. improwizacja-mniejsza

Decyzję o tym, że jednak wybiorę się na „Kod da Vinci” podjęłam w momencie, kiedy dowiedziałam się kto zrobił muzykę do tego filmu. Jakoś nie mogę się oprzeć obrazom, którym w końcowych literach wyświetla się na trzy chwilki „Hans Zimmer”. No, wybaczcie. I znowu obsługa sali przyglądała mi się z ciekawością i pytaniem „Nic się pani nie stało?” na twarzy, kiedy do ostatniej sekundy siedziałam w fotelu z zamkniętymi oczami słuchając sobie bardzo ładnego chóru męsko – męskiego.
A film jak film, o. Dwie dobrze obsadzone role (Audrey się nie liczy, bo jak dla mnie to ona mogłaby zagrać nawet Terminatora i by mi się podobało, a Reno… no, sam Brown przyznał, że Fache to Reno pod innym nazwiskiem), mianowicie pan Bettany i McKellen z czego ten ostatni dlatego, że nie przypominał mi Gandalfa na każdym kroku. Tom Hanks nie podobał mi się wyjątkowo. Wolę go, jak zwraca się do piłki per „Willson” i biega za Szeregowcem Rayan’em. Wybaczcie.
Można ten film oglądać z zamkniętymi oczami. Właściwie książkę można przeczytać tak samo.

Zakupienie słonecznika za 1,5 PLN zaszło z powodu padającego deszczu, smutku rzeczywistości, ludzi smutnych. Jako że ludziom lepiej idzie uśmiechanie się do osobników z żółtymi kwiatkami w ręce, a czekać na sponsora nie było co (bo któż by chciał mi kupować kwiatki?) to zakupiłam sama, ale nie sobie, a ludziom właśnie. Podziałało. Żółte kwiatki działają zawsze. Nawet jeśli ma się na sobie rzeczy szaro – szare, trampek się zapomniało z domu wziąć i samemu jakoś tak uśmiechanie się ciężko idzie.

W domu mam jakieś czterdzieści kilo książek, których na pewno nie zdążę w te wakacje przeczytać. A mimo to znowu dorzuciłam do kupki dwie następne.

Ooosom. Ooooosom. O, widzicie? Już umiem. Oosom. Teraz jeszcze tylko „dżoooj” i mogę iść się pakować.

♪ "Allay Pain" - Taku Iwasaki

1 lipca 2006 [16:16:14]

[Główna]

tu! tu pyknij! (8) || Wyślij wiadomość ||

…najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że tych ludzi nie obchodziło kim jesteś dla tych, którzy znają cię dłużej niż rok. Nie obchodziło ich co o sobie mówisz uzewnętrzniając się na zajęciach „Zrób kolaż wydzierając słowa z gazet, a powiem ci kim jesteś”, bo dla nich to były jakieś kompletne bzdury. Doszło do tego, że sama uwierzyłam w to, że to co o sobie wiem to jeno bełkot jak i bullshit. Co najśmieszniejsze zmieścili się z tym w tygodniu, słownie: dniach siedmiu, co najśmieszniejsze, wcześniej mnie nie znali, w porywach czytali moje felietony w gazecie, w porywach pamiętali z przedszkola łamane na podstawówki.
No bo chyba nie mogę być zła i mroczna, skoro całkiem ładnie macham patykiem [„może nie tak szybko jak sam – wiesz – kto, ale za to z gracją!”], skoro umiem pisać po elficku [„You elvish girl :)”], skoro ni stąd i zowąd zaczynam śpiewać „Maaam bruuudne stopyyy!” na nikomu nieznaną melodię, skoro śmieję się do plastrów sera pływających w herbacie rozlanej przez Povilasa i nijak nie da się mnie uspokoić przez jakieś dwie godziny [„No i z czego ty się teraz śmiejesz?”]. Bo tym ludziom nie potrzeba było wiele, żeby się uśmiechnąć z powodu Fiolki. Wystarczyło, że zaśpiewałam w kiblu „Idzie na burze, idzie na deszcz” [„Dzięki za >Strachy< w łazience ;)”]. Ot.
Aj, bo przekupili mnie. Linda na przykład dała mi pół paczki Mini – Marshmellow’s (swoją drogą cudowny wynalazek, tak mini jak i wersja basic do pieczenia na ognisku. Któż by pomyślał, że Óesańczycy też mogą być genialni…). Michelle, która pomimo posiadania na karku lat około 45 wygłupiała się częściej niż jej córki – bliźniaczki, szybko uczyła się polskiego [„Och! I must take a picture of this siwy koń!”], energię potrzebna na to wszystko ładowała podczas snu, a naładowana mogła być bardzo niebezpieczna dla środowiska [„Who let her take a nap in the train?!”]. Beth, która na pewno jest Wybraną, bo potrafi uchylać się przed kulami bez użycia linek i bullet-timu (to, że ćwiczy yogę nie ma nic do rzeczy). Twins Shannon’n’Jess, które rozbawiły mnie do łez swoim skeczem z „Emilią” i wyjaśnianiem amerykańskiego slangu [„>I had a blast< means I had a… erm… boom?”]. Do tego Litwini, którzy grali w zośkę na przystanku tramwajowym: Feli z burzą rudych włosów, z którą polowałyśmy na jagody (do tego nauczyła mnie nowego powitania po polsku, tak, tak, polsku, mianowicie „Żółwik! Zdechł!”) i Povilas, nowe wcielenie Simona, często używał Mocy i zmuszał ludzi do udziału w idiotycznych grach [„Let me see a Roman Giertych!”]. Z polskiej ekipy na pewno Kolega Krzysiek, nazwany później Wiaderem z powodów wiadomych [ *dyszy ciężko przez palce* „Fiolka! Przejdź na Ciemną Stronę Mocy!”]. Paulina, która jest najbardziej szaloną znaną mi osobą, ze względu na to, że chodząc do klasy o profilu humanistycznym zdawała egzaminy na medycynę. Góral, który mając brudne ręce wytarł je o jasne spodnie Mateusza, a ten zareagował słowami „Luzik, i tak nie piorę”. Faceci, którzy w ostatnią noc przenieśli się ze spaniem do nas prowokacyjnie zostawiając kanadyjkę na samym środku swojego namiotu otoczoną stertą bagaży i śmieci [„Spoko, jak coś to się powie, że jesteście grupą lunatyków – hobbystów, którzy chcą pobić rekord Guinessa i przenieść podczas snu ciężarówkę”]. Feli, Michelle i Povilas śpiewający „Row, Row, Row Your Boat” z wibrującym „R” na cały głos w krakowskim tramwaju, po czym przyspieszony kurs mówienia owego „R” dla Jess (oblała). Do tego słuchanie meczy w radiu (z powodu braku telewizora w „tej dziczy”) i pan komentator – poeta niespełniony, który komentarzami z stylu „I szuka piłki tą swoją łysą głową” rozbawiał towarzystwo do łez i zachłyśnięcia się kanapką z pasztetem.

[!] Nie, naprawdę nie musiałeś czytać tej notki od początku do końca, bo… bo trzeba było tam być. Być i często fuzz yourself / fuzz up. Te 591 wyrazów można zmieścić w cztrech: Fiolka. Się. Uśmiecha. Sama.

♪ "Wind" - Akeboshi

10 lipca 2006 [14:44:38]

[Główna]

tu! tu pyknij! (11) || Wyślij wiadomość ||

Z cyklu: „Wewnętrzny Krytyk Muzyczny wylazł z foremki”
Dzisiaj, kochani bracia i siostry, porozmawiamy o zjawisku zwanym przez Panią Przybytku (Fiol znaczy) kinder-punkiem. A to dlatego, iż…

Coś jest w tym, że krytycy muzyczni to artyści niepełnosprawni, czytaj, niespełnieni. Z Fiolką było to tak, że w wieku lat ośmiu Mum zawiozła mnie na przesłuchania do szkoły muzycznej w celu wiadomym. Jako że większych problemów z intuicyjnym dośpiewywaniem nutek nie miałam, a i bonusowo wymiotłam na pianinie pierwsze takty „Dla Elizy” Bethoveena (które to ostatni raz grałam dwa lata przed owymi egzaminami cztery razy w życiu nawiasem mówiąc), to wysokie noty zebrałam, łącznie z brawami, łącznie z sympatią komisji, bom rezolutnie dziecko była. Jednak kiedy zapytali mnie o instrument, który chciałabym maltretować już do końca życia, a ja bez wahania krzyknęłam, że „PIANINO!”, zaczęli macać moje palce i ze smutkiem kręcić głowami. I tym oto sposobem zawaliła się moja kariera muzyka, o co pretensje mogę mieć tylko do mojego kodu genetycznego, w porywach do Boga.
Bo później przynieśli mi flet poprzeczny, kazali chwycić akord, czego zrobić wstanie nie byłam. Skrzypiec też bym nie chwyciła. Nawet dzisiaj, po dziewięciu latach, mam kłopoty z chwyceniem głupiego eF na gitarze.
Tak, wiem. Mnie też urzekła moja historia.

I tak oto zbliżamy się do sedna sprawy, mianowicie do Kinder – (pseudo)punku, w dodatku niemieckiego, który to zalał rynek muzyczny ostatnimi czasy. O ile „zalać rynek” można zespołami w liczbie dwóch (jednak po Tokio Hotel wyskoczył też następny, z obserwacji zapewnić mogę, że na tym się nie skończy). Otóż. Proszę państwa. Skacząc po kanałach niemieckiej Vivy podczas tygodnia z rodzicami nad morzem, oprócz tego, że Nelly Furtado się popsuła, zarejestrowałam jeszcze kilka zespołów, których to istnienia nawet nie podejrzewałam. Między innymi grupa o wdzięcznej nazwie (uwaga) Killerpilze (względnie głośne brawa). W życiu bym na nich większej uwagi nie zwróciła. Bo gdyby darować sobie nazewnictwo, darować sobie ten (khem, khem) „punk”, na dźwięk którego CKOD zapewne zaturlaliby się ze śmiechu na śmierć, a Dezerter zaturlał i zarzygał, to oni może grają i sympatycznie (sympatycznie o wydźwięku „ujdzie”), tak, jak już było i zapewne będzie jeszcze nie raz. Nawet bym nie zauważyła, że ani jeden z tych skaczących gości nie ma jeszcze osiemnastu lat.
Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy dorwałam BRAVO mojej współlokatorki obozowej, a na zajawce widnieli nie kto inny a Killerpilze właśnie. Przez głowę przemknęła mi krzyżówka „Mon Dieu” z „Tokio Hotel – reloaded znaczy?!”. Mimo że na teledysku nie wyglądali na ludzi, którzy mają mroczniejszy mejk-ap niż teksty i tak zwaną „strefę podkopułową”. Nie wyglądali nawet na ludzi, którzy wyznają anarchię (tym bardziej w wersji kinder). Ale przypomnijmy, że na ludzi bez dowodu nie wyglądali też.
Perkusista ma lat 13. Jako że jest bratem frontmana (17 wiosen) wnioskuję, że został przyjęty do zespołu na zasadzie „Mutter, mutter, mogę założyć zespół?”, „Nie”, „Muuutter… a moi kumple mogą…”, „No dobra, ale weź ze sobą brata. I posprzątaj w pokoju”. Co najśmieszniejsze, smarkacz na tych bębnach gra, a nie wali na oślep.
I właśnie w momencie, kiedy obiecywałam sobie, że po powrocie do domu muszę sprawdzić kto im pisze muzykę i teksty (i o czym są, bom wybitnie anty - dojcz), właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że do grania na perkusji nie trzeba mieć długich palców u łap. Właśnie wtedy poczułam się jak gracz w totolotka, który idealnie obstawił szóstkę, ale zapomniał wysłać kuponu.

A teraz zaproście mnie do Drzyzgi.

♪ "Tonacja (Sygnał z Piekła)" - COMA
[a COMA jak zwykle "Piękna jest i młoda oraz zawsze można ją zaprosić na sok"]

14 lipca 2006 [0:52:09]

[Główna]

tu! tu pyknij! (6) || Wyślij wiadomość ||

Od tygodnia uprawiam sobie nicnierobienie. Czytam te moje czterdzieści kilo książek, odpisuje na maile od Óesańczyków, obijam się od SONNY’ego do łóżka, od czasu do czasu przykleję się do szyby, bo gorąco, nie powiem, a jedynym konstruktywnym wnioskiem, jaki udało mi się wysnuć jest to, że nigdy, ale to NIGDY nie wolno opętywać tego samego golema dwa razy *.
[*] Tak, wciągnęliśmy się w grę typu eRPeG o wdzięcznej nazwie Arcanum, która to zalega u mnie na komputerze już od roku i jakoś nigdy na nią czasu nie miałam. Złamaliśmy swoje przyzwyczajenia i gramy nekromantą. O dobrym charakterze co śmieszniejsze. Bo skoro autorzy Warcrafta mogli stworzyć ślepego Elfa do dlaczego ja nie mogę nekromanty-do-rany-przyłóż, no naprawdę.

To nicnierobienie zaczyna mnie męczyć.

↓ tu znajduje się gratis donotkowy ↓
GRATIS
↑ tu znajduje się gratis donotkowy ↑

Sławni ludzie to jednak mają przerąbane. Zgarną ich z samego środka ulicy i wywiozą do Rosji na prywatne występy przed szefem mafii, a policja słysząc zawiadomienie telefoniczne ograniczy się jeno do czegoś w rodzaju „Aha, jasne. Już wysyłamy oddział rycerzy Jedi”.

A tak naprawdę to jestem teraz w Paryżu.
[Trzeba być naprawdę nienormalnym, żeby w XXI wieku mając siedemnaście lat, zachwycać się twórczością pana Victora Hugo, który potrafi spłodzić bite dwadzieścia stron opisu „Paryża z lotu ptaka”. I to opublikować.]

♪ "Belle" - Garou, Daniel Lavoie et Patrick Fiori
[co by się w konwencję wbić, co by sie dobrze czytało, co by się przyznać, że to raczej ulubiona piosenka musicalowa Fiolki jest, o...]

16 lipca 2006 [21:04:09]

[Główna]

tu! tu pyknij! (5) || Wyślij wiadomość ||

Jestem bardziej garfieldowa niż myślałam. Spanie do jedenastej, celebracja poranka na pomocą kawy (ale jeszcze nie takiej, do której dodają łomik gratis), a później nicnierób standartowo.
Nicnierób mój się przedłuża, niecnierób mój rośnie i pęcznieje w tempie okrutnym.
Jednak już niedługo, bo w fazie przygotowawczej jest akcja "Morsko Party" jak i „Download Sy”, co zapewne zmieni jeno tyle, że hodować mego Nicnieroba będę w innej szerokości geograficznej i w towarzystwie, ale za to nudzić się nie będę.

Zadania na dziś
Początek listy
1] Zjednoczyć każdą moją komórkę z atomami wszechświata (bo miło jest mieć poczucie, że bierze się udział w jakimś przedsięwzięciu na skalę światową).
2] Zastanowić się, dlaczego nie mogę wysyłać empetrójek pocztą onetową.
3] Zrobić herbatę.
Koniec listy.
Kocham wakacje.

Tak w ogóle to odwaliłyśmy z Siostrą moją Prof. burżujstwo niesamowite, bo pojechałyśmy do M1 oddalonego o 60 kilometrów po lody i 3 (słownie: trzy) bułki ze słonecznikiem. Zdaję sobie jednak sprawę, że w czasach, w których wprowadza się w życie każdy pomysł Pięknego Romana, ludzie uważają, że najlepszym rozwiązaniem problemów jest rzucenie się na swoja rodzinę z nożem / siekierą, a karierę za granica robi zespół „hip-hopowo-punkowy” o wdzięcznej nazwie Blog 27, postępek nasz nie zrobi na was żadnego wrażenia.

[!] A siedzenie w parku zawierciowiańskim jest, o dziwo, całkiem sympatyczne, szczególnie, jeśli się siedzi z „Nocarzem”, Kúbą i jego gitarą.

♪ "Supersonic" - Pogodno
[à propo rozmowy o piosenkach z... przesłaniem...]

20 lipca 2006 [12:20:42]

[Główna]

tu! tu pyknij! (10) || Wyślij wiadomość ||

…i choćbyś mówił językami ludzi, aniołów i Tolkiena, i choćbyś prorokiem był układającym horoskopy w „Glamór” i samym Billem Gatesem rozdającym jałmużnę biednym na rogu Wall Street, i choćbyś biegał po świecie w trampkach dwigh’towych z żółtymi kwiatkami w łapach tylko po to, żeby ludzie się do ciebie uśmiechali, i choćby słowa się ciebie słuchały i zawsze ustawiały tak, jak chcesz, i choćbyś posiadał wiedzę nieskończoną i wszystkie numery National Geographic znał na pamięć, i choćbyś umiał stepować na linie przerzuconej nad Niagarą, i choćbyś przyznał się przed fanami Behemotha, że kochasz Madonnę, i choćbyś miłość znał i ból, którego jest zapowiedzią to
n i c z y m j e s t e ś
albowiem w chwili kiedy ktoś dziesięć centymetrów od ciebie cichutko walczy o życie, ty jesteś w stanie tylko przykucnąć obok z rękami przy ustach i przerażeniem w oczach.

♪ "Ostrość na Nieskończoność" - COMA
[...bo najlepsze w tekstach COMY jest to, że równie dobrze mogłabym je napisać ja]

23 lipca 2006 [21:41:19]

[Główna]

tu! tu pyknij! (9) || Wyślij wiadomość ||

Stojąc na przystanku z Zone i czekając na autobus linii trzy, który to opóźnił się tak, że już bardziej czekałyśmy na ten z szóstką na czele, kleiłam się spokojnie do chodnika, kleiłam się do przystanku, najbardziej jednak do biletu, który dzierżyłam w prawej dłoni. Jednak tym razem Zone przewyższyła mnie. „Podeszwa od trampek mi się rozpuszcza” – powiedziała z desperacją patrząc na swoje obuwie wyjściowe. Zdecydowanym ruchem podniosła stopę i oczom naszym ukazała się podeszwa gładka, wzorków okrutnie pozbawiona.
Potrzebuję wziąć udział w programie wymiany klimatu z Oslo chociażby.


Tego właśnie było mi potrzeba. Ogniska do rana mianowicie i gitary, którą Błażej zalał wodą.
Mag nie pojechał na Woodstock, ale za to ciągle umierał i nie omieszkał nas o tym informować. Rocky przez trzy godziny spał w mrowisku. Zone spała w ogóle i była mało ciekawa. Kuuba przez czterdzieści minut tłumaczył nam, dlaczego nie zdążył na autobus, a później dorzucił jeszcze dwadzieścia minut odpowiadania na pytanie natury egzystencjalnej, mianowicie: „Co to jest buda ruska?”.
A Sy brakuje mi już kropka teraz. O.

Sy nie okazała się czterdziestoletnim, spoconym i dyszącym facetem. Sy okazała się istotką, która uśmiecha się głównie oczami i też łazi po całym domu, kiedy myje zęby. Przywiozła dużo batonów o wdzięcznej nazwie „Grzesiek”, w tym unikatowe „z krostami”, i między innymi dlatego postanowiłam poświęcić jej osobie cały akapit. No, i pożyczyłam jej książkę. Ha.
Bo Sy jest faaaaajna (:

A teraz obiad. Dzisiaj będzie arbuz z lodówki.

♪ "Nine Milon Bicycles" - Katie Melua

28 lipca 2006 [14:48:36]

[Główna]

tu! tu pyknij! (5) || Wyślij wiadomość ||