że na studiach będę niczym Edi. Owszem, lodówka, ale zamiast prowiantu trzymać w niej będę książki.
I tak oto wczoraj wydałam ostatnie pieniądze na terenie my-piku w ramach promocji „3 za 2”. Teraz moją jedyną nadzieją jest szybki kurs ascezy połączonej z postem. Albo zupki fpięćminut za 60 groszy.

„Przypadek Adolfa H.” dość przyjemnie mnie zaskoczył. O ścianę nie rzucił, ale musiałam kiwnąć głową z podziwem i oddać honor. Bardziej niż powieść przekonał mnie do tego dziennik pana Schmitt’a, bo odnosiłam wrażenie, że pomimo ciężkości tematu jednak trochę się zabawiał. Neutralizował pewne aspekty takimi smaczkami jak postać doktora Freuda, uczynienie z Hitlera chodzącej groteski (bardziej smiszno niż straszno?), a z Adolfa H. jednego z prekursorów surrealizmu.

Dziennik natomiast, droga publiczności w studiu, pokazuje, że pisanie książek to jednak także rzecz duchowa, to szamanizm i ważenie wywarów – czasami nawet z nietoperzych skrzydełek.
Uspokajam się za każdym razem, kiedy okazuje się, że nie tylko ja tak to postrzegam.

[♪] Arcana - [Cantar De Procella] "Chant Of The Awakening"

24 kwietnia 2009 [22:11:31]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (2) || Wyślij wiadomość ||