. improwizacja-mniejsza

Kur vadovas? (czyż litewski nie brzmi pięknie, śpiewnie, melodyjnie?)

Powodami, dla których zgodziłam się pojechać na wycieczkę z Wlk. Eduardostwem było to, że Wilno, że Troki, że Litwa ogólnie.
Pomimo oczywistych minusów, kłótni o to, czy mogę jechać w płaszczu, czy kurtce (nie przydała się i tak) oraz prób organizowania mi nawet mycia zębów, warto było.
Bo Wilno, które kocham miłością absolutną (jeszcze bardziej od czasu, kiedy dowiedziałam, że mam litewskich pra x n przodków). Bo Troki, które są jednym z cudowniejszych miejsc, jakie mi było dane odwiedzić. Bo Litwa ogólnie, która od wieków wszystko robi po swojemu i swojego się trzyma.
No, i dowiedziałam się w końcu, o co tak zwane cho z rurą łączącą drzewa z rzeką. To rzeźba. Tytuł: „Przestrzeń”. Koszt: pół miliona litów.
Czasami warto połazić z przewodnikiem.

Zabawa z serii „Find something Jewish” znowu trwała krócej niż przygotowane bigmaka. Stacjonowaliśmy w Sejnach, miasteczku wielkości Dupic Małych. Lewo wylazłam z hotelu na wieczorny spacer, a przede mną wypiętrzyła się olbrzymia synagoga.
Miły Pan mi poopowidał, dlaczego Niemcy jej nie zburzyli, ja mu powiedziałam, co pisze / jest napisane na kawałku macewy, którą wyłowili z pobliskiej rzeki, nastąpiło więc machniom, a ja znowu poczułam się jak Indiana Dżołns na początku kariery.

Jak zwykle do domu zwiozłam bochen ciemnego chleba i nażarłam się twarożkowych batoników w czekoladzie. Założę się, że Wieszczu zakochał się w Litwie właśnie przez te batoniki.

A teraz bawimy się w sesję i jemy truskawki na obiad.

[♪] Ben Houge [Arcanum, of Steamworks & Magick Obscura Score] - "Qintarra"

9 czerwca 2010 [14:05:16]

[Powsinoging]

tu! tu pyknij! (3) || Wyślij wiadomość ||

(Czasami) nie biorę - zwyczaj z życia ulicznego

Tym bardziej, że po prostu nie mam czym.
Idę sobie chodniczkiem, w prawej ręce wór z wszelakimi publikacjami naukowymi, w lewej siata z zakupami [dygresja] aż wstyd się przyznać, co ja wyprawiam na Hali Targowej; zachowuję się jak stereotypowa kobieta na wyprzedaży tyle tylko, że kupuję zieleninkę i owocunie zamiast butów [/dygresja] w międzyczasie ktoś pragnie się ze mną skontaktować, toteż sięgam ręką trzecią pomagając sobie zębami do kieszeni po telefon, a tu wtem! podchodzi do mnie taki jeden z drugim i ulotkę swoją próbuje jeszcze wcisnąć do tego całego chaosu (albowiem תהו ובהו – tohu wa wohu z księgi rodzaju to niedzielne przyjęcie w porównaniu ze mną w wyżej opisanym momencie codzienności).
No, i czym ja to mam niby chwycić? Łokciem?!
Nie mam zamiaru hodować dodatkowej ręki specjalnie na ulotki. Poza tym wydaje mi się, że gdyby ów człowiek na służbie przeanalizował w główce sytuację, to zaatakowałby kogoś, kto ma jedną kończynę wolną. Ofiara z wolną kończyną naprawdę zwiększa szanse na pozbycie się kolorowego papiórka, weź to na wiarę, człowieku na służbie, skoro rozum twój nie ogarnia.
Dlatego kątem oka skanuję twarz i jej właściciel może być pewien, że następnym razem zrobię rzecz, której w normalnych sytuacjach staram się nie robić tym poczciwym ludziom nigdy: zignoruję go.

Jak to mówiła niegdyś Mum: „Myśl, bo cię nie będą lubić”.
Albo jakoś tak.

"שי 360 [כולם רוצים את האמת] – "כל אחד ילמד אחד [♪]
[(chark)ebrajski (chark)ip - (chark)op]

10 czerwca 2010 [19:14:06]

[Zwyczaje Fiolkus Fasolkus]

tu! tu pyknij! (14) || Wyślij wiadomość ||

Voting is plexi

Dobra, przyznam się.
Odkąd rzuciłam to wszystko i wyjechałam w przysłowiowe Bieszczady minęło już tyle czasu, że w sytuacjach napiętych, kiedy moi rówieśnicy zaczynają dyskutować na tematy okołopolityczne okazuje się, że nie mam absolutnie nic ciekawego do powiedzenia, a tym bardziej własnego zdania na zadane tematy. Mylę tego z tamtym. Znam tylko jeden program polityczny, Pana–w-Muszce konkretnie i to tylko dlatego, że absolutnie wszyscy go cytują. Ogólnie zatrzymałam się gdzieś w okolicach Edukatora Wielkiego i jego maturalnych rewolucji.

Mówią mi, żebym sobie poczytała, skoro się czuję nieświadoma. Że sobie przypomnę, kto kim jest i cośtam dla siebie wybiorę. Że „voting is sexy” i przecież chyba zajdę do urn, a nie tak, jak kompletny ignorant. Więc otwieram te njusy z pola wyborczego, te testy „Kto jest twoim kandydatem”, te plakaty wyborcze na przystankach oglądam i jedyne co sobie przypominam, to mój ostatni raz z telewizją Mango Gdynia.
Bliźniak kocha Polskę, Pan-w-Muszce wszystko legalizuje, emsi Napier rapując chwali się tłiterem, a jogobella z ekstradużymikawałkamiowoców.
Patrzą na mnie z wysokości swoich spotów i wzniośle nazywają „wyborcą” tudzież „obywatelką”, a jednocześnie traktują jak target.
Ależ proszę bardzo. Wy mnie jak target, ja was jak płatki śniadaniowe. Nie mam bladego pojęcia, które mogą sprostać moimi oczekiwaniom smakowym, ale doskonale wiem, których opakowanie odrzuca mnie tak, że nie kupię ich na pewno.
I to, niestety, będzie musiało wystarczyć.

[♪] oxy.gen [toxygen] - "Super sam"

17 czerwca 2010 [2:22:38]

[Soundwatcher]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

Óczę się pilnie przez całe ranki, że swej żydowskiej pierwszej czytanki

A im więcej się óczę tym większa ochotę mam przewrócić Kroke do góry nogami. Mam kilka pomysłów. Dajcie mi tylko rząd dusz.
[Zawsze wszystko się o ten rząd dusz rozbija właśnie]

Siedząc dzisiaj w mieszkaniu mojej Koleżanki Żydolożki, po wielu próbach ogarnięcia wydarzeń z wieku XVI tudzież XVII doszłam nieopatrznie do wniosku (serio, wympsneło mi się), że nie powinnam zajmować się historią. Jest zbyt inspirująca dla niedorozwiniętego grafomana. Czytając podręcznik potrafię wymyślić w międzyczasie trzy alternatywne zakończenia, dwa opowiadania dziejące się w przedstawionych realiach i jeszcze zastanowić się, kim naprawdę mógł być Samuel Zborowski (albo kogo ja bym mogła z niego zrobić).
Wyjaśniła się zagadka, dlaczego muszę poświęcać na naukę trzy razy więcej czasu niż przeciętny historyk. To nie jest tak, że ja nie mam głowy do nazwisk, czy dat. Ja się po prostu nie mogę skupić w tym imaginarium doktora, w tym wypadku, Markiewicza.

I nie myślcie sobie, że uchodzi mi to na sucho. Na egzaminie z nowożytnej historii powszechnej po całkiem niezłym zarysowaniu rządów opriczniny i brawurowym opisie Dymitriad (gdyby miały swoją grupę na fejsbóku, to na pewno bym się zapisała, mimo że z zasady tego nie robię) zarzuciłam bzdurą absolutną, że Piotr I został zamordowany.
Kiedy zobaczyłam na twarzy Pana Dr mieszankę zaskoczenia i oburzenia wiedziałam, że pod żadnym pozorem, ale to nawet gdyby objawił mi się sam Eliasz, a z nieba zaczął padać deszcz żab w czerwonych trampkach, nie mogę dokończyć zdania słowami, które już, już miały niesfornie wyśliznąć się z moich ust.
[„…przez swoją żonę.”]
Pół oceny w dół.

Nie mniej jednak, bawię się świetnie. I z podekscytowaniem myślę o moim licencjacie. Jeśli tylko nie zostanę wyrzucona za drzwi przez Dr Hab.’a tuż po przedstawieniu tematu, to będzie już z górki.

A na razie macham Szanownej Publiczności w Studiu bezwstydnie nagą stopą z mojego miejsca pracy. Na zdjęciu notatki z wykładu o kołtunie. Tak, kołtunie. Półtorej godziny o splątanych włosach, które przez setki lat brane były za nieuleczalną chorobę.
Też uważam, że moje studia są niesamowite.

[♪] Eluveitie [Evocation I - The Arcane Dominion] - "Brictom"

20 czerwca 2010 [21:18:35]

[University Show]

tu! tu pyknij! (14) || Wyślij wiadomość ||

SZTÓka spadania

Był taki moment, kiedy już wiedziałam, że się nie uda, że źle oceniłam stromiznę i wyboistość powierzchni, że grawitacja jednak zadziała. To był ten pierwszy.
Druga faza polegała na pogodzeniu się z pozostawieniem mojej skóry na asfalcie, pogruchotaniem sobie kości, może nawet znajdę kiedyś mój upadek na jótjubie, wszak ludzie uwielbiają oglądać upadki, a przynajmniej do póki nie zaczęły ich bawić wyrwane zderzaki.
Ostatnie chwile, to wybranie odpowiedniego momentu i miejsca tak, żeby nie rozbić sobie łba doszczętnie, nie rozwalić komórki w kieszeni i nie złamać prawej ręki przed poniedziałkowym egzaminem pisemnym.
Ląduję z wślizgiem błogosławiąc ochraniacze na dłonie i wspominam ostatni raz, kiedy upadałam, jak najbardziej fizycznie, bez metafor, upijania się mlekiem i smutnych piosenek w tle. No, z dwanaście lat będzie spokojnie.
[Jakież to dziwne, kiedy wnaprawdę dzieją się te same rzeczy, które kiedyś wymyśliły się w głowie twej prywatnej i zostały utrwalone grafitem, atramentem, czy w pikselu, jak kto woli. Niby "Kraina Chichów". Niby, bo zwierciadło jednak jest krzywe. Wydarzyło się więc twoje opowiadanie, w roli głównej byłeś ty sam, ale brakło elementu kluczowego, zakończenia brakło i morału. No, zakończenie to na pewno ci zmienili. A z nim morał. To zdecydowanie nie to samo i nie twoje zakończenie.] //
Leżąc wypowiadam ze spokojem samurajskiego senseja słówko "Auu?..." (albowiem ani jedno przekleństwo z moich ust się nie wydostało) i widzę jak te dwie historie, które przez chwilę trzymały się za rączki, idą w dwa zupełnie różne kierunki.
[Tak więc nie będzie nic o karaniu się za grzechy przestarzałe. Tu będzie o innym banale, który musisz zrozumieć. Trzeba przypomnieć ci, żebyś zapamiętał przez ten siniec i skórę zdartą (bo może w końcu się nauczysz), żeś człowiek z ambicją wybujałą i do przodu kroczysz za szybko i skakać chcesz za wysoko, tymczasem asfalt jest twardy, a grawitacja nie potrzebuje serwisu. Więc albo się uspokoisz, albo nauczysz, jak upadać tak, żeby nie rozbić sobie łba doszczętnie, nie rozwalić komórki w kieszeni i nie złamać prawej ręki przed poniedziałkowym egzaminem pisemnym.] //

Boli i szczypie, jak cholera [dokładnie w tym miejscu, o którym kiedyś napisałam] //
Fizycznie, tak dla odmiany. Podniosłam się [bo i w opowiadaniu nikt jej ręki nie podał] // i poszłam do domu dokonać samoopatrzenia. Wszystko jest tak, jak ma być, równowaga skrzywionej rzeczywistości nie została zachwiana, jest w porządku. Nawet spodni nie szkoda, bo po tych kilku miesiącach równomiernego chudnięcia i tak na mnie wsiały.

[♪] 12 Stones - [Anthem For The Underdog] - "World so cold"

26 czerwca 2010 [23:35:30]

[Między 1.00 a 3.00]

tu! tu pyknij! (5) || Wyślij wiadomość ||