. improwizacja-mniejsza

"Ej, mam 25 lat, robię z siebie debila i jeszcze się z tego cieszę" powiedziała Justynka i pewnie nawet nie wiedziała, że wygrała mój prywatny konkurs na dokładne opisanie Snowballa w jak najmniejszej liczbie zdań.
W tym roku patrzyłam na tę sektę z nieco innej perspektywy, albowiem na początku dostałam żółtą koszulkę kadrową i kazano mi się rządzić. I w ten oto sposób zostałam zobligowana do robienia z siebie kretyna już w pierwszym dniu, a nie dopiero po trzech, kiedy już cały obóz odtaje, zrzuci maski, porzuci wszelkie "ą, ę, ależ" i zacznie śpiewać piosenki o bananach. Pasowało mi to niesamowicie.
Jako kadra dostałam własną grupkę do prowadzenia, która spokojnie dotrzymywała mi kroku. Nazwali się "Children of the Field", ja dostałam zaszczytny tytuł "Master Farmer" i motykę świetlną +4 do charyzmy. I jak tu nie kochać?
Było niezwykle banalnie. Jak w książkach, które nazywa się banalnymi, mimo że rzeczy, które w nich sie opisuje nie zdarzają sie na codzień i nawet nie wszystkim.
Śpiewało się piosenki zaimprowizowane o "Kiju i żmiji" płacząc ześmiechu. Oraz, ku ogólnemu zdziwieniu gawiedzi, "Ruah" na gwa głosy, które rozumiały się praktycznie bez słów. Wymykało się z namiotu w środku nocy i spało pod gwiazdami z harcerzami na kwaterce, czysta Musierowicz. Ci, którzy uważali siebie samych za złych i niegodnych wszystkiego co dobre, płakali trzy godziny na kolanach, a później już tylko się uśmiechali. Byli ci, którzy już jutro zaczynają nowe życie i bardzo się tego boją. Były rozmowy o życiu i śmierci przy Księżycu i w deszczu. Było wracanie o czwartej nad ranem. Były trzy minuty Dżemu zaśpiewane perfekcyjnie przez Kolege Górala i trzy minuty oczekiwania na wschód słońca (do póki nie stwierdziliśmy, że drętwo jest i nie chce nam się czekać). I trzy minuty szczerości. Ci, którzy chcieli być wysłuchani, wysłuchani zostali. Ci, którzy potrzebowali sześciu przytuleń dziennie do szczęścia, dostali szesnaście. Do FuckDonaldu weszliśmy skandując "Fast food kills!", później zdrzemnęliśmy się nad Wisłą i akt ten obwołaliśmy najprzyjemniejszymi 20 minutami wycieczki do Krakowa.

I jeszcze ja.
Dwa tygodnie temu modliłam się o przyjaciela, który spełniałby kilka warunków.
I znowu okazało się, że Szef istnieje.
Przyjaciel zaliczył nawet szósty punkt: "zielony, wyciągnięty sweterek".
(:

♪ "Nothing else matters" - Metallica
[bo niektóre piosenki są ładniejsze, kiedy śpiewa się je przy świetle księżyca o trzeciej w nocy]

3 lipca 2007 [12:02:48]

[Główna]

tu! tu pyknij! (13) || Wyślij wiadomość ||

Przy porannej kawoladzie nawiedziła mnie myśl zuchwała. Po raz nie wiadomo który. Że niby to właśnie przeżywam najlepsze wakacje mojego życia.
Co jest wierutną bzdurą, bo najlepsze będą za rok.
A za rok powiem, że za kolejny rok.

Nie mniej jednak coś w tym jest.
I nie chodzi tu o fakt, że właściwie przez cały lipiec i kawałek sierpnia jestem w domu raczej gościnnie, między jednym Snowballem w Polsce, a drugim na Litwie. Tu chodzi też o to, że mogę zarywać nocki na pisanie. Mój Straszy Brat Samozwaniec znowu zorganizował mini party pod nazwą "Nudzimy się w kupie", które znowu zakończyło się robieniem dobrego żarcia. Drugi brat, Bliźniak tym razem, przesyła dużo linków na You Tubie i zdjęć batoników ze swoich wypraw do supermarketu, czym dba o mój rozwój kulturalny, nie mówiąc już o łzach radości. Poza tym okazało się, że jazda samochodem nie jest wcale taka straszna na jaką wygląda i ze zdziwieniem odkryłam, że na drugiej godzinie praktyk ręka sama mi się kieruje w stronę dźwigni zmiany biegów. I to nawet w odpowiednich momentach (już wybieram tego mojego Samuraja na allegro).
Ogólnie jest bardzo przyjemnie. I nie rozumiem tych wszystkich marud, które mnie otaczają i narzekają, że jest nudno.
Zastanawiam się, czy to bardziej oni są marudni, bo nie cieszą ich takie rzeczy, czy bardziej ja nienormalna.
Bo mnie, owszem i jak najbardziej, cieszą niespomiernie.

A teraz jeszcze tylko się dopakuję i sio. Jdę zobaczyć jak wygląda Bałtyk na Litwie (wydaje mi się, że wszędzie jest tak samo brudny i nudny, ale moge się mylić).
Kto zadzwoni w przeciągu pięciu minut i powie mi czego zapomniałam, dostanie łapkę na muchy ze stali nierdzewnej gratis.

♪ "My cold sea" - Arcana

13 lipca 2007 [14:19:16]

[Główna]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Byłam w kurorcie nadmorskim. Tam, gdzie plaża jest tak brudna, że przyciągnęła mnie tylko cztery razy i tylko na molo, na którym: spałam z Kulką (turyści robili nam zdjęcia), oglądałam zachód słońca (razem z 3 780 ludźmi), słuchałam jak Arturas (39) gra na gitarze, a Vincenzo (coś koło 60 roku życia) wali do taktu kijami w pudełko po ciastkach (wtedy widownia była już mniejsza nieco).
[!] Wniosek: Plaże nadal są ZŁE!

Litewski kurort nadmorski, zwany Palangą, mógłby w procesie demokratycznego głosowania osób tam przebywających zostać przyłączony do Rosji. Rosjanie są wszędzie. Najbardziej obecność Rosjanina denerwuje człowieka w środku nocy, kiedy taki przejeżdża pod oknami autkiem o tej samej dacie produkcji, co jogurt w twojej lodówce (no, chyba że jesteś programistą) i natężeniem basów zdolnym udawać Powstanie ’44. A w głośnikach co? A w głośnikach rosyjskie dance z Eurowizji rodem.
[!] Wniosek: Kiedyś pożyczę autko wyładowane głośnikami od Błażeja i pojadę tam z top ten wykonawcami Rocky’ego zapuszczonymi na full. Ciekawe, czy da się umrzeć na szok muzyczno-gatunkowy.

Otoczona byłam obcokrajowcami z każdej strony i największy ubaw miałam, kiedy ktoś próbował mnie poczęstować fajką z moim ogniem / zapytać o drogę do najbliższego baru, do którego mógłby mnie zabrać / poderwać w powodu mojej czarnej kiecki w której to raz się wypuściłam na miasto* (niepotrzebne oczywiście skreślić) w języku innym niż rozumiem. Z uśmiechem pytałam wtedy Speak English? po czym z jeszcze większym uśmiechem wysłuchiwałam średnio udanych prób wytłumaczenia mi, o co, tak zwane, kaman.
Żadnemu z powyższych facetów się nie udało.
[!] Wniosek: Óczta się języków, droga płci męska. Bo jak przyjdzie co do czego, to nie będzie umieli zapytać, czy dziewczyna ma pożyczyć drobne do puszki piwa i biedna, do końca życia będzie myśleć, że chcieliście ją poderwać na środku chodnika kurortu nadmorskiego.
(przynajmniej się dowartościowałam...)

Po wielu dniach nerwów i zwątpienia w sens istnienia (albowiem Snowball litewski różni się DIAMETRALNIE od polskiego) zostaliśmy wywiezieni do Wilna. Audrone, szefowa wszystkiego, ugościła nas w swoim mieszkaniu, absolutnie fantastycznym, mieszczącym się na starówce. Ugościła nas godnie, na przykład obiadem robionym przez Vincenta, który jakby nie patrzył jest Włochem z krwi i kości. W dodatku uwielbia gotować.
Takiej pasty to ja w życiu nie jadłam. Pasta serwowana w restauracjach, nawet tych określających się jako „włoskie” to nic nie znacząca namiastka tego, co jadłam. Jak Tokio Hotel w obliczu The Clash. Jak „Kod Leonarda da Vinci” w obliczu „Imienia Róży”. Jak... bracia Mroczek w obliczu Al’a Pacino. I tak dalej.
Były jeszcze naleśniki na śniadanie. Na pytanie „Jak ci smakują?” Kulka z całą śniadaniową kurtuazją odpowiedziała: „Hell!”. Poprawiła się na „Heaven” dopiero wtedy, kiedy zdążyłam się już zwinąć ze śmiechu i spaść pod stół.
[!] Wniosek: Już chyba nigdy nie zjem nic włoskiego w restauracji. Moje kubki smakowe mogłyby zacząć tęsknić.

A Wilno jest piękne. Zakochałam się. Mimo że za dużego kultu Mickiewicza tam nie ma. Poza tym Zarzecze z najmądrzejszą konstytucją jaką tylko kiedykolwiek ktokolwiek ułożył urzekło mnie absolutnie. Kolejne miejsce, gdzie chcę mieszkać.
[!] Wniosek: Nie kupiłam co prawda koszulki z Wieszczem, ani nawet długopisu z jego głowa dyndającą na sprężynce, ale za to mam nową rzeźbę w ogródku. Sasasa.

W podróży towarzyszyła mi Kulka, której zmysł orientacji w terenie zanikł jeszcze bardziej niż u Zone. O ile Zone potrafi zgubić się na prostej, wybrukowanej drodze, o tyle Kulka potrafi zgubić się w windzie. Towarzyszył mi także Wielki Ptak, który sam kazał tak na siebie mówić, co jest o tyle dziwne, że jest kobietą. W innym przypadku nie zasiałby u mnie ziarenka wątpliwości.
Spędziłyśmy dwie piękne noce przed telewizorem upajając się eMTiVi, mi. programem o bandzie białych raperów, którzy chcą zostać czarnymi raperami...

♪ "Grace Kelly" - Mika
...a także dysputami na temat twórczości powyższego pana, który wkurza mnie swoim "Relax" niesamowicie, ale i tak będzie mi się kojarzył z tym wyjazdem do końca życia. Tak to już się odbywa w tym uniwersum.

28 lipca 2007 [12:14:12]

[Główna]

tu! tu pyknij! (3) || Wyślij wiadomość ||

Jako smakosz - amator herbaty z wieloletnim doświadczeniem, po spróbowaniu wielu smaków, odcieni i rodzajów (a zaczęło się od prostej zielonej o zapachu opuncji figowej w Morsku, w środku nocy) mogę wam powiedzieć, że...

...najlepsza jest z cytryną, deszczem i Panem Bogiem.

♪ "Lullaby" - Goran Bregović

30 lipca 2007 [0:05:37]

[Główna]

tu! tu pyknij! (3) || Wyślij wiadomość ||