. improwizacja-mniejsza

Wolne mi się kończy.
Tak, znowu się wycwaniłam i nie pojechałam na wycieczkę szkolną, tym razem trzydniową. Przynajmniej się wyrobię z tym całym majdanem (podobieństwo do nazwiska sławnego męża Dody bardzo przypadkowe).
No, wiedziałam, że tak będzie. Ale bez paniki, damy radę.
W końcu dzień szatana był wczoraj, dzisiaj już mi nic nie grozi. Właściwie groził mi tylko nawiedzony dentysta (Byliście kiedyś w gabinecie dentystycznym, który przez imydż dentystek i wystrój wnętrz wyglądał bardziej jak zakład fryzjerski?). Ale to może dlatego, że nijak mi się nie udało zestawić trzech szóstek obok siebie, a jeno cztery. O, proszę: wczorajszy licznik i erpeg onlajn.

Mum w sklepie obuwniczym. Trzecim z kolei. Wchodząc za nią z Wielkim Eduardem byliśmy pewni, że co jak co, ale tutaj to już na pewno kupimy te „sportowe buty na Wyjazd”, bo wybór duży. A Mum jak to Mum, zaczęła się miotać od owych „sportowych” po eleganckie, zahaczając po drodze o sandały i pantofle. Po godzinie sklep zaczęli zamykać, na twarzach naszych zaczęła malować się desperacja. Zaczęłam chwytać się zagrań nieczystych, czyli wychwalania jednej pary butów słowami typu „pasują ci do torebki”, chociaż zupełnie nie wiedziałam czy to prawda, strzelałam. Jak dla mnie to pasowały też do mojego plecaka, ale o to zdanie mojej wypowiedzi już nie uzupełniałam. Byle wzięła, kupiła i wyszła. A my razem z nią.
Po tej godzinie Mum doszła to tego samego wniosku co zwykle, przyprowadzi do sklepu jutro Siostrę Prof., bo my to nie umiemy doradzać. Ano, odkryła nas.
Eduardo przeprosił ładnie ekspedientkę za to, że wychodzimy piętnaście minut po zamknięciu sklepu, po czym wygłosił pogląd zaczynający się od słów „A w PeeReLu…”.

[!] I nie wiem czy można się zakochać w książce bardziej niż ja w „Nigdziebądź”(mroo…).
Chociaż chyba można. Jak ja w „Paragrafie 22” (mroo…). Jak ja w „Siewcy wiatru” (mroo…). Jak ja w…
No, chyba można.

Ech... Chyba pora na kawunię. Tego dnia bez kawuni nie zacznę.

♪ "Never coming home" - Sting

7 czerwca 2006 [10:09:50]

[Główna]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Wizja wyjazdu z Eduardostwem malowała się całkiem przyjemnie. Nawet jeśli zaraz po przyjeździe, w poniedziałek, napisać muszę sprawdzenie wyników z francuskiego. Nawet jeśli we wtorek, czyli dzień po wystawieniu ostatecznych ocen napisać muszę sprawdzian z historii („To nic, ja ci przytrzymam te ocenę” – powiedziała Prof Historyca z olśniewającym uśmiechem). Tak, to się może zdarzyć tylko w KLOPie. Taka strefa 11.
W każdym razie uświadomiłam sobie coś. Skoro nasza rodzina przedstawia model 2+2+2+1, z czego 2+2 na wycieczkę nie jedzie, to wychodzi na to, że +1 będzie skazane na siedzenie z autokarze z bliżej nieokreślonym panem Zdzisiem śmierdzącym piwem i potem, albo bliżej nieokreślona panią Jadzią śmierdzącą perfumami z kwiaciarni. I tym +1 jestem ja.
Nie pytajcie dlaczego zgodziłam się na wycieczkę z zakładu pracy Eduarda wiedząc, że 97% jej populacji będzie w przedziale wiekowym 40 – 60. Nie pytajcie. A może właśnie dlatego się zgodziłam. Obejrzę ten Malbork, powłóczę się w samotności wieczorem po plaży, wszyscy mi dadzą święty spokój i zajmą się mundialem. I w zasadzie to by mi najbardziej odpowiadało.

Pakować się powinnam. I pisać pracę na geografię.
A z Pilipiukiem siedzę. Kiedy Pilipiuk bardzo wdzięcznym towarzyszem jest.

[!] Zone się ze mnie śmieje, bo w doniczce z kaktusem wyrosły mi całkiem pokaźne haszcze chwastów (w tym jedna pokrzywa). A ja już znalazłam na nie sposób. Przestane podlewać. Kaktus wytrzyma, chwasty nie.

Przecież ja, kurde, nawet morza nie lubię.

♪ "100 tysięcy Jednakowych Miast" - COMA

11 czerwca 2006 [21:27:11]

[Główna]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Nie będzie o tym, że miałam tydzień dnia świra na tych wakacjach z rodzicami. Nie będzie o tym, że już mam wakacje i śpię do południa. Nie będzie o tym, że ludzie są dziwni i mnie śmieszą. Nie będzie o planowanym ognisku, koszeniu trawy, nie będzie o nektarynach i skarpetkach od Wielkiego Eduarda z oznaczeniami, która jest lewa, a która prawa. Nie będzie o mundialu, o mojej średniej i genialnych pomysłach Giertycha.
Nie, nie będzie ani kropli ironii, z którą to niby zawsze piszę.
Nie będzie nawet o tym, że się rzucę z tego okna mojej kuchni na parterze, bo zwyczajnie tego nie zrobię.

Dzisiaj będzie bajka.
Główną postacią może być Elfka, bo podrabianie Tolkiena jest teraz modne. Nawet jeśli podrabia się na opak, w stylu Pratchetta. Elfka nikogo nie lubi, bo nikt o nic nie pyta, a ona lubi odpowiadać na pytania. Ulubionym jej zajęciem jest machanie bardzo ładnymi mieczami w te i w tamtą, obrażanie się na tych, którzy o nic nie pytają i użalanie się nad sobą, bo widocznie musi być strasznie beznadziejna, skoro o nic nie pytają. Elfka nie jest piękna. Elfka ma poobgryzane paznokcie i skłonności do masochizmu. Leciutkiego. Cięcie się poświęconym szatanowi sztyletem na cmentarzu ją przeraża zdecydowanie.
Środek bajki został wycięty, bo Minister Edukacji IV RP potrzebował czasu antenowego, co by przedstawić społeczeństwu zmiany w szkolnictwie wchodzące od nowego roku 2006 / 2007. Ot, udało się załapać tylko na zakończenie.
Oto nasza bohaterka siedzi sobie z nogami pod brodą na szczycie jakiegoś klifu i patrzy na wschód słońca (skąd wiemy, że to wschód, a nie zachód? Otóż wschody są ładniejsze). Siedzi, gapi się, poza tym nic. I już wiemy, że nic nie straciliśmy, bo mamy takie historie na co dzień, widzimy to co dzień, sami to przeżywamy. To dziwne, że bajka ta trafiła na antenę, bo przecież nikomu się takich historii nie chce opowiadać, a co dopiero oglądać. I litery końcowe. Całe dwadzieścia. To be concluded (Someday).

Dzisiaj było o tym, że życie zaskakuje, bo ludzie czasami muszą zamienić się rolami: facet z dziewczyną, pesymista z optymistą.
Dzisiaj było o tym, że optymizm, fakt, podejściem do życia jest pięknym, ale nieco naiwnym.
Dzisiaj było o tym, że nie wolno bawić się zapałkami, bo „zapałki plus dziecko równa się nie ma dziecka i dziura po dziecku”.
Dzisiaj było o tym, że lepiej nie upierać się przy tym, że masz rację, bo może się okazać, że masz ją naprawdę.

Teraz dajcie mi Dougana, dajcie mi bezsenność, dajcie mi prozium z "Equillibrium", dajcie mi niezapisany jeszcze plik wordowski, dajcie mi czterdzieści kilo mleka, dajcie mi…
daj mi trochę czasu.

Koniec bajki.
Dobranoc.

♪ "I'm not driving anymore" - Rob Dougan

21 czerwca 2006 [21:46:51]

[Główna]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Oj, chciałabyś Fiol teraz się wyprowadzić do lasu na jakieś trzy tygodnie z hakiem tak jak rok temu i gadać z drzewami jak każdy szanujący się schizofrenik, który w przyszłości całował będzie klamki w pokojach bez klamek. Oj, chciałabyś. Ale nie ma tak. Dwa dni, w których wyrobiłaś swoją normę czterdziestu kilo mleka i zapomniałaś zjeść śniadania, o czym przypomniałaś sobie dopiero w okolicach obiadu („Nie no… chyba coś jadłam… Przecież schodziłam do kuchni…” Tak, schodziłaś, ale tylko po herbatę). Wczoraj trzeba było podjąć się przedsięwzięcia nie lada, mianowicie ubrać się było trzeba, pójść do KLOPa, odebrać jakąś kartkę przekreśloną czerwoną linią i pouśmiechać się do paru osób. Ale że w obecnej sytuacji łatwiej byłoby mi nawiązać kontakt z cywilizacją pozaziemską niż zorganizować mycie zębów, więc wyszło co wyszło. Żakiet i biała bluzka zostały w domu, poszły dżinsy i sandałki rodem ze sklepu alpinistycznego, do KLOPa zawiozła mnie Siostra Prof., bo jakoś nie mogłam sobie przypomnieć w którą to stronę, a jakby koleżanka nie zwróciła się do mnie po imieniu tuż przed, to pewnie nie wyszłabym po tę karteczkę wciśniętą w tomik poezji Słowackiego. O dziwo, z uśmiechaniem się nie poszło tak opornie.
Góral: Przeciez na reprezentację Ghany, na ich kostiumy i w ogóle żeby pojechali do tych Niemczech, to się cały kraj zrzucał.
Bany: No, i pewnie dlatego się koszulkami nie wymieniają…
Góral: Tylko od razy na tarkę do rzeki i dawaj…
Bany: „O! Numerek mi się już ściera!”
Fiol: (płacze ze śmiechu) No i pożyczą od nas, w końcu nam się już nie przydadzą…
Bany: A później półfinał, patrzymy, a tam w drużynie Ghany gra Jeleń, Żurawski…
Góral: …Ronaldo, Figo…
Fiol: …i Beckenbauer…

Zbieramy się dzisiaj, wyrzucamy siedem kartonów po mleku typu „Krasula” (tak, ja potrafię wypić tyle mleka w ciągu dwóch dni). A zawsze, kiedy powtarzam sobie w myślach „zbieraj się Fiolka, zbieraj” to głosem tego, kto już pewnie zapomniał, że kiedyś coś takiego powiedział.
W zbieraniu pomoże Mum, która już dzisiaj od rana panikuje i w ramach soboty zarządziła czesanie i malowanie trawy, jak i tym podobne zajęcia, których wykonanie większego sensu nie ma.

O, a teraz pobawimy się klejem biurowym. Chociaż klej się nie pali tak fajnie.

[!] Mówiłam już, że najlepsze w Robie Douganie jest to, że jak jest mi niesamowicie źle, to mam pewność, że jemu podczas pisania „Left me for dead” było jeszcze gorzej?

♪ "Heniek" - Bunkier (idealne)

24 czerwca 2006 [13:36:09]

[Główna]

tu! tu pyknij! (9) || Wyślij wiadomość ||

To się mogło zdarzyć tylko u mnie w domu.
Fiol: (siedzi jak na dziecko XXI wieku przystało przed komputerem, w słuchawkach na uszach i klika bezmyślnie w co bardziej śmieszny link)
Mum: (wpada do nory w/w Fiol) Chcesz jechać na tygodniowy obóz do Czechosłowacji?

Muszę w końcu zejść na dół, odwiedzić Wielkiego Eduarda w garażu, żeby zobaczyć, co on tam tak NAPRAWDĘ zmajstrował.

I zupełnie nie wiem co z tymi wakacjami zrobić. Ale u mnie tak zawsze. W piątek sobie wymyślę, że jadę odwiedzić pana Kebabczyka do Warszawy, a w sobotę już tam jestem. Jak na razie wiem tylko, że w niedzielę jadę na obóz językowy oddalony o jakieś… dwadzieścia kilometrów od mojego domu. Za to będą Óesańczycy i Litwini. Muszę poćwiczyć mówienie „Oooosom”. I przeczepić naszywkę „Fuck Donald’s” z mojej torby, która wg. Mum nadaje się tylko do noszenia ziemniaków, na plecak. Spełniamy marzenia, zawsze chciałam wiedzieć, jak zareagowałby na nią Óesańczyk.

[!] Potrzebuję książki do wchłonięcia. Bo jak na razie wchłaniam tylko batoniki Kornflejks. Taki nowy fetysz.

Idę się poprzyklejać do asfaltu i pocieszyć klimatem równikowym (kurdę, dlaczego ja nie lubię się opalać?). I nie słuchajcie porannych wiadomości w radiu, bracia i siostry, bo przyjdzie wam usłyszeć o obchodach Poznań 56 dla młodzieży, które to tym razem w rytmie hip-hop. Owal nawet jakąś pieśń patriotyczną z tej okazji spłodził, a impreza wabi się dla niepoznaki „Szacunek dla Poznania 56”. Ciekawe, czy Giertych to popiera.
Swoją drogą dlaczego nie szacun?

♪ "You're not alone" - ATB
[...czyli jedyna piosenka tego pana, którą lubię. Ale to może dlatego, że kojarzy mi się wybitnie z wieczorem po upalnym dniu. Znajdźcie tylko jakąś rozsądną wersję]

29 czerwca 2006 [13:02:00]

[Główna]

tu! tu pyknij! (10) || Wyślij wiadomość ||