. improwizacja-mniejsza

To, że cokolwiek tu ruszyło nie znaczy, że mam własne wiadro internetu. Moja niechęć do TePe wzrasta wprost proporcjonalnie do wysokości kary, którą będą musieli zapłacić za przetrzymywanie mojej umowy. Trzysta polskich, nowych dziennie. Próbuję udawać, że daje mi to dziką satysfakcję. Wmawiam sobie, że taki rodzaj zemsty całkowicie mi wystarczy.

Dziennikarze po socjologii odnotowali postęp w swojej pracy. Wymyślili nazwę dla kolejnego pokolenia. Po święcie buntującym się Dżej-Pi-Tu nastąpiło nie buntujące się Em-Pi-Fri (wybaczcie mój ruski akcent). Dajcie znać, jak wynajdą brakujące ogniwo pomiędzy nimi. Jeśli chodzi o nazwę to proponuję pokolenie Ar-Pi-For (co by zachować konwencję, że wszystkie muszą brzmieć jak imię droida ze „Star Wars”). Charakteryzują się ogólną dezorientacją: czytając wiadomości poranne nie tylko nie wiedzą, czy buntować się czy nie, ale też śmiać się, czy płakać.

[!] Potrzeba było Fiolce nocy przed monitorem.
Nie narzekać, że kolumna na notki za wąska, obrazki za ciężkie, coś nie styka, nie mryga, i nie jest valid. Przynajmniej nie jest już ciemno, a to z tego tytułu, że mój wewnętrzny Garfield przebudził się (oklaski). Ziewnął tak, że mógłby zagrać z niemej wersji "Braveheart'a" ekipę Mela Gibsona krzyczącą rozdzierająco sławetne "Freedom!".

Mam mocne postanowienie poprawy: dzisiaj się wyśpię.

♪ "Message for the Queen" - Tyler Bates
[Dobrze się słucha score z "300" w środku nocy z Księżycem na niebie, oj, dobrze...]

1 maja 2007 [1:16:43]

[Główna]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

Puszka czarnej farby w pokoju Fiolki jest bardzo ważna. Bardzo.
Pozwala rozładować napięcie artystyczne, chęć tworzenia sztuki przez duże SZT i „o” z kreską. Pozwala poczuć się jak Michał Anioł bez konieczności chodzenia (i spania) w butach przez miesiąc bez ich zdejmowania.
Na pewno wiele razy pisałam o puszce czarnej farby i tym co z nią wyczyniam ku przerażeniu Wielkiego Eduarda, który posądza mnie o okultyzm i przynależność do sekty Świetlistego Śrubokręta. Krzywdzące te wnioski wysuwa na podstawie wzorków pseudo-afrykańskich, napisów zapisanych tengwarem i cytatów zapisanych staro-włoskim (na tyle starym, że sam Dante go używał), które widnieją na ścianach w moim pokoju.
Puszka czarnej farby to wolność. Puszka czarnej farby to artefakt +2 do perswazji i +3 do dyplomacji. Dajcie mi puszkę czarnej farby, a ustanowię wolność słowa na każdym zadu… każdej zarzyci świata.
Toteż kiedy puszka czarnej farby zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach (zapewne państwa komunistyczne sprzymierzyły się i posłały po nią swoich agentów) poczułam wewnętrzną pustkę. I zewnętrzną bezbronność. I jeszcze parę innych uczuć, których język polski nie jest w stanie nazwać (język francuski potrafi określić jedno z nich: deja vu, ale to pomińmy…).
Jestem człowiek leniwy, więc nie poszłam po puszkę czarnej farby z tak zwanego kopyta. Stwierdziłam, że póki mogę, bazgrać po ścianach będę ołówkiem. Do sklepu wybiorę się… wybiorę się… kiedy przyjdzie na to odpowiedni czas (czyt. Najwyższy, czyli taki, w którym brak puszki czarnej farby będzie palił moje nerki i zatrzymywał akcję serca).
Czas nadszedł dzisiaj. Obudziłam się po przepisowych siedmiu godzinach snu. W brzuszku czułam jeszcze imprezowe spagetti made by Szaci und Zone Corporation zjedzone około godziny 2.30 AM. Mimo to pierwsza moja MYŚL (pisana CAPSEM gdyż jest to specjalny rodzaj myśli, ale o tym kiedy indziej…) nie dotyczyła imprezy, nie dotyczyła nawet jedzenia. Dotyczyła, jak łatwo się domyślić, puszki z czarną farbą. I ciemnozieloną. Nie wiedzieć czemu.
To poszłam, bo i co miałam zrobić. MYŚL ma to do siebie, że jest natrętna. Podeszłam do pani sprzedawczyni i powiedziałam, że chcę puszkę czarnej farby. I ciemnozielonej. Nie wiedzieć czemu. Pani przechyliła głowę i zapytała: „Jakiej farby?”. Teraz ja przechyliłam głowę i zastanowiłam się. Powiedziałam już, że czarnej. I ciemnozielonej. Nie wiedzieć czemu. Powinnam więc teraz zacząć rzucać nazwami, albo chociaż kompetentnie wytłumaczyć do czego ona mi potrzeba.
Pomyślałam, że nie mogę powiedzieć nic o napisach w sindarinie, ani nawet w żadnym innym języku świata. „Do malowania na ścianach takich małych, eee… elementów” - uśmiechnęłam się. Przynajmniej mam nadzieję. A pani w tym czasie przechyliła głowę w drugą stronę dając znak, że nie bardzo rozumie.
No, masz.
Zaczęłam się więc miotać po sklepie w poszukiwaniu znajomej mi puszki, pani posłusznie miotała się ze mną. Wszak na kursach mówią, że klient ma zawsze rację. Nawet jak jest wariatem (i otwarcie nie chce się do tego przyznać).
Puszki brak. Załamałam ręce. Pani załamała też i powiedziała, że fakt, brak. Od razu zaczęła proponować pocieszającym tonem „farbę do fasad”, którą w końcu zakupiłam. Po naprawdę długim wahaniu.
Farba była w pudełku. Z drugiej strony nie mogłam wrócić do domu bez. Moje freski naścienne czekały.
W ten oto sposób na mojej ścianie pojawiło się kolejne dzieło przez duże UO. W ten oto sposób pod mą strzechę wróciła farba, już nie w puszce, a w pudełku. Czarna. I ciemnozielona. Nie wiedzieć czemu. W ten oto sposób na moim białym dywaniku powstała wielka, czarna plama, o której Mum nigdy się nie dowie (vanish + szybkie suszenie na balkonie – Mum jest chora i leży, nie było opcji, żeby wyjrzała na dwór i zobaczyła dywanik przewieszony przez balustradę).
A teraz… Do Chin! Jadę nieść wolność ludziom, którym nawet wyniki w gógle cenzurują. A co.

[!] Tak, własnie przeczytałeś 4061 znaków o tym, jak kupowałam puszkę czarnej farby. Eksperyment. A teraz tak zwana zagrycha. Stara co prawda, pewnie już dawno zatęchła i dostała nóżek, ale niektórzy zapewne się uśmiechną.

♪ "Dobry Gooral" - Psio Crew
[za każdym razem jak słyszę tę piosenkę płaczę ze śmiechu. A głupio jest płakać ze śmiechu na środku ulicy]

2 maja 2007 [22:32:00]

[Główna]

tu! tu pyknij! (5) || Wyślij wiadomość ||

Piękno takich poranków zwala mnie z nóg. To i siedzę na wszelki wypadek. Jest deszcz, jest gorąca kawo-lada (czego to ludzie nie wymyślą, żeby zapełnić półki w supermarketach) jest internet i święty spokój. Cieszmy się tą chwilą, droga publiczności, następna taka będzie chyba dopiero w wakacje.

Internet pojawił się, oklaski. Po wielu tygodniach czekania w końcu przyszło do nas pisemko od Konkurencji Nijosrady, w którym jasno i wyraźnie było napisane, że zrywa z nami umowę z „powodu niemożliwości technicznych”.
Już ja wiem jak te niemożliwości techniczne wyglądały.
[dygresja historyczna]Wiecie co to szał berserkerski?
Za górami, za lasami, za siedmioma fiordami żyli sobie Normanowie. I jak to każdy szanujący się wczesno-średniowieczny lud mieli hobby polegające na wygrywaniu bitew za pomocą bardzo krwawych metod. Oddział armii mieli. Elitarny. W skład której wchodzili berserkerzy. Nazwa pochodziła od słowa berserkir czyli po naszemu „niedźwiedzie koszule”. A to dlatego, że panowie przyodziewali w gustowne skórki zwierząt powyższych. Twierdzili, że przez to czują zwierzęcy zew, który pozwala zabijać im szybko, brutalnie i skutecznie, bo bez świadomości czynu. Po zwierzęcemu krótko mówiąc. Twierdzili, że potrafią wchodzić w trans, łączyć każdą swoja komórkę z naturą i przez to wpadają w szał, w którym zapominają, że tak naprawdę jest się pyłkiem, wątłym człowieczkiem, a nie potężnym pra-ojcem niedźwiedziem. Przez to byli nietykalni dla prawa, bo skoro byli w transie nie będąc sobą, to zwyczajnie nie mogą za siebie odpowiadać. Coś jak federalni w Ósa, u nas politycy.
Jak dla mnie to przed każdą walką zwyczajnie zagryzali obiadek grzybkiem halucynogennym (albo całą raklamówką), ale fakt historyczny jest faktem historycznym.[/dygresja historyczna]
Podejrzewam, że mam w sobie krew nie tylko Piastów, po drodze przemieszanych z jakimiś francuskimi właścicielami winnic (moje specyficzne upodobanie do specyficznego alkoholu), ale któryś z moich pra – dopotęgientej – dziaduniów na pewno był jakimś wikingiem.
Albowiem w godzinie, w której oczytałam pismo posłane z Konkurencji Nijostrady ryk przeraźliwy [grooo.mp3] przeszył Ziemię na wskroś. Katolicy pomyśleli, że to Apokalipsa, neo-poganie, że Ragnarok, buddyści, że Nowy Mały Budda osiągnął Nirwanę, a posłowie, że otwarto teczki IPNu.
A to byłam tylko ja. W szale berserkerskim. Ot…
Kto przysporzył „kłopotów technicznych” widomo było od razu. Miałam ochotę zmieść TePsę z absolutnie każdej powierzchni razem z ich monopolistycznymi ciągotami i bezczelną złośliwością, która nie pozwoliła im udostępnić łączy pod mój internet w szanownej Konkurencji. Miałam ochotę. Oj, gigantyczną.

Mam skrzynkę nazywającą się dumnie „lajwboks”. Już udało mi się wyłączyć ten obrzydliwy neon tp i uratować moją norę przed transformacją w Les Vegas o świcie. Działa. Aż miło.

Wniosek z tej przygody jest taki, droga publiczności w studiu. Dziadek Orwell miał rację. Z Wielkim Bratem walczyć można. Ale raczej się nie wygra. Nawet jak masz pra – dopotęgientej – dziadunia wikinga.
I znowu nienawidzę swojego dostawcy internetu. Tak już chyba będzie do końca życia. Ech.

♪ "Sounds Like War" - P.O.D.

6 maja 2007 [14:29:41]

[Główna]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Trzymam kursor na linku do wyników efsii. Klikam średnio co osiemnaście minut. Nie pytajcie, dlaczego co osiemnaście, nie jestem w stanie wytłumaczyć tego zjawiska, tu jest potrzebna „Strefa 11”. Klikam sobie więc tylko po to, aby dowiedzieć się, że „For the provided candidate number there is currently no result available… (…)” so on, so on, so on…
Mrs. Ce założyła się ze mną, że zdam. O ogromną Milkę z równie ogromnymi orzechami. Mam tendencję do brania udziału w zakładach, które tak naprawdę chcę przegrać. To jakaś choroba. Albo przekora. Albo chorobliwa przekora.
Ale, jak to optymistycznie ujął ktoś z forum ang khropka pele: „Ja jak uwalę, to i tak next year podchodzę do CAE.” Cóż. Jak Fiolka uwali, to i tak kupi Mrs. Ce ogromną Milkę z równie ogromnymi orzechami, a za dwa lata rzuci się na sipii. Nie będziemy się przecież rozdrabniać.
Prawo jazdy na razie mam gdzieś. Prawo jazdy dorzucą mi gratis, jak będę kupować UAZa w Rosji.

[!] Dzisiaj odkryłam jedną z tajemnic wszechświata.
Tajemnica wszechświata: PYK
A wy, frajerzy, płacicie słone pieniądze za większy transfer na serwerach.
Jutro… Kto, wie może też zadziała. Sprawdzę, czy uda mi się podwyższyć przesył z TePsy do 2048 kb. Podepnę psa do lajwboksa.

♪ "Fable (Dream Version)" - Robert Miles
[odnalazłam pana po latach.
...a jeśli chodzi o nową płytę Linkin' Park, co to ją dzisiaj odsłuchałam, to... powiedzmy, że wolę "Hybrid Theory". DUŻO bardziej.]

7 maja 2007 [20:52:46]

[Główna]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Weszłam dzisiaj do klasy numer sześć i pierwsze co zrobiłam, to wyciągnęłam z plecaka ogromną Milkę z równie ogromnymi orzechami.
Mrs. Ce przyznała, że zakładanie się o wynik z podchodzącymi do egzaminów jest bardzo opłacalne. Szczególnie, kiedy zakładasz się dzień po pisaniu tak zwanego ”Jós of Inglisz”. Już wiem, co ją trzyma w tym zawodzie. Mrs. Ce od marca teoretycznie jest już na emeryturze (jakoś nikt nie chce, żeby odeszła też w praktyce – tyczy się również uczniów). Przez te wszystkie lata na wszelakie egzaminy wypchnęła miliony ludzi. Jak nie więcej. Jeśli zakładała się o wynik przynajmniej z jednym podchodzącym na sesję… Też bym lubiła swoją pracę.
Be. Beeee. Be jak bezedura, Bóg i biegunka.
Oblany rajting przemilczmy. Gromkimi brawami można nagodzić spiking, na którym popisałam się umiejętnością improwizacyjnego słowotwórstwa (raczej słowozlepca grubymi nićmi szytego; no bo jak jest po angielsku „judaistyka”? he?) i trzeźwego myślenia. Moja historia z kategorii „co najbardziej niebezpiecznego zrobiłaś w życiu?” o zjedzeniu mydła (zapomniałam jak jest bombka choinkowa) musiała poruszyć serca. Aaa dostałam. Niemal (a może mal, dokładnych wyników jeszcze nie widziałam).
No. To teraz mogę wyjechać do Bostonu i uczyć polskich robotników angielskiego. A jak za dwa lata zdam cipii to przerzucę się na grupę z Rosji.

Pani Wena i Pan Entuzjazm, którzy ostatnio wylewają się ze mnie strumieniami i szukają ujścia w jakikolwiek sposób dzisiaj po przyjściu ze szkoły kazali mi zrobić ciasto. Na arkuszu z maturalnego lysningu wypełnianego wczoraj wyrysowałam setki stokrotek (za dużo czasu na przeczytanie polecenia). Na religii rozrysowywałam układ szablonu blogowego. Ciągle piszę. Nawet posprzątałam w pokoju. Pani Wena i Pan Entuzjazm powiedzieli: „Tfórz!”. To i tworzę. Kłócić się z nimi przecież nie będę.

Mam wielką ochotę iść sobie na jakąś zatłoczona ulicę, przysiąść gdzieś po boczkiem i pogapić się na przechodzących ludzi. Z kimś, ale bez słowa. A że niewielu ludzi zgodziłoby się na układ „milczymy przez co najmniej trzydzieści minut” to i plan mój nadal czeka na wykonanie.

♪ "8 dzień tygodnia" - Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach

9 maja 2007 [16:30:07]

[Główna]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

Piękno poranka psują dwie rzeczy:
1] Przytłaczająca świadomośc straty.
Wczoraj spontanicznie postanowiłam zrobić magiczne format:c i jak to zwykle bywa z magią, pociągnęło to za sobą ofiarę. Ofiarę w postaci najważniejszego z najważniejszych folderów na SONNY'm zawierającym tony TEKSTU zwanego potocznie raad.doc. Wszak jak kraśc to miliony.
Folder zanajdował się na dysku 'q', co dodaje całej sytuacj jeszcze więcej atrakcyjności i magicznych akcentów.
Ale jest nadzieja. Wszak każdy plik da sie odzyskać, co jest pokazane na przykład w „Przypadkach pana Skorpolowskiego” (tłumaczenia tytułów filmów zawsze są jakoś wypaczone, więc dlaczego nie przełtłumaczyć „Prison Break" właśnie w ten sposób?...).
2] Przytłaczająca świadomość nieszablonowości.
Własnej. W odniesieniu do maturalnego klucza odpowiedzi. Z perspektywy młodego człowieka tuż przed aktem płodzenia kolejnego wypracowania z języka polskiego na poziomie rozszerzonym.
Chałtury znaczy (bardziej chały niż tury moim skromnym zdaniem). Tym razem z „Ludzi Bezdomnych”, książki, która jako jedna z niewielu w tym roku dotknęła rozrusznika w moim sercu. Naprawdę żal profanować tymi wszystkimi „Judym został wyśmiany przez doświadczonych lekarzy”, „Judym cierpiał razem z cierpiącymi”, „Judym chciał wykorzystać swoje umiejętności do naprawy świata”, Judym OWSZEM, ludziom chciał wszystko poświęcić, ale tylko po to, aby móc na siebie spokojnie w lustrze popatrzeć. Judym był egoistycznym idealisą. Ale tego już nie ma w kluczu. Tego juz nie napiszę.
W ogóle nie napiszę. Albo inaczej: napiszę nic.
Pocieszam się myślą, że Napoleon skończył L'école militaire na czterdziestym szóstym miejscu w pięćdziesięcio-dwu osobowej klasie, a kilka lat później napisał do Joséphine, cytuję: „Pokonałem armie austriacką i rosyjską dowodzone przez dwóch casarzy. Jestem troszkę zmęczony.”
Wniosek: Warto, warto, warto dostawać tróje z wypracowań, mieć dziewięć argumentów na trzydzieści, warto nawet nie zdać matury, jeśli ma to zaowocować napisaniem epopei narodowej. I wszyscy razem! Warto, warto, warto...

Psycholodzy zatagowaliby to jako „Typowy przykład niepytowego myślenia”. Niech im na zdrowie idzie.

♪ "Tonacja (sygnał z piekła)" - COMA
[Live in Polskie Radio Trójka - 04.06.2006]

13 maja 2007 [13:23:21]

[Główna]

tu! tu pyknij! (3) || Wyślij wiadomość ||

Podczas mojej codziennej kontemplacji porannej (która polega na tym, że przez dziesięć minut gapię się w okno i powtarzam, że „Świat jest piękny” i „NAPRAWDĘ warto wstać o 6.30”) usłyszałam odgłos głuchego huknięcia i równie głuchego tapnięcia. Otworzyłam jedno oko. No, bo kto śmie mi przeszkadzać w kontemplacji porannej. Kiedy kiedy mój mózg przetworzył raz jeszcze to, co właśnie usłyszałam, nie mogłam skomentować tego inaczej ja tylko „Merde... Znowu?(!)”
Albowiem głuche huknięcie i równie głuche tapnięcie to odgłos ptaka, który chciał wlecieć do mojego pokoju, ale nie wpadł na to, że od świata zewnętrznego oddziela je szyba. To odgłos kolejnej walki z Mum o firanki w oknach, których mieć nie chcę i nie zamierzam. A przede wszystkim to odgłos ptasiego truchła, które będe musiała wziąć w łapki i zakopać w ogródku tak, żeby Psica nie wyniuchała i nie zeżarła. Psica jest jednak obrzydliwa pomimo wszystkich swch psich zalet.
Nie pierwszy raz słyszałam odgłos głuchego huknięcia i równie głuchego tapnięcia, więc wiem, co mówię.
Ptasie truchło okazało się wróblem, bardzo żywotnym jak na truchło. Trzy minuty leżał na prawym boku i dochodził do siebie. Kolejne trzy próbował sobie przypomnieć jak się nazywa, już w pozycji pionowej. Cały czas patrzył na mnie podejrzliwie, kiedy otworzyłam drzwi balkonowe i rzuciłam mu trochę okruchów. A kiedy podstawiłam mu pod dziób talerzyk z wodą („No, stary, aleś się obił, łeb cię na pewno boli jak po imprezie akademiku, kac, a jak kac to woda, masz.”) stwierdził, że spoufalam się za bardzo. Ze strachu przypomniał sobie nagle jak się lata i zwiał. Nawet nie podziękował.
Nazwałam go Frans. Bo to musiał być facet.

Pani Profesor Wychowawczyni przypomniała sobie, że nie zrobiła sprawdzianu po dziale „XVII wiek” to i postanowiła zaległości nadrobić. Szkoda, że po trzech miesiącach od przerabiania materiału.
Dzisiejszy wieczór znowu spędzę z moją ulubioną mafią w składzie G. Otriepiew i J. Mniszech ('n'daughter). Tylko Polak z Ruskiem mogli wpaśc na tak kopnięty plan (tylko Polak i Rusek mogą mogą jeszcze mówić po tylu litrach wódki, które należy w siebie wlać, żeby wpaść na taki pomysł). Już wiem, kim się inspirował Ziemiański, kiedy tworzył postać Zaana i Siriusa w „Achai”. Już wiem, dlaczego ich tak lubię.
Tak, czasami zdarza mi się płakać ze śmiechu, kiedy czytam ten najbardziej kijowy z kijowych podręczników od historii (podobno są gorsze, ale nie wierzę). Ale moja wybujała wyobraźnia koniecznie musi być wtedy na chodzie.

♪ "Deal in blood" - Ike Yoshihiro
["Ergo Proxy Score opus 01"
Nowe anime sobie znalazłam do oglądania jakby się kto pytał...]

16 maja 2007 [19:26:48]

[Główna]

tu! tu pyknij! (2) || Wyślij wiadomość ||

Nowy wynalazek w postaci kółek styropianowych (na opakowaniu pisze, że są z ryżu i słonecznika, ale coś w moim mózgu każde mi w to wątpić) pochłaniam w ilościach znacznych. Nie, nie odchudzam się. Nawet się nie odgrubiam. Gdybym się odchudzała, nie żarła bym tego kilogramami.
Stwierdziłam, że skoro mam już te osiemnaście, dowód (na zdjęciu wyglądam jak natchniona Matka Boska Patronka Dobrej Śmierci) i już naprawdę muszę obrać sobie jakiś typowo kobiecy cel w życiu, co zasugerowała Mum i obie siostry, to wybaczcie, ale nie będzie to odchudzanie. Ani odgrubianie. Moja garfieldowska natura nie pozwala mi wyrzec się jajek z majonezem, czekolady na gorąco, a tym bardziej kilogramów kółek styropianowych, które są dla mnie chlebem powszednim ostatnio. Bo się dobrze chrupie przy czytaniu.
Jako że natura garfieldowska łączy się we mnie (paradoksalnie) z naturą teoretycznego włóczęgi (gdyż więcej jest w tym teorii niż praktyki z przyczyn róznych) toteż postanowiłam zrobić ze swym ciałem coś, co pozwoliłoby mi się włóczyć bez zbędnych objawów migotania serca, skurczów w kończynach, czy niewydolności płuc. To i biegam popołudniami w towarzystwie Psicy i „Illidana”. Chudnięcie to efekt uboczny. Coś mi mówi, że jeśli zaczę myśleć o zgubionych kilogramach jak o celu, to wszystko szlag trafi. Chęć uniknięcia trywialności, bravogerlizmu i naiwności trafi w szczególności.
No, bo kto to widział, żeby przez cały dzień zjeść tylko dwie pieczarki i jeszcze sobie to wyrzucać przez następne cztery dni? Mnie tam dobrze z gigantyczną tortillą, którą wchłonęłam w piątek wieczorem (wypominam do dzisiaj, bo pyszna była). Ważne, że po trzydziestu mianutach biegu nie sapię jak pies w dziale mięsnym w Tesko.
W ogóle to myślę, że zwyczajne odchudzanie strasznie się nie opłaca. Tako rzecze fetyszysta wszystkiego, co jest w lodówce, jej okolicach i nie jest przeterminowane.

[!] Wieści o aresztowaniu tłumaczy filmów skłoniły mnie do refleksji na temat legalności. Czy legalne jest pisanie czegokolwiek, w czym pojawić się może cień inspiracji innym utworem (bo fanficki legalne być nie mogą, to jasne)? Czy zamieszczanie włanych tekstów na blogu jest legalne? I najważniejsze: czy legalne jest malowanie na ścianach we własnym pokoju, czy jest to już akt wandalizmu i niszczenia mienia?
Ja sama legalna nie jestem, co do tego wątpliwości nie ma. Dowód niby posiadam, ale na zdjęciu wyglądam jak ktoś zupełnie inny. Jak natchniona Matka Boska Patronka Dobrej Śmierci.

♪ "Burn" - Mad @ Gravity

20 maja 2007 [12:15:25]

[Główna]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Skoro już ludziom nie bardzo uśmiecha się poważanie dekalogu, koranu czy podstawowych praw wpajanych im przez rodziców od dzieciństwa, to niech postępują chociaż według tych dwóch zasad moralnych, które nie tylko pozwolą im pozostać ludźmi, ale też pozwolą wyjść z twarzą z niektórych sytuacji.
I tu następuje.
1] Don't bullshit.
2] Don't bullshit a bullshitter.
(Ad. 1]) ...bo jeśli o ściąganie oskarża cię ktoś, kto żadnego sprawdzianu nie napisał bez wiedzy podręcznej wydrukowanej czcionką Arial (7), to możesz spokojnie podejrzewać, że ma duże szanse na mandat w polskim sejmie. Co najmniej. Tym bardziej, że ściągać, niestety, nie potrafisz i czasami gorzko tego żałujesz.
(Ad. 2]) ...a jeśli już wciskasz komuś kit, chociaż postaraj się, żeby był wiarygodny. Niewiele osób uwierzy, że zdobyłeś szczyt Aconcaguy w klapkach – japonkach, jeśli wcześniej chwaliłeś się swoją astmą, niedoczynnością tarczycy, rozrusznikiem serca i notorycznymi skurczami w łydkach, które, niestety, uniemożliwiają ci uczęszczanie na lekcje w-fu. Tym bardziej, jeśli mówisz to do osoby, która faktycznie zdobyła szczyt Aconcaguy w klapkach – japonkach, a jednocześnie jest bullshitterem z większym doświadczeniem.

I wszystkim będzie żyło się o wiele lepiej. Kochanie bliźniego swego będzie o wiele prostrze, nikt nikogo nie będzie od kołtunerii wyzywał, a i słomy w butach będzie mniej.
Amen.

♪ "Bułgarskie Centrum" - Pidżama Porno

23 maja 2007 [15:46:38]

[Główna]

tu! tu pyknij! (2) || Wyślij wiadomość ||

Wczorajszy koncert Bunkra w krakowskim "Zaścianku" zakończył się tym, że perkusista wbił pałeczki w bębny. W każdy po jednej. Na sztorc. Sala, jak zwykle, domagała się bisu krzycząc: "JESZCZE JEDEN" bądź: "JESZSZSZTZE JEDN!" w zależności od promili i levelu dzielonych przez punkty doświadczenia. A wokalista, Starym Kulikiem zwany, na to: "Nie, no... kończymy... Bo nam się perkusja popsuła..."
Pięknie było. Jak zwykle kilka siniaków, jak zwykle jakiś gość niesiony przez tłum postanowił wylądować w miejscu, gdzie stałam i jak zwykle dostałam z buta w nos. Jak mówiłam już, pięknie było. St. Kulik powiedział, że Jezus żyje i ma się dobrze, na co cały Zaścianek, zgodnym chórem krzyknął: "Oi!". Wybraźcie sobie podobną sytuację na niedzielnej sumie, no na prawdę...

A jeśli chodzi o kolejną imprezę osiemnastkową, to można spokojnie powiedzieć, że była iście dziwna. Szłam tam z nadzieją, że spełnię jeden podpunkt ze swojej listy "To do zanim się zestarzejesz". Wiedziona instynktem zrobienia z siebie debila (raz na jakiś czas jest to bardzo zdrowe) zatańczę w końcu na stole między drogą zastawą i kieliszkami po wódce do jakiegoś gniota w stylu "Maneater" czy czegoś z repertuaru Shakiry chociażby. Wyszło tak, że praktycznie całą imprezę przegadałam z Szatanem o życiu, śmierci i grach eRPeGie. Było to o tyle lepsze od tańczenia na stole, że do kilku ciekawych wniosków doszliśmy, a i w mojej głowie pokazały się racjonalne rozwiązania kilku nierozwiązywalnych spraw. Dziwię się, że rozmowa nie zawierała momentu, w którym Fiolka roni gorzkie łzy żaląc się na podły los i podłą się-samą (wszak wojna w iRaku to też moja wina), ale tak po prawdzie, nie odczuwałam potrzeby wewnętrznej. Ostatnio negatywne emocje związane z faktem, że znowu zostałam tak zręcznie wyrolowana jakoś są mi mocno obojętne i raczej jest mi z tym dobrze.
Czego i wam, nawiasem mówiąc, życzę.
Kiedyś napisałam, że najbardziej na świecie nie chcę zostać Adasiem Miałczyńskim jak już dorosnę. Ktoś mnie zacytował na swoim blogu i dopisał: "Za późno. JUŻ nim jesteś". Cieszę się, że nie uwierzyłam mu tak do końca.

Bo na pewno "Dżizas", czasami "kurwa" w chwilach bezsilności, ale na pewno nie "ja pierdolę".

♪ "Wirtualna" - Tomato

27 maja 2007 [13:52:14]

[Główna]

tu! tu pyknij! (8) || Wyślij wiadomość ||