. improwizacja-mniejsza

Wymyśliłam sobie maturę podstawową z francuskiego ku przerażeniu rodziców. A żeby tę maturę zdać, wymyśliłam jeszcze szkołę językową / korki / kurs korespondencyjny* (*wyjdzie w praniu). Po moim oświadczeniu o planach na najbliższą przyszłość o mało nie zaczęto przeganiać mnie krzyżami, czosnkiem i wodą święconą. Albowiem niemożliwością jest nauczenie się języka przez trzy lata**. Albowiem niemożliwością jest znalezienie w Zawierciowie przyzwoitego nauczyciela**. Albowiem niemożliwością jest zorganizowanie funduszy**. W ogóle niemożliwości wokół mnie naroiło się nagle, stężenie na metr sześcienny wynosi prawie tyle co w polskim parlamencie.
[!]** Co oczywiście wierutną bzdurą jest, jak też wyjaśniłam rodzicom zawzięcie rękami machając. Generalnie nie da się tylko dostać piątki na semestr z fizyki w KLOPie i nauczyć chomika jeździć na wrotkach.

Wielki Eduardo przejął się tym moim machaniem. Dwa dni później wkracza oto z miną dumną.
Wlk. Eduardo: Patrz co ci kupiłem!
Fiol: (patrzy to na Eduarda to na PRZEDMIOT z nikłym ognikiem zrozumienia w oczach)
Wlk. Eduardo: No, satelita! Żebyś mogła oglądać wiadomości po francusku.
Wiosek: Wielki Eduardo okazuje swoją troskę o nas za pomocą prezentów typu „praktyczne”. Na przykład moja Mum dostała kiedyś na imieniny betoniarkę (bośmy na etapie budowania domu byli). Ja dostałam satelitę. Oczywiście mundial nie ma tu nic do rzeczy, a ja jak się rozpędzę to może Czeskiego jeszcze się nauczę. Ostatnio nawet „Matrixa” po czesku obejrzałam, to kto wie…

No. A dzisiaj w nocy zmierzam sobie w kierunku Austrii. Słońce, żółte kwiaty na alpejskich łąkach, krowy i świstaki zawijające je w te sreberka. Do pracy jadę. Znowu „zbierać materiał”. Ha.

♪ "No, klaszcz!" - Kazik Staszewski

4 maja 2006 [18:34:34]

[Główna]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Badania dowodzą, że pięć zarwanych nocy odsypia się od godziny trzeciej rano do w pół do drugiej po południu. Przynajmniej u Fiolki. Aż dziwne, że Mum nie tyrpała mnie natarczywie w okolicach godziny dwunastej, co by sprawdzić, czy jeszcze żyję. Chociaż pewnie tyrpałaby, gdyby ostatnio nie popadła w druga skrajność, czyli luzactwo okrutne, jeśli chodzi o osobę jej najmłodszej córki.
Otóż sieć moja stwierdziła, że po zmianie numeru telefonu na pewno nie potrzebny mi roaming, skoro nie wyrażałam błagań i modlitw w stronę biura obsługi klienta pod numerem 2601. Więc odcięta od świata byłam właściwie (co nie było znowu takie fe). Tuż przed granicą z Polską dodatkowo telefon mi się rozładował, więc zadzwonić musiałam od Kolegi Brata Młodszego, modląc się, aby nie odebrał jakiś strażak, ordynator szpitala czy śledczy, którego na pewno Mum zdążyła już zwerbować.
Mum: Halo?
Fiol: Mum? Żyję. Jestem na granicy polskiej, będę za jakieś dwie godziny.
Mum:Dooobrze…
Fiol: (myśli: What da hell?) Mum? To ty? Nie zwołałaś jeszcze straży pożarnej, pogotowia, policji?
Mum: No, nie. A stało się coś?
Kobieta nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. To tak, jakby Britnej Spirs zaczęła śpiewać.

Natomiast co się tyczy mojego „zbierania materiału”, to wyrobiliśmy dwieście procent normy, bo włączyliśmy dyktafon cztery razy, a nie dwa, jak przewidywaliśmy. Jesteśmy zaskoczeni. Ale góry zawsze sprawiały, że zaczynałam wymagać od siebie więcej niż przygotowania się do kartkówki z historii.
Pierwszy wypad, na którym znaleźli się na tyle inteligentni ludzie, którzy zauważyli, że we włóczeniu się po sklepach jest tyle sensu co w pakcie stabilizacyjnym. Więc oto zrobiliśmy sobie przebieżkę po knajpach, a tyle kasy, co wydałam na kawę, to nie wydałam jeszcze nigdy chyba. Niby nie wiemy czym różni się wiedeńska Zara od warszawskiej, ale za to wiemy co to jest „Schlag” jeśli chodzi o kawę („Zawsze chciałam wypić coś ze szlagiem, cokolwiek to jest”). A niby trzy lata się uczyłam niemieckiego.
A przez dobre 15 minut gapiłam się na moje wymarzone wino zwane Chateau Latour, rocznik ’88 (trochę nie ten, ale przeżyłabym). Dotknąć butelki nie mogłam, bo leżało za szybą. I kosztowało 299 ojro.

[!] Pierwszy raz przeklęłam w placówce religijnej, nawet nie zdążyłam przekonwertować tego na francuski, wyrwało się. Usprawiedliwia mnie tylko to, że popełniłam przekleństwo we wnętrzu kościoła gotyckiego. Na zewnątrz ograniczyłam się jeno do pozwolenia mej szczęce na spokojny upadek z hukiem na chodnik. I tak przekonałam się, że uwielbiam architekturę gotycką.

A Apokalipsa wg. Kolegi Romanka brzmi: „Wszyscy się zgrzejemy”.
Krótkie acz dosadne.

♪ "No Leaf Clover" - Metallica (oczywiście "S&M")
[razem z Kolegą Młodszym Bratem, który uwielbiał śpiewać razem z empetróją, a co całkiem nieźle mu wychodziło. w drodze "z powrotem", ciarki wielkości brzskwini i podnoszenie palca w co lepszych momentach. jednym słowem mroo...]

8 maja 2006 [19:52:35]

[Główna]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Dziwną zależność u siebie zaobserwowałam. Im bardziej bolą mnie mięśnie po w-fie tym mniej go nienawidzę.
Biorąc pod uwagę fakt, że chodzę raczej rzadko (przyp. tłum.: właściwie u Fiolki ze słowem „w-f” bardziej wiąże się słowo „odwiedzam” niż „uczęszczam”), a przy grach zespołowych raczej się nie zmęczę (przyp. tłum.: trudno jest się zmęczyć z tak wybitnie umiarkowanym poświęceniem dla gry), tak więc zajęcia z gimnastyki wyeksploatowały mnie nieco. Ruchy miałam lekko ograniczone, jednak daleko było do uczucia po rajdzie ekstremalnym (który to w tym roku opuściłam, zaczynam żałować), kiedy to człowiek zaczyna marzyć o deskorolce na której spokojnie mógłby się przetoczyć do kibla i z powrotem. Oj, daleko. Jednak świetny sposób znalazłam, dobiłam się trochę moim nieśmiertelnym streczingiem jak i obdzieraniem ścian na korytarzu (przez dobry kawał czasu geneza tego zjawiska była dla Mum co najmniej tak samo nieodgadniona, jak przyczyna kręgów w zbożu) moim patyczkiem w wersji mini, którym zawzięcie macham od jakiegoś czasu. Bo jak to powiedział Viggo Mortensen w „Ból jest dobry, bo wiesz, że jeszcze żyjesz”. O.
[!] I to jest właśnie odpowiedź na pytanie „Fiol, skoro tak nienawidzisz w-fu, to dlaczego nie załatwisz sobie zwolnienia na cały rok?”. Bo okrutnie potrzebuję zestawu „Mały masochista”. Poza tym na coś narzekać trzeba, bo człowiek by zwariował.

Przy okazji chciałam pomachać łapką naszemu nowemu ministrowi edukacji. Dawno już się tak nie uśmiałam na czytaniu wiadomości porannych. Bo jeno śmiech nas ratuje w tych smutnych czasach, kiedy na festiwalu o wdzięcznym tytule "Eurowizja" umiejętność śpiewania jest nielegalna, kiedy rektorzy wyższej uczelni polonistycznej piszą rozszerzona maturę z tegoż przedmiotu z wynikiem bardzo średnim, a edukacją zajmuje się ten, kto się zajmuje. Jednak kierując się fiolkową filozofią, że „nigdy nie może być tak całkiem do dupy” pozostaje mieć nadzieję, że minister nasz ustanowi więcej świąt kościelnych wolnych od nauki.

♪ "Temple of love" - Sisters of Mercy [fazę mamy na zestaw instrumenty szarpane + instrumenty smyczkowe, oj tak]

14 maja 2006 [12:47:38]

[Główna]

tu! tu pyknij! (5) || Wyślij wiadomość ||

W domu pełnym dzieci, kobiet w/po ciąży, pełnym babć i dziadków, którzy powinni dbać już o cholesterol no, co tu dużo mówić, w końcu musiało do tego dojść. Prędzej, czy później.
Globalne odchudzanie.
Co przy moim garfieldowskim stylu odżywiania równa się globalnej katastrofie. Mniej więcej.
Bo nabawiłam się brzydkiego nawyku jedzenia przy książce, jedzenia przy SONNY’m, jakbym oglądała telewizję, to jedzenia przy telewizji. Biorąc pod uwagę, że niczym innym w zasadzie się nie zajmuję, to jem permanentnie wręcz, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu jest niesamowicie przyjemnym grzechem głównym. Kiedyś może przyjdzie do mnie Kevin Spacey i wsadzi mi twarz do miski makaronu, kto wie…
Pozytywną stroną mojego przyzwyczajenia jest to, że jeść mogę w zasadzie wszystko, niekoniecznie czekoladę czy inne produkty z alpejskich łąk i świstaków. Mogą to być równie dobrze rzodkiewki, czy inna zielenina, ba! Fiolka jest osobą wybitnie roślinożerną, wdzięczna bym była.
Bo to zupełnie nie moja wina, że w kuchni Mum do zakwalifikowania jako przekąskę nadają się li i jedynie kostki czekolady Wedla, ewentualnie biszkopty. Warzyw i owoców zwyczajnie nie ma. NIE MA. Nie ma.
A na mój postulat „więcej zielska!” owszem, odpowiedziano. Zakupiono banany.
I tak oto Mum wpadła na genialny pomysł. Zaczęła wlewać w Fiolke magnez, który niby ma sprawić, że słodyczy odechce mi się tak szybko, jak odechciało się żyć co poniektórym po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich. Więc wypiłam magnez rzeczony, po czym zagryzłam go batonikiem o wdzięcznej nazwie „Kinder”, który na pewno zawijał ysterajśki świstak.
Nie powiem Mum, że mój problem raczej tyczy się żywności ogółem. Bo ten magnez dobry jest. Jak oranżadka pomarańczowa.

Mum: No, a wieczorem sobie poćwiczę.
Fiol: Dobra… To ja zjem te dwa ocalałe wafelki, żeby cię nie kusiły…

[dopisek zwany apdejtem]
e? [!]
A kliknęłam tylko "Opróżnij kosz".
Zone... Zgadzam się na ten format... Jak tak dalej pójdzie, to sobie mózg usunę przez przypadek, no...

♪ "Bitetr Sweet Symphony" - The Verve

15 maja 2006 [19:42:56]

[Główna]

tu! tu pyknij! (14) || Wyślij wiadomość ||

Na dobry początek powiem kochanej publiczności zebranej przed monitorami, że przystałam na propozycję Wielkiego Eduarda i jego szanownej małżonki zwanej Mum. Jadę z nimi na pięciodniową wycieczkę. Tylko dlatego, że w planach na pierwszy dzień jest zwiedzanie Malborka.
Bo wszystkie dzieci się ze mnie śmieją, jak mówię, że nigdy w Malborku nie byłam.
Poza tym nie będzie mnie w szkole przez piękny, czerwcowy, bity tydzień.

Raczej jest pięknie, co tu dużo mówić. Do książek podręcznikowych zaglądam śladowo, Prof. Szakira stwierdziła, że umiem jakiś dział fizyki na cztery (nie pytajcie jaki, naprawdę już nie pamiętam), nasz Nowy Minister Edukacji zainspirował mnie do napisania kolejnej części „Fiolki Absurdu”, mamy miejsce na imprezę ogniskowo-gitarową, a jakiś Belg skoczył sobie dzisiaj ze spadochronem z Wieży Eiffla. „Pozytywnie…”
[!] Jak wiadomo, naturalnym odruchem Fiol na dużą dawkę szczęścia jest chandrodepresja, a najsmutniejszą piosenką reggae jaką w życiu słyszałam jest „Idzie na burzę…” Grabaża i Strachów na Lachy.

O, a dzisiaj Eurowizja jest. Zawsze mnie ciekawi jak bardzo europejska publiczność nie zrozumie reprezentacji Norwegii i jaki będzie rekord jeśli chodzi o warstwy kostiumu do zrzucania (bo to bardzo dżezi jest od czterech lat, dwa lata temu jakaś pani miała 4, słownie: cztery, warstwy). No i czy się nie pomylą i nie zrzucą tego kostiumu do cna.

♪ "Dygoty" - Grabaż i Strachy na Lachy

18 maja 2006 [21:59:24]

[Główna]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Z cyklu: „Wewnętrzny Krytyk Muzyczny wylazł z foremki”
Tak śmiesznie na festynie zwanym Eurowizją nie było dawno. Oj, bardzo dawno. Niby wszystko po staremu. Niby Grecja dała punkty Cyprowi i vice-wersa. Niby Norwegia znowu była najlepsza i niedoceniona. Niby stężenie brokatu, cekinów i diamencików w paznokciach przekraczało ilość bezpieczną dla zdrowia człowieka. Niby panie znowu się rozbierały. Niby usłyszałam mnóstwo piosenek, których prostota sugeruje głupotę. Niby Szwecja wysłała szesnastą ABBĘ. Niby Finlandia wysłała ekipę bojkotującą. Niby jak zwykle. Ale.
No wygrał, kto wygrał. Finlandii bojkot się niechcący / na reszcie (jedno nie wyklucza drugiego) udał. I nie mogę napisać, że wcale mnie to nie zaskoczyło.
Fakt, Lordi byli ciekawi, złamali konwencję, ale muzycznie nadal było tak sobie. Mimo wszystko Jurowiżyn to nie Jarocin, to nie Rava Blues, to nie Trzy Kolory. Tu nie ważna jest muzyka, Jurowiżyn to wydarzenie medialne, które oglądają ludzie po ciężkim dniu pracy. A że w roku 2006 do telefonów dorosło pokolenie wychowane na erpegu „Magia i Miecz” jak i wyżej wymienionych spędach okraszonych muzyką smaczną, i to oni teraz w większości leżą zmęczeni przed telewizorem, to wyszło co wyszło. Ot, bojkot Finlandii poparli.
Pozostaje mieć nadzieję, że teraz Jurowiżyn stanie się konkursem bardziej rockowym niż popowym. I że w końcu nie będę musiała co chwilę włączać opcji „mute”. A biorąc pod uwagę fakt, że parę lat temu pewna pani Turczynka zapoczątkowała modę na folklor, która to utrzymywała się przez kilka następnych konkursów, to całkiem prawdopodobne, że za rok liczba klonów ABBY będzie zredukowana o połowę. Przynajmniej.
Miejmy nadzieję również, że ich miejsca nie zajmie druga skrajność efekciarstwa, mianowicie kiczowatość zła i mroczna. Mówiąc wprost, mam nadzieję, że nie wyślemy Behemotha za rok.
O, i to też się zmieniło. Fiol ciekawa jest, co będzie za rok. Bo do tej pory jakoś mało obchodziło mnie to, że wysyłamy do Europy hm… artystę, za którego trzeba się będzie wstydzić, bo hm… artysta ten tonął w podobnych sobie kiczowatych hm… artystach. I tak naprawdę Jurowiżyn Fiol oglądała dla dwóch występów (rok w rok najlepszych, rok w rok niedocenianych) i, oczywiście, genialnego komentatora (bo zawsze mówił to, co myślałam).

No, ulżyło mi. Zapraszamy Wewnętrznego Krytyka Muzycznego z powrotem do foremki, przy dźwiękach bardzo adekwatnych:

♪ "Butelki z Benzyną i Kamienie" - Cool Kids of Death

21 maja 2006 [20:05:18]

[Główna]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Fiol stwierdziła, że na studiach dziennikarskich zanudzi się na śmierć. Albo nawet na dwie śmierci. Co by nie dopuścić takiej sytuacji, postanowiła iść na filologię bliżej nieokreśloną za przykładem wielu dziennikarzy włączają w to panią, która dorobiła się własnego programu w trzyliterowej stacji, w którym ludzie spowiadają się ze swoich urzekających / tragicznych historii życiowych, a która studiowała z moją ciotką język papy Stalina. Ciotka została nauczycielką. Dygresja taka.
Filologia Fiolki może być dowolna, byle nie angielska (bo sensu w tym większego nie widzę) i germańska (scheisse).
Jak znam siebie (a znam się już siedemnaście lat z hakiem) to stanie na francuskim i jakimś języku, który nigdy mi się nie przyda. Im mniej się go używa tym lepszy. Szkoda, że nie wykładają sindarinu, naprawdę.
Fiol: …bo jakbym poszła na filologię romańską, to oprócz francuskiego i łaciny mogłabym sobie wybrać jeszcze jeden język, portugalski na przykład.
Wielki Eduardo: Noo… Portugalskiego byś się mogą nauczyć…
Fiol: A tak w ogóle to chętnie bym szprechała w jakimś tureckim, albo po norwesku…
Wielki Eduardo: Chińskiego byś się nauczyła. Teraz cały handel to z nimi się będzie odbywał przecież.
Fiol: Ech… Chiński… To już wolałabym japoński.
Wielki Eduardo: (wzdycha) Ja to bym na twoim miejscu poszedł na… (chwila ciszy) kowalstwo ozdobne.
I tym sposobem dowiedziałam się kim Eduardo zawsze chciał zostać i co będzie robił na emeryturze. No, cóż… Jedni oglądają seriale, inni sadzą badyle w ogródku…

A Mum wczoraj przybiegła z komórką do mojego pokoju, gdzie siedziałyśmy z Zone i kulturalnie spożywałyśmy śniadanie.
Mum: Dziewczynki, wyślijcie eSeMeSa na listę przebojów, bo Bunkier przegrywa tylko setką głosów!
Po czym rzuciła numer, kazała wysłać głos od siebie, dopilnowała że sama wysłałam też po czym wyszła w spokoju ducha.
Gwoli wyjaśnienia, Bunkier to zespół punkowy, lista przebojów to ta z radia Bis, wygrać mają dlatego, że pozwolą im później nagrać płytę w profesjonalnym studiu, a Mum to Mum. Jak widać a załączonym obrazku.
I jak tu pozostać normalnym. I jak tu nie kochać.

[!] To u nas trzy pokolenia wstecz co najmniej. Swojego, peerelowskiego czasu Eduardo jeździł na ekhm… „wycieczki” do Turcji i okolic (jak większość z resztą), kupował co się dało, po czym przywoził do kraju i sprzedawał komu się dało. Zabrał raz na taką ekhm… „wycieczkę” Pana Dziadka. Zdziwienie na granicy było wielkie, kiedy okazało się, że Pan Dziadek ma w torbie pełno suszarek do włosów mimo że sam łysiutki jak kolanko. Na sakramentalne pytanie: „Po co to panu?” odpowiedział: „Aa… Bo ja czasami lubię się tak posuszyć”…
A przewiezienie 800 metrów kwadratowych firanek zapisanych li i jedynie na Wielkiego Eduarda to już inna historia…

♪ "Kyrie" - Taku Iwasaki

27 maja 2006 [12:01:05]

[Główna]

tu! tu pyknij! (12) || Wyślij wiadomość ||

Od dobrych ośmiu lat nie przejawiałam jakichkolwiek chęci / zdolności kulinarnych, przez co rodzina straciła nadzieję, że godnie reprezentować będę jej imię w kuchni domu studenckiego, swojego własnego, jak i jakiegokolwiek innego. Miałam być za to pierwszą osobą w rodzie, która jedyne co może w kuchni wyczarować to frytki, a chochelką najwyżej wydłubie sobie oko. Znaczy wstyd.
Ale dzisiaj… Dzisiaj dopadł mnie stwór zwany „zachciołem”. Jak wiadomo „zachcioł” jest dla zdrowia bardzo niebezpieczny, albowiem człowieka doprowadzić może do chodzenia w kółko bądź kwadrat, zniewolenia myśli, w najgorszym wypadku do paranoi.
A mnie myśli zajęła babka, mimo że zwana piaskową, to jednak trzeba ją wsadzić do piekarnika w celu późniejszego spożycia. Bądź wchłonięcia. Co kto woli.
I miejsca sobie znaleźć nie mogłam, nawet Pilipiuk i dzieło jego „Operacja Dzień Wskrzeszenia” mnie nie przykuło do fotela. Dałam za wygraną, zeszłam do kuchni, wcisnęłam do miski co trzeba, potyrpałam mikserem, wlałam maź do formy, cisnęłam z furią do piekarnika, po czym wylizałam miskę olewając ptasią grypę i wróciłam do mej nory. Zeszłam dopiero po przepisowych 45 minutach wiedziona całkiem przyjemnym zapachem. I kiedy wbijałam patyczek w wyłażące z formy ciacho, z sąsiedniego pokoju wysypała się Mum, zaczęła mnie ściskać z łzami radości w oczach i słowami „Noo!... Ciasto zrobiłaś! No proszę!”. Na moje nieśmiałe „Ale jeszcze nie wiem czy wyszło…” Wielki Eduardo zalegający na kanapie przed telewizorem z Benedyktem* rzucił: „Nie martw się, ty wiesz, że ja nawet zakalca zjem”.
Już wiem, jak się czuł Nevill kiedy dostał list z Hogwartu.
Szwagier zwany Czatalem: (niepewnie bierze twór do ust) Noo, ciotka… Nie wiedzieliśmy, że ty tak potrafisz… Co jeszcze umiesz, przyznaj się.
Fiol: (po chwili wahania, szeptem) Uwielbiam odkamieniać zlew. Ale ćśśśśś…

* Wielki Eduardo przyznał się, że bardzo chciał usłyszeć „Witam waś Poliaki ciule…”.

I okazuje się, że jak się dostanie od losu z tak zwanego nienacka trzy dni nicnierobienia, to człowiek nie wie jak sobie ten czas zorganizować. Oszaleć można, pieprzone czasy copywriterów z agencji reklamowych i oblewania matur rozszerzonych z angielskiego przez uczniów z sieji.
Stanęło na tym, że dokończyłam nudnego Grishama i zagłębiłam się w mity skandynawskie. No, zabijcie mnie, zazdrośni. A przecież Giertych, a przecież państwo kościelne i ogólne „nie pożądaj czasu wolnego bliźniego swego (bądź jednego i drugiego)”.

♪ "Czas czas czas" - Pidżama Porno

28 maja 2006 [20:13:15]

[Główna]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Czekoladowa czekolada, gorąca, teraz właśnie by mogło zacząć lać. Fiol czuje się paradoksalnie dobrze, średnik, zmęczona.
Widownia: Dlaczegóż? (albowiem na widowni zasiada dorastająca, polska yntelygencyja)
Fiol: Gdyż. (albowiem Fiol yntelygencyja tyż)
Gdyż Fiol była dzisiaj w szkole, kropka, koniec przekazu. Wystarczy, by być zmęczonym. A dobrze dlatego, że mam dziwne poczucie, że ze wszystkim zdążę, że wszystko załatwię, mimo roboty od tak zwanego groma. Chyba naoglądałam się za dużo anime o samurajach, którzy to zawsze spokój wewnętrzny i kwiat na tafli jeziora. Ewidentnie za dużo. Ale jak się ma w planach wieczór obcowania z kordełką, to życie może wydawać się cudowne.
Nawet jeśli łoże dzielić będę z biologią, przewodami pokarmowymi i innymi obrzydlistwami, które kryję w swych czeluściach, a których raczej bym nie dotknęła.
I nawet nie trafia mnie szlag na samą myśl o nauce rzeczy, których pamiętać nie będę po dziesięciu latach od liceum, czego żywym dowodem jest moja Siostra Prof, która to dzisiaj z absolutną pewnością swych słów wygłosiła pogląd, że Napoleon pisał listy miłosne do Marysieńki. Właściwie pomyliła się tylko o niecałe dwieście lat. Jak ja powiem, że tłuszcze trawią się w żołądku, to pomylę się najwyżej o dziesięć centymetrów.
Zacznijmy od tego, że nikt nie będzie pytał o takie rzeczy krytyka muzycznego, który to z założenia na niczym się nie zna, a na muzyce to już w ogóle.

↓ tu znajduje się gratis donotkowy ↓
GRATIS
↑ tu znajduje się gratis donotkowy ↑

Więc może jednak zostanę hip-hopką?

A jeśli chodzi o notkę Y., która to potrzebowała bitych 56 (słownie: pięćdziesięciu sześciu) argumentów, aby udowodnić ludzkości, że nie czuje się pełnowartościową (stereotypową) kobietą, oto proszę, publikuje własną wersję.
Początek listy.
1. Jestem Fiolką.
Koniec listy.
Dziękuję, zapraszam do szatni.

[!] I cóż, że Papież wyjechał i słowa o ciulach nie powiedział. Za to nasza reprezentacja piłki nożnej przegrała sama ze sobą.

♪ "Scared of You" - Nelly Furtado

30 maja 2006 [21:54:18]

[Główna]

tu! tu pyknij! (10) || Wyślij wiadomość ||