. improwizacja-mniejsza

A ty jakiego masz bzika?

Tym razem nie zapomniałam, że zapisałam się na poprawę matury. Tym razem poszłam.
Przeglądałam sobie testy z angielskiego, trochę udawałam, że się przygotowuję, tu słóweczka, tam jósik, i WTEM! nagle, niespodziewanie natrafiam na arkusz do spikingu.
Popularny temat „hobby”. Dwa rankingi najpopularniejszych pasji brytyjskich chłopczyków i równie brytyjskich dziewczynek.
(khm, khm) Cytuję:
1] Football
2] Computer games
3] Cycling
4] I-pods
5] Mobile phones

I tutaj zagadka. O ile pierwsze trzy są zrozumiałe, o ile owe „mobile phones” można tłumaczyć jako, no nie wiem, rozbieranie ich na części, sprzedawanie na ajwaju, kupowanie tych części i sklejanie z powrotem (jak to na przykład Błaż czynił)… co to, do Jasnej Góry, za hobby „I-pods”?! Że co, empetrójkami się wymieniają na przerwach? „Spotyki” i „niespotyki”?

Dla dziewczynek brytyjskich ranking wygląda następująco:
1] Shopping.
2] Make – up
3] Reading magazines
4] Internet chats
5] Mobile phones

Tutaj pytań brak.
„Pięć lat temu zaczęłam czytać pisma kobiece. Mam za sobą wszystkie numery Cosmo, także te specjalne.”. Albo „Jestem klientką – amatorką”.
Pozwolicie, droga publiczności w studiu, że przytoczę w tym momencie kolejną wypowiedź, tym razem z dorobku znanego filozofa Szaciego, twórcy szacizmu: „Łatafak?!”

PeeS. Dziękujemy Komisji Eksterminacyjnej za lisyning o doktorze Carsonie. "Gifted hands" widziałam przynajmniej cztery razy (jakoś tak wyszło), więc pozaznaczałam odpowiedzi bez słuchania.

PeeSdwa. Po matÓrze cała radosna wskoczyłam w pociąg do Kroke, co by wypełnić swe studenckie obowiązki (juwenalia), a tu pogoda wybitnie niestosowna. Nojakżetotak.
Z drugiej strony, gdyby Napoleon się przejmował pogodą, to by pod Moskwę nie podszedł.
Z trzeciej strony, bardzo szybko stamtąd wracał, właśnie dlatego, że nie przejął się pogodą.

[♪] Dezerter [Nielegalny zabójca czasu] - "Zabójca czasu"

7 maja 2010 [12:15:51]

[Tajemnice Wszechświata]

tu! tu pyknij! (2) || Wyślij wiadomość ||

Marzenia z permanentnego dzieciństwa mi się spełniły

…i pomyśleć, że nie omieszkałam pomarudzić zanim poszłam pod Żaczka. Warto wspomnieć, że były to koncerty, na które czekałam od piętnastego roku życia. I jeszcze marudziłam.
Tak więc Juwenalia podarowały mi CKOD i HEY, dwa zespoły pisane CAPSEM. I jeden i drugi pojawił się w moim życiu jakoś sześć lat temu (pomijając „Teksański” w czasach harcerskich). Nigdy nie było tak, że słuchałam ich jakoś nałogowo i bardziej niż innych, ale jedno wiedziałam na pewno, już będąc Fiolką piętnastoletnią: koncert, koniecznie, trzeba będzie kiedyś odbyć.
To i odbył się, dokonał był, oto.
CKOD wyobrażałam sobie inaczej. Chciałam się wyskakać, wypocić i ubłocić, może nawet jakąś kontuzję nabyć, kto wie. A tu Ostrowski, Pan, zupełnie nie zachęcił mnie do takiego poświęcenia, żadnego hardcorowego czaru na mnie nie rzucił, nic nie zaiskrzyło między nami. Nawet na „Butelkach i kamieniach”, kiedy postanowiłam pierwsza dłoń wyciągnąć i pod scenę się przepchałam do towarzystwa skaczącego (wszak przestać tej piosenki się nie godzi, nie ważne jak kijowy jest koncert). Tymczasem Pan Ostrowski przeżywał sobie sam.
W pierwszym momencie myślałam, że winę za to ponosi publiczność. Wszak atmosfera po tej stronie sceny była ewidentna, a imię jej My-tu-tylko-czekamy-na-Hepised i ogólnie „Nie przeszkadzaj sobie, skacz jak musisz”. Później skonsultowałam się z Mociumpanem VViciem, weteranem, który orzekł, że „Oni tak zawsze”.
Cóż.
O, a Hepised dostałam do połowy. Nawet znalazłam dwie piosenki, które całkiem do rzeczy były. No, i trzeba przyznać, że ci grają koncerty z publicznością. Co tylko na plus.

HEY poprzedzili NeLL, o których pytałam znajomych i żaden nie miał bladego pojęcia, kto zacz (Gógla nie pytałam). Poszłam w ciemno więc. I trudno mi napisać cokolwiek, bo Panowie mi chyba w głowie lekko zamącili. Już od pierwszego „Impossibly True”, które brzmiało jak stare, dobre, „Sweet Dreams”-Eurythmix. Później troszkę Placebo, ale bardziej strawnie, przewrotnie, sarkastycznie, bez łez w oczach – Panowie wymieszali drinka specjalnie dla mnie chyba. O moich uwagach prawionych na bieżąco do ucha Zone, o tym, że „ależ im się te gitary bujają” i „ty widzisz jak on gryf trzyma?” pisać nie będę, bo się trochę wstydzę. Za to wiem, jak napisać o wokalu Pana Księżyka. Rzadkością jest, żeby ktoś na koncertach śpiewał lepiej niż w studiu. Pan mi mało kości od mięśni nie oddzielił, kiedyś Pan te swoje historie opowiadał. Swoją drogą czoła chylę za „Wright'a”.
Najbardziej niesamowite było to, że oni grali swoje. Nie mieli repertuaru na tyle, żeby grać dla (pod?) ludzi. W dodatku klimatycznie raczej są ciężcy w odbiorze. Tymczasem cały czas czułam się, jakby mi Panowie elektrodę przypięli do lędźwi i kazali przeżywać, co przeżywali oni.

O HEY krótko. Wiedziałam, że Pani Kasia jest na scenie specyficzna i nie do podrobienia. Tak, mówię o jej oszczędnych gestach, o ruchu scenicznym, który dzieje się na jej twarzy, a i to nie zawsze.
Cóż, niesamowita w tym jest. Te jej gesty się po prostu spija.
Zaskoczona byłam kompletnie tym, jak inną osobą jest w przerwach między piosenkami. Jej skrajność mnie powaliła. Nie wiedziałam co się dzieje.
Szkoda, że było głównie z nowej płyty. Co prawda, „Mukę” mi zagrali, a później, kiedy już siedziałam na przystanku słyszałam „Teksańskiego” (ach, te obozy harcerskie), ale… mało. Pewnie dlatego nie miałam motywacji stać do końca.

...bo lędźwie mnie bolały pieruńsko, a ludzie coś się ruszać nie chcieli, nie mówiąc już o skakaniu. Jakbym sobie trochę poskakała, odciążyła stare kości, to by było lepiej, o!

[♪] 12 Stones [Potter's Field] - "Far away"
[a co, tak ni z gruchy ni z pietruchy - im też się gitara buja]

11 maja 2010 [23:54:40]

[Mniejsza Propaganda]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

I fuuuu!... zalało krakowskie bulwary

Czerwony kocyk. To bym właśnie napisała na blipie, gdybym go miała.
Tory do Zawierciowa najprawdopodobniej zmyło. Najdziwniejsze jest to, że Mum jeszcze nie dzwoniła. Chociaż całkiem prawdopodobne jest, że zamiast eSeMeSa wysłała do mnie ekipę ratowniczą.
Starsze Panie w Beretkach na przystankowych kazalnicach zmieniły temat z „To Tusk go zabił. Teraz nas zmuszą do invitro i aborcji” (autentyk zasłyszany przez Adamsa i Dzjiunię) na „To ofiary Katynia płaczą nad komentarzami o pogrzebie”. Studenci, oczywiście, sobie radzą. Okazało się, że większość mieszka w odciętych od komunikacji miejskiej częściach Kroke i naprawdę nie mogą dojechać na zajęcia. Magu na przykład nagle zmienił miejsce zamieszkania z Nowej Huty na Ruczaj, przy czym nieoficjalnie nadal zajmuje pokój w naszej Żydowskiej Kamienicy na Starym Mieście. Przynajmniej jeszcze piętnaście minut temu widziałam go w kuchni. Płeć piękna natomiast przywdziała modne kalosze w kwiatki. Sama zastanawiam się nad kupnem takowych, tylko cena w stylu „sześćdziesiąt złotych” mnie skutecznie odstrasza.
Zaczynamy przyjmować powodzian.

Po francuskim zamierzam wybrać się nad Wisłę razem z tłumem gapiów szukających wnaprawdę tego, co na co dzień widzą tylko w kinie i telewizji. Chcę zobaczyć, żeby wiedzieć, jak to opisać, kiedy będzie trzeba.
[!] Tak sobie właśnie pomyślałam, że kiedyś to będzie mój jedyny ratunek: patrzeć na rzeczy straszne przez palce trzymające kartkę i ołówek. Jak ten fotograf z „Walca z Baszirem”, który zapłakał na wojnie dopiero wtedy, kiedy uwolnił oko od obiektywu. [/!]
Poza tym, oczywiście, zrobię focię na naszą-szkapę.pl, klasyczne, z dzióbkiem i przeprostem.

[♪] Susan Enan feat Sarah McLachlan [Bones OST] - "Bring on the wonder"

18 maja 2010 [12:57:33]

[Soundwatcher]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Właśnie dlatego poranki warto czasami przespać

Jakże ciężkie jest to poranne wychodzenie po chleb. Do piekarni za dwoma rogami. Dwakroć trzeba przy tym przechodzić przez ulicę i dwakroć wpadłabym w trakcie tej operacji pod auto. Z własnego rozespania, oczywiście.
Żeby złamać to piękne dwójkowe kombo dodać muszę, że raz poślizgnęłabym się na porzuconym knopersie. W drodze powrotnej byłam już na tyle świadoma, że nie dałam się nabrać na tak prosty numer.
Co innego przy ladzie. Już kiedyś opisywałam wzruszająca historię o tym, jak tuż po przebudzeniu w sklepie pani wcisnęła mi przeterminowany serek wiejski bezlitośnie wykorzystując fakt, że miałam minusy do prawie wszystkich statystyk. Tym razem zakupiłam połówkę chleba, który przy gryzieniu trzeszczy mi między zębami. Wolę nie wiedzieć, co tak naprawdę jem.
Ale dzisiaj spaliśmy. Wisła się leje, AGieH, twardziele, chodzi na zajęcia i zdziera białe adidaski (via Mru), a brać fÓJotowska śpi. Śpijmy więc! Śpijmy więcej! Śpijmy na zapas!

A podczas wczorajszej porannej wycieczki do mojego sklepiku osiedlowego po prowiant na dłuuugi łikend wstąpiłam sobie do mypiku („Och, och, bo może w końcu, po roku, wydali trzecią część Niecnych Dżentelmenów!” - akurat). Jakież było moje zdziwienie, kiedy na półce z nowościami muzycznymi dostrzegłam koncertówkę COMY.
Nożesznaprawdę.
Koncertówki generalnie wydaje się wtedy, kiedy chce się dodatkową kasę z ludzi zedrzeć. Albo kiedy koncert jest naprawdę unikatowy, jak „S&M” Metallicy. I w zasadzie płacąc w kasie (COME kupuję już w ciemno + zaniżone statystyki spowodowane porankiem) miałam szczerą nadzieję, że jednak wydali ten projekt z Gdańska sprzed roku, na którym mnie nie było i do dzisiaj żałuję szczerze. Szczególnie w momentach, kiedy MR Wiewiór opowiada mi o „Woli Istnienia” tak, jak tylko on potrafi.
Czasami marzenia się nie spełniają, nie może być za dobrze. Już zajęcia poodwoływali, „bedzie” – jak to mawia Magu.
Cóż, płyta jaka jest, każdy widzi. Nic ponadto. Muszę nieskromnie się pochwalić, że te koncerty, na których się pojawiłam były dużo lepsze. Aż dziw bierze, że Panowie Warszawę zamiast Krakowa wybrali. Ale trzech nowych rzeczy się dowiedziałam:
1] Istnieją jeszcze momenty, w których grają naprawdę krzywo. I to na minus.
2] „Zero Osiem Wojna” jednak da się zaśpiewać na żywo, w dodatku w przyśpieszonym tempie i nie zostać po tym odwiezionym pod respiratorem na ojom. I to na plus.
3] Aktorskie kombinowanie przy wokalu nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. Ostatnio zaczęło mnie momentami drażnić – po mojemu czasami jest bardzo niepotrzebne.
Dobrze będzie mieć to na półce, żeby zachować dla potomności koncertowy klimat, którego płyty studyjne nie oddają („o, a na tej piosence dostałam z łokcia od takiego miłego pana…” albo „a był kiedyś taki koncert, że wokalista i gitarzysta…”). Tyle. [!] Podobał mi się tekst „Nie dajcie z siebie zrobić debili”. Łatwo Panu mówić, Pan jest scenicznym szamanem Voodoo.

[♪] COMA [COMA - LIVE] - "Święta"
[co Pan R. mi z wśrodkiem przez uszy robi podczas tego kawałka wokalizą swą to aż wstyd opowiadać takie sprośności - i pomyśleć, że średnio tę piosenkę lubiłam do tej pory]

20 maja 2010 [13:16:04]

[Mniejsza Propaganda]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

5, ה, V + cztery złote

Kupiłam dziś odchodzącego ojca Czerskiego za cztery złote.
Co to za kraj, że za cztery złote kupuje się odchodzącego ojca Czerskiego.
A później spojrzałam na format książki, czcionkę oraz marginesy. Musiałam stwierdzić, że cóż, lepiej cztery niż to okładkowe siedemnaście.
Kroke muśnięte dziś słońcem, to i siadłam nad przerośniętą Wisłą. Nie minęło trzydzieści stron, jak się wzięło i rozpadało. I w ten oto sposób ojciec Czerskiego poczekać musi na inną okazję.

Wczoraj / dzisiaj, koło godziny trzeciej trzydzieści nad ranem, narodził się czwarty rozdział „Dzieua Rzyci” (tytuł mocno roboczy). Muszę go tylko jeszcze szlifierką przejechać. Piąty ma już cztery latka. Przyjemnie patrzeć, jak te wszystkie szczątki lepią się do siebie i przylegają idealnie. Tak więc jest początek. Mówią, że teraz powinno być prościej.
Ale nie dywagujmy nad nierozlanym jeszcze mlekiem.
Oto przedstawiam publiczności w studiu mleko już rozlane: miejsce, które kupiło kilka moich dziennikarskich kawałków [pyk]. Jak macie ochotę na chwileczkę grafomaństwa i wymądrzania – poszukajcie sobie. Poznacie, które moje. Po ksywce przy nazwisku, podpowiadam.

[♪] Eluveitie [Spirit] - Spirit
[ciekawostka, która nikogo nie obchodzi: gdyby nie ta piosenka w połączeniu z "Uis Elveti", rozdział numer cztery pewnie nigdy by nie powstał]

21 maja 2010 [18:26:03]

[Nudle w5minut]

tu! tu pyknij! (9) || Wyślij wiadomość ||

Zamień mi słowo w dźwięk swoim tanim, mechanicznym długopisem, Panie Shore

Pan Howard Shore, pomijając jego cudowny dystans do samego siebie, okazał się być kompozytorem idealnym dla autora filmowanej książki. Urzekło mnie to, że nie robi wszystkiego sam pod wizję reżysera. Poprzedza pisanie muzyki „badaniami”, jak to sam pięknie określił wczoraj na spotkaniu w Bunkrze.
Między innymi idzie na rozmowę do autora książki właśnie. I taki Thomas Harris na przykład poradził mu, aby napisał muzykę, która oddawałby historię oczami Clarice, a nie Hannibala Lectera. Z Tolkienem jakoś trudno się było skontaktować (chciałam zapytać, czy w takim razie Christopher w jakiś sposób mu pomagał, ale się nie dopchałam do mikrofonu), więc porozumiał się z ludźmi, którzy odgrywali bohaterów przez niego opisanych. Ciekawa rzecz, nie wiedziałam o tym wcześniej: autorem pieśni, którą Aragon śpiewa po koronacji jest sam Viggo Mortensen. Tak samo przedstawia się sprawa z „The Edge of night”, (fragmentem „The sacrifice of Faramir”) – napisał ją nie kto inny jak Billy Boyd.
Szczerze zazdroszczę Pani Meyer takiego kompozytora. Będzie Pani miała naprawdę ładną muzykę w tym swoim „Eclipse”.

A sam koncert, cóż. Muzycznie gorzej niż rok temu, tu jakaś solówka się poślizgnęła, tam się coś opóźniło, ale na wszystko można było oko przymknąć, albo zwalić na halę (Huty Sendzimira), w której odbywał się koncert. Poza tym idealne wykonanie „Into the West” tak przez orkiestrę, jak i Kaitlyn Lusk. Mój muzykofil i tolkienofil został nakarmiony.

Co nie zmienia faktu, że okrutnie, ale to naprawdę brutalnie oszukali nas z miejscami.
A ludzie, oczywiście, znowu zaczęli wychodzić na początku napisów końcowych.

I dementuję plotki rozsiewane przez Adamsa, jakobym miała się rzucić na Pana Shora w czasie, kiedy mijał mnie za swej drodze do kanapy, na której zasiąść był miał. I, że niby jeszcze trzymałam go za nogę. To znaczy ta część z mijaniem to akurat prawda, ale w resztę nie wierzymy, trzy, cztery.

[♪] Howard Shore ft. Billy Boyd Performing "The Edge Of Night" [The Lord of the Rings - Return of the King Complete Recordings] - "The Sacrifice Of Faramir"

23 maja 2010 [11:03:08]

[Mniejsza Propaganda]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

Oddech z ulgą wstrząśnięty, niezmieszany

Ładne uczucie.
Wiesz, że człowiek, którego szanujesz pisze. Na poważnie. Od zarania dziejów pisze, tak, jak ty sam. I wie, że na pewno się już nie powstrzyma, że będzie to robił, choćby się spełniły przepowiednie proroków z Holiłódu o roku 2012, choćby wybuchły wszystkie wulkany świata, choćby wydawcy nigdy nie znalazł.
Po jakimś czasie znajomości dostajesz oto przed oczy kawałek jego twórczości i wiesz, że wszystko zależy od tej właśnie chwili. Bo co, kiedy okaże się, że cię nie ruszy, że wzbudzi w tobie coś na kształt uprzejmej obojętności, albo, co gorsza, dostrzeżesz kompletny bez-styl z kogoś zerżnięty, nijakość, błędy składniowe, a nawet jeden ortograficzny.
Piękna to chwila, kiedy zamiast „Weź przemyśl to jeszcze…” możesz (w końcu!) tak naprawdę szczerze powiedzieć „Najbardziej ulubiłam >tu wstaw tytuł<. Jest idealne.” I życzyć, żeby Szef dał mu inspirację i czas na napisanie czegoś jeszcze, żeby zebrał tego więcej, żeby nagromadził, wysłał wydawcy i zmiażdżył go z zaskoczenia.

[Później mówię, że już mnie nosi, że chcę się ruszyć z miejsca i wrócić do recenzowania. On nie reaguje zmianą tematu poprzedzając ją długą, uprzejmą ciszą, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach. Podrzuca mi trzy pomysły, mówi o projektach dla młodych łonabis, o których ostatnio się dowiedział, a kończymy zastanawiając się, czy trzytomowa powieść to za dużo na debiut.]

[[po tym deszczu włączył mi się tryb włóczykija; nie pukajcie w moje okno, raczej nie siedzę w tym wygodnym fotelu; na pewno coś czytam, ale w terenie]]

[♪] We are the fallen - [Tear the world down] - "Tear the world down"
[uśmiałam się, kiedy w jakimś wywiadzie Ben Moody powiedział, że jego Nowy Zespół jest zupełnie różny muzycznie od Starego Zespołu (o kim mowa to se wygóglajcie, nie będe psuć niespodzianki), a przede wszystkim ten Stary nie miał takiego kopa, jak Nowy. No, uśmiałam się, ale fakt jest faktem: lubię dwie piosenki Nowego Zespołu, Starego nie lubiłam żadnej]

25 maja 2010 [14:01:58]

[Nudle w5minut]

tu! tu pyknij! (2) || Wyślij wiadomość ||

Zbiór Bzdur #1

Nie cierpię, kiedy już się okutam ładnie w Kocyk i okazuje się, że nie mam pod ręką wszystkiego, co do procesu kocykowania jest niezbędne (książka, kartka, długopis, zakreślacz, telefon, kawa, którą zostawiłam na stoliku nocnym, chusteczki higieniczne).
Naprawdę cieszę się, że to mój największy problem w życiu.
No, powiedzmy.

Wyciąg z podręcznika usilnie dzisiaj studiowanego, czyli wojna o Inflanty:
„(…) dowódcy litewscy wykazali się w działaniach wielką inicjatywą. Korzystając z tego, że załoga moskiewska była kompletnie pijana (podobno Litwini sami podesłali jej wódkę), odbito twierdzę Dyneburg.”
Wyobraziłam sobie ruską obronę i popłakałam się ze śmiechu.

Generalnie sesja nadchodzi. Dzijunia ostatnio śpiewała Ich Troje. To niezawodny znak.
…a ja kupuję kapelusze, kiecki, kolorowe rajstopy i uczę się robić kreski na oku tak, żeby nie wyglądać jak rzesza fanów My Chemical Romance. Swoją drogą powinni to robić studenci ASP za symboliczną opłatą.
Mru się dziwi. Magu też. „Co ty, samca szukasz?” – pyta, kiedy mnie widzi. Z resztą ja też się sobie dziwię.
Ale spokojnie. Przejdzie mi.

[♪] Strachy na Lachy - [Dodekafonia] "Ostatki - nie widzisz stawki"
[Już wiem, jak słuchać Strachów, żeby polubić! Wybaczam Grabażowi wokal i połowę tekstu. Do polubienia zostaje gitara i refren. Zadziałało na jeden utwór z płyty co prawda, ale zawsze.]

30 maja 2010 [13:11:10]

[Nudle w5minut]

tu! tu pyknij! (5) || Wyślij wiadomość ||

Radiowiec i pismak na jednym stali Wawelu

Po kilku godzinach snu byłam, słońce świeciło w twarz, a wyrośnięta Wisła płynęła w tle. Z wszystkich tych powodów do kupy splecionych słownik języka angielskiego rozsypywał mi się w drobny mak, ale dzielnie kleciłam zdania starając się porozumieć z Litwinką Młodą Dziennikarką. Odebrałam sygnały, że jest jedną z tych, które na antenie własnego programu radiowego głośno wykrzykują swoje poglądy na temat tolerancji dla gejów, anarchii, eutanazji i feminizmu (inne tematy niegodne są poruszania, krzyku tym bardziej), a narzędziem ich pracy prowokacja i łapanie za słówka.
- Czekaj… - przerywam jej, bo coś mi ewidentnie nie pasuje w wizji, która mi nakreśla od dobrych dwudziestu minut – Robicie projekt dla młodych łonabi – dziennikarzy. Tygodniowe warsztaty po angielsku dla polsko – litewskiej grupy w przedziale wiekowym szesnaście dwadzieścia jeden wyłonionej na podstawie formularza zgłoszeniowego i reportażu na cztery tysiące znaków w języku, który nie jest ich ojczystym.
Jednym tchem to z siebie wyrzuciłam, zadziwiająco płynnie. Potwierdziła.
- Dobra. Wiadomo, że pisanie po angielsku wychodzi ludziom znacznie gorzej.
Odpowiada, że nie zamierzają zwracać uwagi na błędy gramatyczne i ortograficzne. W mózgu mi się strzyknęło tak, jak zazwyczaj strzyka w kościach.
- Ale wiesz, tu chodzi też o styl i ograniczone słownictwo. Może być tak, że ktoś beznadziejnie pisze po angielsku, a w języku ojczystym jest naprawdę świetny, jasne. A co jeśli pisząc po polsku / litewsku jest tak samo beznadziejny? Nie wyczujesz tego. Nie będziesz tego wiedzieć, bo zamierzacie włączyć w projekt ludzi, których kompletnie nie znacie. Nie powiesz im, co kuleje w ich pisaninie, bo zwyczajnie nie będziesz miała szansy tego dostrzec w reportażu pisanym po angielsku.
Litwinka MD patrzy na mnie przez długa chwilę. Litwinka MD myśli.
„Ale to nie ważne!” – mówi po chwili z charakterystyczną dla siebie pewnością – „To pomysły są ważne. Pomysły zostaną!”
Teraz ja patrzę na Litwinkę MD. I myślę.
Bo przestałam rozumieć zupełnie, czy wciągają mnie w organizację warsztatów dziennikarskich, czy raczej kursu kreatywności. Przecież ona przed chwilą powiedziała, że umiejętność operowania słowem w tym fachu się nie liczy, wystarczy być „WYRAZISTYM” tudzież „JAKIMŚ”. Ona przed chwilą powiedziała, że kurkuma czyni curry.
W dzisiejszych czasach to pewnie prawda. Ale ja się z tą prawdą po prostu nie zgadzam.
Ociężała logika doprowadziła mnie to wniosku, że nie zgadzam się w takim razie z Litwinką MD, co pewnie utrudni naszą współpracę (tym bardziej, jeśli jedna ze stron zaczęła lekko powątpiewać w sens projektu). Ale, jak się później okazało, oni ode mnie tak naprawdę nie oczekiwali ani inicjatywy organizatorskiej, ani rad, ani sugestii, ani (tym bardziej) wymiany podglądów, tylko rozreklamowania projektu.

Tak więc reklama.
Jak ktoś chce spędzić tydzień na Litwie za darmola i zobaczyć, co z tego wyjdzie to napiszcie mi mejla, powiem wam dokładnie o co tak zwane cho.
Tak więc po reklamie.

[♪] Pendulum feat. In Flames [Immersion] - "Self vs Self"

31 maja 2010 [18:08:52]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (12) || Wyślij wiadomość ||