. improwizacja-mniejsza

Jednym z przekleństw wieku nastoletniego jest katalog gg, w którym to pisze, żeś nastoletnia właśnie. I tak oto średnio trzech facetów dziennie mówi mi „Cześć”, po czym najczęściej zadaje standardowe pytanie „Chcesz zobaczyć?”, „Masz chłopaka?”, ewentualnie ogranicza się do „Jak masz na imię?”. Wszystkie trzy pytania są mniej więcej tak samo inteligentne. Owszem, chcę zobaczyć, najbardziej K2 od stoku północnego, ewentualnie COMĘ na żywo, chłopaka to może nie, ale posiadam za to męża zamieszkałego w Londynie i dziewczynę zamieszkałą w Kaliszu, natomiast imię moje widnieje w katalogu, w którym rozmówca kliknął dwa razy na „Fiol” i tym samym, na moje nieszczęście, rozpoczął tę nad poziomy wylatująca konwersację.

Jako że instynkt surwiwalowy załącza się człowiekowi automatycznie w takich sytuacjach, zaczęłam opracowywać sposób pozbywania się kandydatów na mojego partnera życiowego. A że ambitna jestem i opcja „zablokuj” nie daje mi pełnej satysfakcji, to poczęłam robić badania.
Dzisiaj, droga młodzieży, przedstawię trzy odpowiedzi na trzy najczęściej zadawane pytania, pomijając „Jak masz na imię?”, bo na to odpowiedź jest tylko jedna: „katalog” (opracowana przez Zone TM). Po każdej z nich rozmówca nie odezwał się już ani razu.
1] Chcesz zobaczyć?
Po uściśleniu przez rozmówcę co chce nam pokazać (zwykle wszyscy chcą pokazać to samo) i podania wymiarów (bo podają zawsze) piszemy dwa słowa: „za mały”. Słowa te powtarzamy z uporem maniaka.
2] Masz chłopaka?
Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie, po czym zapytałam czy rozmówca ma. Ten zaśmiał się („buahahaha”) i zwierzył się, że sam jest płci męskiej. W tym momencie możemy napisać dwa słowa kluczowe, mianowicie: „Ja też”.
3] Co tam porabiasz? (pytanie zadawane zawsze w ten sposób)
Tym razem też postawiłam na szczerość: „Próbuję przełożyć cytat na Sindarin”. I to był koniec rozmowy. A szkoda, bo gość dobrze sobie radził. Dwadzieścia minut nie mogłam się go pozbyć.
Wnioski: Jest jeden. Jest zatrważający. W moim pokoleniu nie występują tylko ludzie pretendujący na polską yntelygencję, którzy zamiast „Chce mi się lać” mówią: „Mam parcie na pęcherz. 300 mililitrów”. W moim pokoleniu występują także ludzie, którzy w przyszłości oglądać będą teleturnieje prowadzone przez panią rzucającą się po ekranie w dekolcie do pasa i w kółko powtarzającą „Zadzwoń, NAPRAWDĘ CHCĘ dać ci te pieniądze, odpowiedz tylko na pytanie ile trójkątów widzisz na ekranie, dla ułatwienia podpowiem, że tyle samo masz palców u rąk, no, chyba, że brakuje ci jednego”. Są ludzie, którzy w przyszłości będą czytać FAKT, bo będą myśleli, że to jest gazeta. Są tacy, którzy założą Samoobronę Sekynd Ediszyn. Są, oj, są…
Wniosek z wniosku proszę wyciągnąć sobie samemu, bo mnie przez palce przejść nie chce. Za dużo porannej kawy wypiłam, za dużo informacji porannych się naczytałam.

I z tą kwestią do rozpatrzenia was zostawiam, sama jadę do rzeczonej Czechosłowacji. Jaka holka czy inny tam dobry deń.

♪ "Lydekai Paliepus" - Frekenbok
[...czyli jak dobrze mieć znajmych na Litwie, którzy przysyłają ci mailem coś tak egzotycznego jak litewskie ska]

1 sierpnia 2006 [10:55:20]

[Główna]

tu! tu pyknij! (15) || Wyślij wiadomość ||

Życie mi się wywróciło. O jakieś 180 stopni. Mniej więcej.
No, tak. Niby po trzech latach jazdy na jednym systemie, po trzech tłustych latach, przez które zdążyłam wyhodować namiastkę sztucznej inteligencji (zwana dalej „SONNY’m”), która to zaczęła rzucać aluzjami w stylu „Czy na pewno chcesz usunąć WINDOWS?”, zrobiłam format (!). Wieszać i tak się nic nie wieszało, ale za to Photo Shop nie uruchamia się przez przysłowiowe „cyminuty”. No, niby.
Jako, że w życiu formatu zrobić się nie da, musiało mi wystarczyć swojskie CTRL+ALT+DELETE. Bo czasami przychodzi taki czas w życiu człowieka, że óesański film niskobudżetowy dzieje się w naprawdę i trzeba się uganiać za białymi królikami, a w efekcie łyknąć czerwoną tabletkę. A zwykle dzieje się to wtedy, kiedy rzeczywistość mierzić człowieka zaczyna i stwierdza, że trzeba by było w końcu swe szlachetne cztery litery ruszyć. Ale tam…
I oto proszę.
Nie wzywam już imienia Pana Boga nadaremno…

…co nie znaczy, że nie wzywam w ogóle.


♪ "Wunderkind" - Alanis Morissette

17 sierpnia 2006 [0:50:34]

[Główna]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Dzisiaj będzie przegląd medyczny i ogólna historia choroby. Zaznaczam jednak, że każda z poniższym dolegliwości jest sanctus, święta, święta, święta…
Odnotowano niesamowity ból na odcinku lędźwiowym kręgosłupa. Spowodowany najprawdopodobniej nadmiernym skakaniem i ogólnym poczuciem radochy wyrażanym w nadpobudliwym ruchu.
Ból na odcinku szyjnym (głównie kręg zwany pieszczotliwie atlasem) ma swój początek zapewne w momencie, kiedy na tę część kręgosłupa zwalił mi się pan o imieniu i pochodzeniu nieznanym, natomiast gabarytach pokaźnych. Niesiony był przez tłum, jednak wszystko co dobre kiedyś się kończy, a w tym wypadku skończyło się na karku Fiol.
Więcej ośrodków bólu nie odnotowano, co jest faktem zastanawiającym, bo powinno być ich znacznie więcej.
Na przykład ból gardła. Miało się zacząć i skończyć na „Kingu”, bo przedarliśmy już cały koncert Strachów przecież, ale później zagrali nam „Wychowanie”. A później „Warszawę”. A jeszcze później „Karuzelę”. I tak już jechaliśmy do końca koncertu nienagannie wykonując też piosenki z nowej płyty T.LOVE, które słyszeliśmy pierwszy raz w życiu. Tekstów uczyliśmy się na bieżąco. Da się.
Ból łokcia, którym przywaliłam w głowę Debiutanta. Od razu widać było, że Debiutant, albowiem posiadał wszystkie znaki szczególne. Na oko lat dwanaście, czubek głowy na wysokości mojej pachy, pełne umundurowanie mianowicie mini-glany i nowiutka koszulka Pidżamy z okładką „Bułgarskiego Centrum” autorstwa pani Endo z resztą. I stał pod samiutką sceną. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam. Wszystkie reklamy Master Card to pikuś. Prawdziwie bezcenny jest wyraz twarzy Debiutanta, kiedy pod sceną zaczyna robić się pewna szlachetna figura taneczna zwana młynkiem, on nagle znajduje się w jej centrum i stwierdza, że bezpieczniej byłoby się ewakuować. Twardy był jednak, bo w połowie koncertu wrócił. I wtedy dostał z łokcia. Mojego łokcia. Podejrzewam jednak, że poturbowany został znacznie bardziej.
Nogi boleć mnie powinny również. I nie chodzi tutaj o skakanie tym razem. Po imprezie zrobiliśmy sobie mały spacerek z wsi do wsi, czterdziestominutowy, tempo raczej szybkie, teren wybitnie nierówny, oświetlenie żadne. Coponiektórzy spieszyli się na ostatni autobus.

Sanctus, moja droga młodzieży. Niby Strachy na Lachy to jakiś wielki dżołk muzyczny, niby Muniek to dziadziuś rock & roll’a. Dżołk jednak bardzo przyjemny, kiedy bierze się go z przymrużeniem, a dziadziuś wybitnie ruchliwy i głowę dam, że dzisiaj lędźwie go nie bolą.
Święte „Mury” Kaczmarskiego w wykonaniu Grabaża, święta „dziękuwa” Muńka, święte słowa Przewodniczącej KRN nabazgrane na papierze, święta Pierwsza Gleba Koncertu zaliczona (jak zwykle) przez Maga, święte uczucie złożenia w cztery (co najmniej), święte rozczochranie i czerwone polarki.

I tak oto utwierdziłam się w przekonaniu, że chcę robić takie rzeczy zawodowo.

♪ "Czarny chleb i czarna kawa" - Grabaż i Strachy na Lachy
[... czyli jedna z tych piosenek, której tekstu nauczyłam się na gorąco, już do końca życia kojarzyć mi się będzie z tym koncertem. A "Idzie na burzę, idzie na deszcz" mi nie zagrali, o]

27 sierpnia 2006 [21:19:16]

[Główna]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Reżyser filmu o wdzięcznej nazwie „Świt Żywych Trupów” na pewno inspirował się widokiem Fiolki o poranku. Starzy wyjadacze wiedzą, że owe poranki opisywałam już nie raz, bo temat jest niezwykle wdzięczny. Można użyć wielu metafor, porównań, nawiązań do hitów Polsatu typu „Speed”, typu „Dwa Światy”, typu LOTTO wreszcie. Można pochwalić się swoją wiedzą na temat piosenek radzieckich zręcznie wplatając pierwsze wersy w zdania o naelektryzowanych włosach.
Dlatego dzisiaj moi drodzy, ograniczę się jedynie do upicia łyka kawuni czywjednym. Ja, Jej wielka Fiolkowość i ciemno pani niniejszego przybytku, zaprawdę powiadam, wciśnijcie rew, a znajdziecie. Bo po co się powtarzać.
Na razie jest miło, na razie herbatka ma nowy smak, na razie deszcz stuka w parapet nie czyniąc szkody zdrowiu, na razie jest ciemno, buro i klimatycznie.
I cieszcie się tym, droga publiczności, póki urodziwy szlag wszystkiego nie trafił, tego uroku, tego klimatu, słowa „nowy”, przez co ostanie się jeno „smak” i herbatka będzie nijaka. A trafi prędzej czy później i rzeczywistość znowu będzie wyglądać jak w filmach Koterskiego.
Nic tylko zapuścić sobie smęcących Gorillaz i wsadzić głowę pod kran z zimną wodą.

Przemyśl trzy razy zanim skomentujesz. Przed kliknięciem "tu! tu pyknij!", wpisaniem antyspamowego kodu i "Dodaj".

♪ "Feel Good Inc." - Gorillaz
[jako wyżej]

29 sierpnia 2006 [16:06:58]

[Główna]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Dowód, dowód! Era dowodów nastała, własnym doświadczeniem trzeba popierać własne słowa, reklamowany produkt trzeba kupić i zobaczyć, czy faktycznie wybiela czarne plamy na białym kocie, dowód osobisty mieć trzeba, bo co to będzie, jak się okaże, że ty, to wcale nie ty.
No, to macie dowód.

Założenie: W porze rannej (czyli jakieś dwie godziny po obudzeniu) Fiolce żadnych poważnych questów dawać nie należy. Jeśli zamierzasz z jej pomocą uratować świat, to wstrzymaj się do wieczora, bądź zadzwoń do Czerskiego i licz, że chwilowo zrezygnuje ze swojej emerytury.
Wszystkie umiejętności i cechy Fiol są poważnie obniżone. Koordynacja ruchowa, percepcja, asertywność, siła perswazji umożliwiają mi jeno włączenie SONNYego i turlikanie się do kuchni po kubek kawuni, w porywach umycie zębów. Kontakt werbalny jak i niewerbalny ze światem jest bardzo ograniczony, żeby prymitywny nie napisać. Już prędzej skontaktowałabym się z paprochami kurzu pod moim łóżkiem.

Jedną z zasad obsługi Fiolki jest: Pod żadnym pozorem nie wysyłaj jej do sklepu wcześniej niż dwie godziny po obudzeniu.
I radzę to zapamiętać.
Pomijam już historię wczorajszą, kiedy to obudziłyśmy się z Zone i okazało się, że lodówka jest pusta bardziej niż zwykle, a jedyną strawą, którą mogłyśmy sobie wytworzyć bez konieczności używania sera z Lider Prajsa, były tosty z masłem. Więc wybrałyśmy się do hurtowni mięsnej, w której pan tak zaczął doradzać, że w końcu wcisnął mi co chciał, czyli 68 (słownie: sześćdziesiąt osiem) deko jakiegoś mięsiwa w złotym opakowaniu i skasował za to dziewięć polskich, nowych złotych z groszami.
Dodam, że jestem jedyną osobą w domu Wielkiego Eduarda, która potrafi wejść do supermarketu, iść do stoiska z nabiałem, który zawsze, ale to zawsze znajduje się na końcu sklepu, wziąć serek wiejski i pójść do kasy. Po prostu. Umiejętność zanika wiadomo kiedy.
Ale to miałam pominąć.

Dwa dni wstecz. Dziewiąta rano. Sklep samoobsługowy, w którym za bardzo nie musze się wysilać żeby cokolwiek kupić i kontakt ze sprzedawczynią ograniczony jest do minimum, został naznaczony kartką o złowrogiej treści („REMONT”). Turlikam się więc do drugiego, klasycznego, z panią za ladą i towarem, którego nie można sobie pomacać przed kupnem. Wołam „dzień dobry” i wyrażam chęć zakupu serka wiejskiego. Pani sięga do lodówki, wręcza mi mój posiłek poranny, po mówi coś konspiracyjnym szeptem. Proszę aby powtórzyła, co niewiele mi daje, bowiem przekaz nadal jest dla mnie niejasny. Zobojętniała skupiłam się na wydłubaniu dwuzłotówki z portfela, na co sprzedawczyni krzyknęła zaskoczona: „Może być?!”.
I wtedy pomyślałam, że coś tu jest nie tak. Chciałam sprawdzić datę ważności na wieczku. Nie było. Nadal zobojętniała zapłaciłam, wyszłam.
Serek smakował jak wszystko, tylko nie jak serek.

♪ "Attitude" - Alien Ant Farm

31 sierpnia 2006 [14:18:20]

[Główna]

tu! tu pyknij! (5) || Wyślij wiadomość ||