. improwizacja-mniejsza

LKN 2010, czyli krotki poradnik dla podrozujacych w girlsbandach, czesc pierwsza

Plan byl prosty. Litewski Kurort Nadmorski. Przez tydzien plaszczymy czciniegodne rzycie nasze na plazy razem z tysiacami rosyjskich nowobogackich. A przynajmniej Siostry De (Bajka i Mila Czarownica, wymieniam po pseudonimie, bo mocno postulowaly, ze sa suwerennymi jednostami) plaszcza, bo mnie by sie pewnie i tak znudzilo po pietnastu minutach. W zamian mialam w cieniu obzerac sie twarozkami w czekoladzie i arbuzami oddajac sie lekturze (kosmiczna kombinacja ? Kossakowska plus Heller w placaku).
Cudowne jest to, ze kiedy zapytalysmy Juste i Ieve zamieszkujace LKN, gdzie sa najtansze noclegi odpowiedzialy, ze to naprawde glupie, glupie pytanie.

Tak wiec czekamy wlasnie na nalesniki z kurczakiem. A Ieva ma naprawde cudowny dom w cudownej okolicy.
Ale zanim plaszczenie, zanim poranne cwiczenia na trawie (byla pierwsza po poludniu tak naprawde, ale bylysmy w pizamach, wiec sie liczy jako rano) zanim gofry na patyku ? zderzenie z srodkami komunikacji.

Nic tak nie integruje jak ciasny pociag, nic. Ani fejsbok, ani wspolna cela, moze wspolny spiwor, ale na pewno nie na taka skale. Imaginarium osobistosci, zaprawde. A ze miejscowki mialysmy pod pociagowym wychodkiem, to widok byl bezposredni, ze tak powiem.
Wszyskie sceny nizej opisane zawieraja w sobie kontekst alkoholowy. To bylo to, co laczylo wszystkich Kolegow: silne stezenie kontesktu alkoholowego we krwi.

SCENA I
Kolega zmierza w strone wychodka. Po przeskoczeniu tlumu ludzi, przeturlaniu sie miedzy ich nogami, potyknieciu sie kilka razy o czyjes glowy, konczyny i inne organy w koncu mu sie udalo. Wychodzi po kilku dobrych minutach. Chwiejnie staje twarza do swej drogi powrotnej i po chwili, bez zadnego ostrzezenia uderza ow twarza w sciane pociagu. I stoi. A raczej spi.
Fiol: (bo kilku sekundach konsternacji szturcha kolege w ramie): Tam! W tamta strone, widzisz? Prosto idz! W strone swiatla!
Kolega (zachecony staje prosto, jednak po chwili entuzjazm go opuszcza i z powrotem kladzie twarz na scianie): E-e. Za daleko.

SCENA II
Kolega II przybyl pod wychodek.
Fiol: Zajete.
Kolega II: O, ok. A wy to kolejka.
Reszta podroznych zajmujacych miejscowki pod wychodkiem: (z podejrzanym usmieszkiem) TAK!
Kolega II: Raz, dwa, trzy... To jestem siodmy?
Kolega zajmujacy miejscowke najblizej drzwi wychodka: Mnie nie licz, bo ja jestem skarbnikiem.

SCENA III
Kolega III z Krotkimi Wlosami pokonal klebowisko ludzkosci wsunal swa glowe przez drzwi i zapytal ni z gruchy niz pietruchy.
Kolega III z Krotkimi Wlosami: Co palicie? Ja taz chce!
Podrozni zajmujacy miejscowki pod wychodkiem: (wielkie znaki zapytania swieca nad glowami) Nic?
Kolega III z Krotkimi Wlosami: Jak to nie! Palicie! Przeciez nie da sie tak smiac bez palenia!
No, wesolo bylo i bez tego.
Kolega III z Krotkimi Wlosami: Ej, no, dajcie. Ja tez jestem rasta z Jamajki!
Fiol: Widac po dredach.
Kolega III z Krotkimi Wlosami: (po chwili lekkiego zawiasu) Nie tylko rasta maja dredy!
Uzalam ze byl to zart abstrakcyjny.

Porada #1: miejscowki pod wychodkiem srednio wygodne, aromatyczne, ale duzo ciekawsze. Warto.

Pozniej, po nieprzespanej nocy, przesiadlysmy sie do autobusu. Z zepsuta klimatyzacja. Jaka byla pogoda w sobote, kazdy widzial. A Pani Sjuardesa Auobusowa serwowala ogloszenia tylko po litewsku i rosyjsku.
Udowodnilam sobie, ze moge podrozowac w klimacie afrykanskim i mam calkiem niezla intuicje jezykowa. To, co mnie wykancza, to wrzeszczace dzieci. Nic innego nie jest w stanie wyprowadzic mnie z rownowagi i doprowadzic do tworzenia pieknych bukietow przeklenstw. Tylko dzieci bez wylacznika nadajace w ultradzwiekach, kiedy ja usiluje spac.

Porada #2: Zatyczki do uszu jako konieczne wyposazenie bagazu podrecznego. Przy dzieciach bezuzyteczne co prawda, ale ogolnie sie przydaja.

Pieknie tu. Nawet jak sypie zabami. Wlasciwie burze sa tu szczegolnie piekne.

[♪] Nightwish - [Dark Passion Play] "Amaranth (instrumental)"

8 sierpnia 2010 [21:49:31]

[Powsinoging]

tu! tu pyknij! (0) || Wyślij wiadomość ||

LKN 2010, czyli krotki poradnik dla podrozujacych w gerlsbendach, czesc druga

Porada #3: Nie walcz z tym. Po prostu wejdz do tego litewskiego sekyndhendu.
Tym bardziej, ze sa tansze niz u nas. Spokojnie mozna kupic swietna spodnice za trzy lity (dobre, polskie trzy pindziesiad). A jest ich wiele. Tak wiec wczorajszy poranek spedzilysmy bardzo aktywnie.

Porada #4: Do innych sklepow z ciuchami lepiej nie wchodzic.
Jeszcze ci sie cos spodoba, a ceny zdecydowanie ustalane sa pod nowobogackich Rosjan, a nie studenckie popluczyny stacjonujace w Litewskim Kurorcie Nadmorskim na cziyms garnuszku. To samo jest z bursztynowa bizuteria. Sa miejsca, gdzie jest trzy razy tansza niz na glownym, turystycznych trakcie wiodacym na molo.

A propo miejsca, ktore okupujemy.
Za brama las brzozowy. Za oknem kupa przetrzeni, ktora w Polsce na pewno by sie nie ostala. Dom z kazdej strony drewnem obity, a w kazdym kacie znajduje sie krowa. Slyszalam, ze sa ludzie, ktorzy kolekcjonuja bibeloty z jakims zwierzeciem, ale nie widzialam, ze mozna miec krowia posciel, dzwonek przy drzwiach, kubek na szczoteczki do zebow i patelnie. I do tego dwoje doroslych dzieci.
Pozytywnie. To znaczy, ze jednak da sie byc takim doroslym.

Ievute po tym, jak przeciuralysmy ja po jaskiniach i zmusilysmy do wspinaczki, uknula swa wlasna vendette. Nasz dzisiajszy wieczor polegal na udawaniu, ze umiemy ruszac biodrami "tak, jakbysmy mialy przy nich pedzel i chcialy namalowac osemki".
Ja mam kumpli harcerzy ze sprzetem wspinaczkowym. Ieva ma kolegow tancerzy. Knula cala intryge od wczoraj, ciagle wysylala esemesy, nie chciala nam powiedziec do ostatniej chwili o co chodzi i jeszcze smiala stwierdzic zebysmy nie oczekiwaly niczego spektakularnego.
Pyhi. Jakby nas miala zabrac na partyjke makao w parku.
Nie umiem "ruszac biodrami tak, jakbym miala przy nich pedzel i chciala namalowac osemki", alem sie ubawila i tak. Po co podrozowac, jesli sie nie ma zamiaru probowac nowego.

[!] Poza tym spelnilam moje marzenie o bieganiu przez fontanne. I na przestrzal i w koleczko, a pozniej jeszcze bitwa na bomby wodne i przytulanie nieznanych mi (suchych) ludzi placzacych sie po ulicach.
Jedna rzecz mnie zadziwilia do szczetu. Kolezanki Ievy, ktore wpadly na pomysl tej wodnej wojny (i pozniejszych wodnych fri hagsow), uzbrojone w pistolety atakowaly przypadkowych przechodniow. A ci nic. Nic doslownie. Ani pisku, ani grozby, ani obrony, zero jakiegokolwiek grymasu na twarzy nawet. Po prostu szli dalej.
To ostatecznie udowodnilo mi, ze ignorowanie innych ludzkosc ma opanowane do perfekcji.

[♪] Yellow Generation [Fullmetal Alchemist Score] - "Tobira no Mukou e"

10 sierpnia 2010 [21:25:31]

[Powsinoging]

tu! tu pyknij! (1) || Wyślij wiadomość ||

LKN - Epilog bezporadny za to z hepiendem

Nadaję on er. Prosto z wehikułu linii ekolajn, w którym nie zadziałała rezerwacja miejsc. Chcieli nas rozdzielić, cwaniaki, na dwa różne autobusy, aleśmy się nie dały.

Ciekawe, że da się w tym ogólnie uważanym za brzydki świecie przeżyć idealny wyjazd nad morze, taki zakończony prawdziwym piknikiem na plaży przy zachodzie słońca, z prawdziwym koszykiem i kocem w kratę.
[...a poźniej jeszcze te spadające gwiazdy i mowa to tym, co dla mnie najważniejsze]
Podejrzewam, że to wszystko przez ludzi, bo jak już pisałam, wszystko się zawsze o ten rząd dusz rozbija. Tak więc życze wam, a sobie więcej takich dusz, z którymi nawet morze i nadmorskie kurorty przestają być nudne. Takich wiecie: '-Ievute, możemy wpaść na kilka dni? - Jasne. Ale na tak krótko?' Amen.

W mojej głowie, obok projektu 'Litwa, Łotwa, Estonia stopem' pojawił się nowy: 'Słowenia z koncertem Siddharty w ramach bonusu'. Będzie pewnie musiał długo dojrzewać.

W następnym tygodniu, jako, że dobrze mi idzie, zamierzam zrealizować kolejne podpunkty z listy moich wakacyjnych kaprysów. Kapelusz z kwiotkiem na przyklad juz mam.
Ciąg dalszy nastąpi.

[♪] Siddharta [Nord] - "Eboran"

13 sierpnia 2010 [18:40:19]

[Powsinoging]

tu! tu pyknij! (0) || Wyślij wiadomość ||

Bezskrzydły dworcowy

- Odjechał! - krzyknęła Bajka z lekko płaczliwą pretensją w głosie. W plażowym kapeluszu, z walizką i torebką w ręce wyglądała, jakby wracała z Saint Tropez, a nie Palangi, jakby właśnie uciekła jej awionetka z jakimś draniem w środku, a nie zardzewiały pociąg P(ięknie)K(urna)P(ięknie). Po raz kolejny pomyślałam, że pasuje idealnie do tej Francji, w której będzie mieszkać przez następne pół roku.
- Jak to uciekł?!
- Biegłam za nim, już go dotykałam, ale uciekł!
- Ale jest dopiero sześć po
- trzymając ręce w kieszeniach stwierdziła trzeźwo Miła Czarownica. Kiedy ja byłam wściekła już od Marijampole, gdzie chcieli rozdzielić nas na dwa różne autobusy, ona stanowiła mój biegun przeciwny. Tak się wymieniamy. W drodze do Palangi, kiedy ją trafiał szlag z powodu popsutej klimatyzacji i temperatury plus trzydzieści pińć to ja byłam dobrym gliną.
- Z tym, że najprawdopodobniej mamy zegarki przestawione. Jak mijaliśmy jakieś reklamy, to wyświetlały godzinę dziesięć minut do przodu od tego, co mam na komórce...
Czułam, jak cząstki wydarzeń z ostatnich dwunastu godzin kłębią mi się pod skórą zajęte rekonstrukcją rewolucji francuskiej, albo innej tam wojny secesyjnej. We wśrodku było mi ponuro ze szczyptą irytacji. W tym konkretnym momencie najbardziej nie podobało mi się to, że będę musiała kiblować do czwartej nad ranem na warszawskim dworcu tylko dlatego, że wehikuł ekolajnu opóźnił się godzinę, a pani nie miała w komputerku pociągu, którym pragnęłam dostać się do Zawierciowa.
- Może to nie był ten? - bardziej stwierdziła, niż zapytała Miła Czarownica.
- Może. Poczekamy do piętnaście po i będziemy myśleć...
Właśnie wtedy, sześć minut po północy, na peronie dworca Warszawa Zachodnia, rozległy się dźwięki harmonijki ustnej. Dochodziły gdzieś z mętniejących ciemności, pasując do momentu jak Szalony Kapelusznik do Henryka Sienkiewicza. Nie było w nich nic z mojej wśrodkowej burzy i wojny. Te nuty miały ręce w kieszeniach i wiatr na twarzy, poruszały się ze spokojem mówiąc "Nie spinaj się tak, Fiolka".
Może dlatego zareagowałam na nie tak, a nie inaczej.
- Och, shut up! - rzuciły cienie kłębiące się w moim wśrodku, a ja powtórzyłam własnymi ustami ich kwestię na głos.
A dźwięki niosły się dalej. Po kilku sekundach ich źródło wyłoniło się z dworcowej nocy. Płci męskiej, długowłose, w czarnej koszulce z logiem któregoś z klasyczno - kultowych legend rocka. Szedł środkiem torów z harmonijką przy ustach wygrywając kolejne takty.
Nagle przerwał i spojrzał na nas.
- Jaka to stacja?
- Zachodnia.
- No, na reszcie!
- ucieszony zwinnie wskoczył na beton peronu. Mrugnęłam kilka razy oczami, dla pewności. Nie zniknął. [Nigdy nie znikają]
- Długo tak idziesz? - zapytałam, bo inny scenariusz nie był możliwy.
- Od Zachodniej - wskazał palcem na ten punkt ciemności, z którego się wyłonił - tylko nie pamiętam której. Miłej podróży!
I zniknął w przejściu podziemnym.
Właśnie wtedy, osiem minut po północy, na peronie Dworca Warszawa Zachodnia, się wyluzowałam. Wiedziałam, że zaraz podjedzie nasz pociąg. Że złapiemy ten do Zawierciowa. Że nic się nie opóźni. Co tam, nawet miejsca siedzące będziemy mieć.
I tak też się stało. Zwiastowanie.

[♪] Schiller mit Heppner [Leben] - "Leben ... I Feel You"

15 sierpnia 2010 [18:02:24]

[Między 1.00 a 3.00]

tu! tu pyknij! (7) || Wyślij wiadomość ||

Paradoks Achillesa i żółwia

Nie jest tajemnicą, że uważam wszystkie uniwersalne diety z gazet za dzieło szatana (przy czym "1k kalorii" i "grefrutówka" to bomby atomowa i wodorowa bezczelnie jawnie skierowane w ludzkość, aby "zwieść miliony"). Kiedy widzę w menu diety szpinakowej mojej Mum i Siostry Nauczyciel przy punkcie "śniadanie" (cytuję) "jajo na twardo + dwa liście sałaty" mam ochotę rozdzierać szaty z rozpaczy. Zacznijmy od tego, że po kiego grzyba w ogóle ograniczać sałatę?!
Wierzę w diety układane pod indywidualne przypadki przed dietetyków. Wzruszająca historia Bajki przekonała mnie nawet do diety zwanej tajemniczo "proteinową". Za Republikę (Bananową) Hondurasu nie uwierzę natomiast, że długoterminowo da się schudnąć konsumując jeno mandarynki.
Ani tym bardziej, że którakolwiek z wyżej wymienionych diet jest w stanie zadziałać na mnie.

To był luty, studenci ledwo co otrząsnęli się po sesji zimowej, kiedy stawy moje zaczęły sygnalizować ogólnie przeciążenie. Wskoczyłam na wagę pierwszy raz od lat trzech i stwierdziłam, co następuje:
"O!... Hm..."
Po czym w zastanowieniu podrapałam się po głowie.
Wniosek był prosty. Dziesięć kilo koniecznie, bo zostanę kaleką w wieku lat około dwudziestu. Piętnaście jak dobrze pójdzie. Każdy zgubiony kilogram więcej będzie fanaberią i kaprysem / zapasem na tycie zimowe.

Aktualnie jestem na etapie "Jak dobrze pójdzie". Moja waga niepodważalnie wskazała nasty zgubiony kilogram.
I kiedy mam odpowiedzieć na sakaramentalne pytanie "Jak to zrobiłaś?" po prostu nie wiem jak zmieścić to jednym zdaniu. Gdybym mogła rzucić hasło "modna ostatnio proteinówka", albo "żarłam jeno skórki od ogórków przez tydzień". Ale nie mogę.
Nakładając sobie kawałek ciasta tłumaczę tym wszystkim kobietom z błyskiem niekłamanego zainteresowania w oczach, że w zasadzie jem absotulnie wszystko, na co mam ochotę. I tu słyszę, że koniecznie muszę powiedzieć coś więcej. Bo one to nigdy nie mogą wytrzymać na tych wszystkich drakońskich dietach.
Więc mówię.
Że odkryłam w sobie brak zainteresowania sosami i ziemniakami. Że nie jem majonezu na daremno. Że potrafię zjeść kawałek czekolady nie pragnąc następnego za to nie odważyłabym się nie jeść jej wcale ("życie bez nusbajzera jest jeno jakimś niewyraźnym żywota cieniem" - jak mawiał wieszcz). Że w zasadzie nie ma dla mnie różnicy, czy opycham się flipsami czekoladowymi czy tonami nektaryn i ogórków. Że tak, jem białe pieczywo, bo mam do niego niekłamaną słabość (jeszcze takiego cieplutkiego, posmarowanego masełkiem), ale na codzień żywię się ciemnym, bo równie pyszne. Że odkryłam kolację składającą się z michy warzyw, po której czuję się dużo lepiej niż po czterech kanapek z serem i jajkiem.
Rządza poznania tajemnicy diety idealnej słabnie ze zdania na zdanie. Znika całkowicie, kiedy zaczynam mówić o ruszeniu szanownej rzyci z fotela i konsekwentnie codziennej dawce machania dowolnie wybranymi kończynami.
A kiedy mówię, że te naście kilogramów zrzucałam od lutego i w zasadzie, to nieco żółwi styl chudnięcia, czar pryska.

Bo ludzie chcą już, teraz, zaraz. Bo ludzie potrzebują, żeby ktoś im granice kaloryczne wyznaczał, żeby ktoś im powiedział, co jest dla nich najlepsze. Bo ludzie chcieliby tak bez potu i wysiłku najlepiej.
A ja tak bardzo polubiłam mój nowy tryb żywienia, że zapewne przy nim zostanę.

Mum pochwaliła się ostatnio, że waży już tyle, ile ja (na naszej kłamliwiej wadze, która ma ze dwadzieścia lat), zakończyła dietę (po miesiącu), a waga stoi w miejscu.
Nie uwierzyłam jej.
W podniosłym nastroju zabrałam ją do swojego pokoju, wyciągnęłam spod łóżka wagę, którą ostatnio nabyłam wcelu zabrania jej do Kroke i bezdyskusyjnie nakazałam zmierzyć się z prawdą. Odwróciłam się i czekałam. Po dłuższej chwili za plecami usłyszałam:
"O!... Hm..."

[!] Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że każdy ma swoją prawdę jedyną i słuszną.

[♪] Flyleaf - [Flyleaf] "Cassie"

24 sierpnia 2010 [12:22:02]

[Mniejsza Propaganda]

tu! tu pyknij! (15) || Wyślij wiadomość ||

Czekolada to warzywo!

Donoszą amerykańscy naukowcy.
(zawsze chciałam tak zacząć jakiś kawałek pisania)
Bo przecież Bliźniaczki Shannon i Jess to brać uniwersytecka jakby nie patrzył. I jakby nie patrzył ze Stanów.

W każdym razie ostatnio, po przejrzeniu trzech ton internetu (dwa składały się z blogów) doszłam do wniosku, że warto ujawnić tę radosną nowinę odchudzającym się niewiastom, które szczerze zwierzają nam się ze swoich porażek ("zjadłam dzisiaj aż 400 kcal; obiecuję wam, że jutro będzie lepiej" i "zjadłam kostkę czekolady; nie mogłam się powstrzymać - jestem do niczego").

Sama dowiedziałam się gdzieś w okolicach zimy. Siedzieliśmy u MRS Ce. w dużym gronie obżerając się bezwstydnie, wszystkim, cośmy ze sobą przytargali (albowiem amerykańskich Bliźniaczek nie można przyjąć tak z pustymi rękami). W pewnym momencie ktoś zmienił temat z historii miłości Lu do jedenastolatka (sama powoli już się ustawiała w kolejce po dowód) na zawsze chwytliwy "ale będę gruba po tej wyżerce".
...a już w następnej sekundzie mój światopogląd miał runąć z urwiska na pysk i rozbić się na tysiące kawałeczków, które ktoś później może wykorzystać do zrobienia profesjonalnego lampionu na roraty (na przykład).
[autórka nieg(ł)odna zastrzega sobie prawo do pomyłki w dialogu - Bliźniaczki są tak do siebie podobne, że trudno było rozróżnić która jest która, a co dopiero, która co mówiła]

Jess: But chocolate is very healthy.
Shannon: Actually, last time we realized that chocolate is a vegetable.
Reszta sali: Hm?
Jess: Yup! See? Chocolate is made from chocolate beans...
Shannon: ...bean is vegetable...
Razem: Therefore...

...a jako że jedna z nich studiuje na medyku można wziąć powyższe za opinię eksperta.

Objawiając nam tę najświętszą z prawd nie mówiły nic o pokoju na świecie, ale wierzę, że tym razem komisja do spraw nobla stanie na wysokości zadania.

[♪] Florence + The Machine [Lungs] - "My boy builds coffins"
[ostatnio bardzo ulubione przez moje ucho - drugie dalej słucha Eluveite]

26 sierpnia 2010 [8:39:56]

[Tajemnice Wszechświata]

tu! tu pyknij! (9) || Wyślij wiadomość ||

"Wchodzi Chochoł: Słuchaj dzieweczko! A ona nie słucha (żar z rozgrzanego jej brzucha bucha)."*

- Dziadkowie coś mówili jak wyszłam? - zapytałam kuzynki Hermiony (ktoś, kto układa sobie koszulki w szafie według kolorów nie może mieć innej ksywy na tym blogu).
- W sumie to się martwili. Że ciebie to już się nie da uratować, bo jesteś zbyt ukierunkowana na obce kultury. I że masz silne własne zdanie. A! I jeszcze, że w dzisiejszych czasach wszyscy tak strasznie manipulują młodzieżą. To, co zawsze.
Uśmiechnęłam się.
Spełniłam swój obowiązek wnuczki półtoragodzinną polemiką z poglądem, że Niemcy kradną, Żydzi to bezczelne przybłędy i spiskowcy, a Mickiewicz przepowiedział przyszłość Polski. Dobrze wiem, że to ich ulubiona rozrywka, odkąd przestała ich bawić "Moda na sukces" i rozwiązywanie działań z trzema iksami.
A starsi ludzie też potrzebują trochę emocji w życiu. Wszak. I to ich potomkowie powinni dbać o ich dostarczanie, nawet jeśli w międzyczasie zostaje się niesprawiedliwie oskarżonym o zaślepienie, uśpienie i podrygiwanie w tańcu chocholim.

Tydzień na wsi. Takiej prawdziwej: jak idziesz ulicą, to wszyscy obserwują twe kroki przez okna i są absolutnie przekonani, że zasłonięta firanka stanowi kamuflaż lepszy niż mundur w kolorze "woodland". Ludzie zwracają się do ciebie per "panienka" i pytają, czy nie masz "kawalira". Wydarzeniem jest przejazd pielgrzymki. Największą zbrodnią jest bycie innym niż wszyscy, nawet jeśli oznacza to brak zwyczaju chadzania na "zabawę" co sobota, upijania się w sztok oraz męża plus dziecka w wieku dziewiętnastu lat. To jak wyjazd do świata równoległego. Polecam wszystkim od czasu do czasu.
I nie wiem, co to za nowa świecka tradycja, ale zawsze, jak spędzam tam wakacje, to od Cioci Cze. dostaję prezent. Po prostu za to, że przyjechałam.
Tym razem były to kalosze w czerwona kratę, które uratowały dzisiaj rzyć mą czcinegodną, bo kiedy miałam zamiar wyjść na pociąg, z nieba posypała się ulewa i głowy nie dam, ale wydawało mi się, że nawet kilka żab rzucili z góry. A ja oczywiście pełna optymizmu "miastowa" wyprawiłam się na wieś jeno w tramposzkach i klapeczkach.
Odbija mi na starość - zachowuję jak najprawdziwsza baba.
Kalosze więc od dzisiaj są moimi bohaterami i kocham je miłością jak najbardziej interesowną. Bezinteresowna przypadła w udziale Cioci Cze.

Wracając odkryłam, że jestem zmęczona pociągami. Fakt, duże stężenie w te wakacje, ale nie wiedziałam, że się da. Ciekawostka.

______
* Oczywiście stare jak czterejpancerni "Wesele Hamleta" kabaretu OT.TO. Jeszcze w podstawówce na kasetach słuchałam.

[♪] Loreena McKennitt - [Live in Paris and Toronto] "The Mystic's Dream"

27 sierpnia 2010 [19:34:33]

[Powsinoging]

tu! tu pyknij! (5) || Wyślij wiadomość ||

EEeeeEeeeeeEE!

Ostatnio zabrakło mi muzyki. Konkretniej. Po kilku miesiącach słuchania Eluveitie (bo dobrze mi się "Dzieuo..." przy tym płodzi) stwierdziłam, że "Immi jak najbardziej spakto, ale no, ileż można, tym bardziej, że mê anatlô i w ogóle exsrextos canumi". Tak więc wpisałam w lasta co trzeba i zaczęłam przeglądać twórczość podobną.
Wszystko byłoby dobrze. Może nawet dałabym sobie wmówić, że coś mi się podoba. Gdyby nie okładki płyt bliźniaczo podobne do tych z książek fantastycznych, których zazwyczaj nawet nie fatyguję się zdjąć z półki bibliotecznej / empikowej.
To i nabrać się nie dałam.
No, bo jak mogę na poważnie słuchać zespołu, który myśli, że jak se zrobi okładkę przedstawiająca gołą kobitę z kosą to już będzie metal, a jak dorzuci do tych trzech smętnych chwytów gitarowych jakąś zdechłą piszczałkę, to będzie folk.
I do tego jeszcze znowu śpiewają o mroku, krwi, ciemnościach nocy, nocnych ciemnościach, mroku, wampirach, wilkołakach, epickości ogólnej i mroku. A Panie w chórkach niezmiennie zawodzą "EEeeeEeeeeeEE!". Wszystkie na raz i z osobna. "EEeeeEeeeeeEE!"
Nie ma. Koniec. Do póki ktoś mi czegoś nie poleci w normalny sposób.

Tymczasem muzyka sama mnie znalazła. Szanowny Carlosso zaciągnął mnie na festiwal Port Pieśni Pracy wczoraj. Szant to ja nigdy na poważnie, raczej dorywczo w ramach harcerzenia w zamierzchłych czasach. A tu, proszę państwa, żem się poupajała całkiem, całkiem.
Kiedy wokalista Mechaników Szanty zaraz po wejściu na scenę zawiesił sobie na stojaku wór przeróżnej maści i kolorów "irlandzkich instrumentów dętych, drewnianych" już wiedziałam, że tego folku to ja w bardzo złych i chybionych miejscach szukałam.
Swoją drogą, zagrał jeden zespół "folk szanto metalowy". Ale mnie nie wzruszyli wcale. Nawet niezwykle szczerym tekstem (cytuję) "Jestem nikim / jestem tylko wrzodem".
...

[przepraszam, myślałam, że zachowam fason i wytrzymam, ale przed chwilą właśnie plasłam sobie otwartą ręką w twarz trzęsąc się ze śmiechu. No wiem, mrok, chark i fekalia. Ale, że "WRZODEM"?!]

[♪] Perły i Łotry - "La valette"

30 sierpnia 2010 [11:31:47]

[Mniejsza Propaganda]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||