. improwizacja-mniejsza

Dzień, w którym powstała postać Doktora Judyma

Był poranek. Bliźniaczo podobny do dzisiejszego. Żeromski wstał. W kapciuszkach zszedł do kuchni. Otworzył kredensik. WTEM! okazało się, że brakło kawy.
(Żeromski wiedział, że jego los jest już przesądzony...)

Poranek jest taki, że miano "bad morning" pasuje do niego jak "drobna usterka" do awarii reaktora atomowego. Ja nie wiem kto wymyśla tę pogodę, ale powinien za to iść na karnego jeżyka.
Mam taką fantazję, żeby iść spać. Albo na basen się udać. Wydaje mi się jednak, że ta druga opcja gwarantuje przeziębienie w pakiecie, więc chyba odpuszczę. Zamiast tego ukulam ciastek. Będą do gorącego mleka i książki z serii tych, które mało angażuja mózg, ale za to los większośćci bohaterów "jest już przesądzony".
(przerwa na tulenie się do zielonego Pana Kocyka)
I to się dopiero nazywa rozdarta sosna.

Mój nowy kombajn telefoniczny zaskakuje mnie przynajmniej raz na godzinę. Jak do tej pory największe wrażenie wywarła na mnie kijowatość jego baterii.
Ale co tam bateria. Ważne, że enka i fejzbók darmo, da?

Z tego wszystkiego biorę się dzisiaj i wyjeżdżam. Mum wyjeżdża też. Synchronicznie zatem się pakujemy.
To znaczy nie do końca, bo Mum robi to od wczoraj, ja natomiast od za cztrey godziny.
I to jak się nie zdrzemnę w międzyczasie.

[] Piotr Rogucki[LOKI - Wizja Dźwięku] - "Nie Bielsko"
[na zmianę z Córką Stinga]

1 sierpnia 2011 [12:06:00]

[Nudle w5minut]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

Żydologiczno-muzyczne zboczenie zawodowe rzutujące na struny głosowe

I tak to się właśnie skończy, z tym smartfołnem, że będę teraz nadawać wam transmisje prosto z najdziwniejszych współrzędnych geograficznych. Na przykład z poczekalni u lekarza.

Wróciłam i cieszy mnie to średnio. Aczkolwiek czas był intensywny, tak bardzo, że zrekompensował mi cały lipiec siedzenia na tyłku.
Jest taka zasada rządząca moim wszechświatem mówiaca o tym, że jeśli odbyta włóczęga nie zmieniła cię w jakiś sposób to to była kozia rzyć i trąba razem wzięte, a nie włóczęga (zajeżdża Koeljo, nieprawdaż?).
I tak, droga publiczności w studiu, pochwalić się chciałam nowo zdobytą ekipą wspinaczkową, która zmotywowała mnie do zakupu bucików. Majtki, jak na razie, będą mi miłosiernie użyczane przez Czatala. Buty natomiast kupić trzeba, bo moje nowe trampy za 17 PLN wystarczyły tylko na jeden wypad.
W tym kontekście też reklama.

[dżingiel]
Nie chce ktoś kupić SE C510i? Fajny aparat ma. Jak na telefon.
[/dżingiel]

Do tego wszystkiego na starość dowiedziałam się, że potrafię śpiewać ćwierćtonami.
W śpiewaniu ćwierćtonami chodzi przede wszystkim o to, że jako wzorowa europejko-słowianka nie powinnam tego umieć. I tutaj następuje powrót do podejrzeń, że moja prababcia jednak była Żydówką. Albo Arabką. Albo Hinduską. Bo właśnie te nacje w kontekście ćwierćtonów się kwalifikują.

(Zaczynam się martwic, że życia mi nie starczy na to wszystko)
(Tak to jest, jak się mówi Szefowi Wszechmogącemu "weź, zrób z moim życiem, co sobie tam chcesz", a On poźniej bierze i robi)

Wróciłam. Prosto do łóżeczka i polopirynki.
I nocy zarywanych na pisanie.
Koniec transmisji.

[♪] John Williams - [La Lista de Schindler] "Jeruszalaim szel zachaw"

12 sierpnia 2011 [10:54:23]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (0) || Wyślij wiadomość ||

Jej prawdziwa twarz, czyli jedna z tych rozmów o trzeciej nad ranem

Pod powiekami mam ostatnio wschody słońca na pustyni, których przecież nigdy w życiu nie widziałam. Drobniutki, piaskowy pył zgrzyta pomiędzy zębami, pot leje się z czoła prosto na gałkę oczną. Szczypie.
Nie jest to miejsce dla mnie. Lubię, jak jest wilgotno. W dżungli mogłabym mieszkać, przynajmniej psychicznie, moje oskrzela pewnie by musiały zostać w klimacie umiarkowanym.
Tymczasem, przekornie, pustynia. Na chwilę. Tę, w której moje powieki są zamknięte. Ktoś coś jazgocze, ja to rozumiem, po chwili wskazuję palcem tlącą się plamę na horyzoncie nie odzywając się nawet słowem, soundtrack zawiera bębny o mocno naciągniętych membranach i napięte struny. Słyszę potwierdzenie. Mrużę oczy, ale niewiele to daje – nie widzę lepiej. Słyszę nadlatujące samoloty. Wiem, co się zaraz stanie.
Otwieram oczy.
- Dlaczego chcesz zobaczyć wojnę? - pyta, chociaż zna mnie bardzo dobrze.
- Wcale nie chcę. Ale wiem, że i tak ją zobaczę. Boję się jej najbardziej na świecie, wiesz przecież, ale to w ogóle nie jest już ważnie, bo i tak ją zobaczę.
Cisza. Bo przecież jak się czegoś boi, to się tego unika, a nie pcha, byle bliżej. A ja doskonale wiem, że jak tam pojadę, to albo na całego, prosto w kamasze niemal, byleby w sam jej środek się wcisnąć, albo wcale. Taki zew nie przychodzi po to, żeby nakręcić kilka ujęć z oddali, taki zew się chałturą nie nakarmi.
- Ale po co?
- Właśnie nie wiem.
- Żeby powiedzieć o niej prawdę? Pokazać jaką jest? – próbował mi pomóc.
- Nie. I tak będę mogła napisać tylko to, co dadzą mi napisać, nie mam złudzeń. Ale... Jej tak zwana prawdziwa twarz już nikogo nie obchodzi. Są zdjęcia. Są transmisje w telewizji, zawsze po dobranocce. Całe książki powstają na temat obozów koncentracyjnych w Korei Północnej. Pisanie o wystrzałach i ofiarach nie ma sensu, bo nikogo już nie obchodzą. Dlatego nie mam pojęcia, po co tam pojadę.
Była jakaś trzecia w nocy, godzina takich właśnie rozmów. Dwa dni temu.

Dzisiaj też, przy oczach zamkniętych, była ona na tle wschodu słońca. Powietrze nadal suche. Ludzie kotłowali się na ulicy, każdy starał się podążać w swoją stronę. Opierając się o jasną ścianę jakiegoś budynku, czytałam wiadomości zapisane obcym pismem, które potrafiłam odczytać. Wiedziałam, że czytam pół-prawdę, ale bez irytacji dobrnęłam do końca i odetchnęłam głębiej.
Doszłam do tego, że "prawdziwą twarzą wojny" nie są obrazy z bombardowań, strzelanin i rozstrzeliwań. Nie ma się co zasłaniać stwierdzeniem, że wojna to żywioł, kojarzący się z nieokiełznaniem, suwerennością absolutną, siłą samą w sobie. Nie. Wojna to osoba. Ma cechy ludzkie. Ona ma twarz konkretnych osób, ma dowód wystawiony na konkretne nazwiska. Człowiek już dawno ten żywioł poskromił. Teraz on decyduje, kiedy spuścić ją z łańcucha.
Więc może jednak chodzi właśnie o "ukazanie jej prawdziwej twarzy". A co za tym idzie - może nie będzie wschodu słońca nad pustynią, a miejska kraina frytkami i colą płynąca, garsonki tudzież sterylne gabinety.

[♪] Two steps from Hell[Dreams & Imaginations] - "African Sunset"

15 sierpnia 2011 [16:48:13]

[Między 1.00 a 3.00]

tu! tu pyknij! (1) || Wyślij wiadomość ||

Dzień, w którym absurd mnie znokautował

Trzeba pamiętać, że jak pies systematycznie gryzie Garp'a, to może przyjść w końcu taki dzień, kiedy Garp ugryzie psa.

Jak to już się Szanownej Publiczności w Studiu zwierzyłam, ulałam egzamin z hebrajskiego współczesnego (biblijny zaliczyłam, i to na pięć, ale biblijny jest szalony, więc rozumieliśmy się bez słów już od samego początku). Muszę go zaliczyć w sesji poprawkowej, żeby się grzecznie obronić, po czym pomaszerować na egzaminy wstępne na studia II-go stopnia.
I teraz tak (trzymajta się klawiatur, bo będą turbulencje mózgu).
Sesja jest od pierwszego do piętnastego września.
Tymczasem ja do szóstego jestem zobowiązana wpisać w system swoje oceny z obrony.
Egzamin poprawkowy jest szóstego września (to jasne).
Nie ma szans na akcję "prosto z egzaminu na obronę", bo biurokracja przeszkadza.
Nie ma szans na akcję "egzamin tydzień wcześniej", bo egzaminatora nie ma w kraju.
Polecenie: W trzech zdaniach napisz, jak zareagowałbyś na zadaną sytuację. Pamiętaj, że w swojej wypowiedzi nie możesz używać wulgaryzmów, bo to nie przystoi damie.

Zadanie za szóstkę: W trzech zdaniach opisz, jak mogła zareagować na zadaną sytuację Ałtórka tego bloga. Dla ułatwienia dodam, że nie użyła żadnych wulgaryzmów, bo to nie przystoi Ałtórce.

Chciałam tu jeszcze tylko prywatę do Pana Żakowskiego (nie to, że Pan Żakowski Ałtórkę czyta).
Panie Żakowski. Teraz to ja MUSZĘ zostać tą dziennikarką. Albo dziennikarzyć na boku, no muszę. W takim kraju to ja wyjścia nie mam po prostu.

[♪] KULT - [Nowe wersje starych utworów] "Polska"

17 sierpnia 2011 [21:39:19]

[§22]

tu! tu pyknij! (3) || Wyślij wiadomość ||

Alehandoł, Fernandoł, Robertoł, mohitoł łyf ajs łydałt mohitoł

Przychodzi taki czas w życiu każdego kinder - łonabi - yntelygenta, że nie wytrzymuje presji i żyłka mu pęka.
[dwa dni siedzenia na tarasie gdzie się nie gadało, a debatowało, argumentowało i wysnuwało wnioski; mózgi, elokwencja i oświecenie, drodzy państwo; wszyscy wiedzą wszystko o wszystkim, bez zbędnego szpanu, dziennikarze tak po prostu mają]
Przeciążenie. Lodem okładane. Lodem waniliowym konkretnie.
Pewnie dlatego dzisiejsze malowanie płotu uświetniłam, ku uciesze sąsiadów, wykonaniem utworu Lady Gagi o wdzięcznym tytule "Alejandro" (umiem na pamięć już cały tekst, tylko mi się jeszcze Roberto z Fernandem mylą). Znaczy to mniej – więcej tyle, że Zawierciowo przestaje być "moim" miastem. O ile kiedykolwiek nim było.
Objawy są bardzo widoczne – generalnie zachowuję się tutaj, jak turysta na wycieczce. Ich zawsze idzie poznać po tym, że rozmawiają i śmieją się głośniej niż autochtoni, bo mają psychikę w trybie "i tak mnie nikt tu nie zna". A jak są obcokrajowcami, to jeszcze "i tak nikt mnie nie rozumie", co pozwala im głośniej przeklinać.
Stąd też ten "Alejandro". Stąd COMA na dwie gitary i trzy głosy na dworcu / w parku. A wierzcie, w tym mieście takie proste rzeczy urastają do rangi happeningu niemalże i zawsze jest jakaś reakcja ze strony tłumu.
(Rozgrzewka przed powrotem do Kroke, Szanowna Publiczności w Studiu)

Mój egzamin został przeniesiony. Oczywiście, że na tydzień wcześniej. Oczywiście. Bo ja zawsze jak mam mieć punkt więcej albo mniej to mam więcej. A jak egzaminy przenoszą to dokładnie na ten dzień, który mi najbardziej pasuje. Teraz tylko zdać, licencjat obronić i uciekać gdzie pieprz rośnie.

[!] Na koncerty. Jesień będzie koncertowa. Będę ja, pociągi i mój Kajecik Grafomana. Romantyzm, kurna jego chata, plecy lepiące się do plastikowego siedzenia i opóźnienia nie mniejsze niż dwie godziny. Jazgotliwi współpodróżni i ich dzieci kopiące cię po nogach. Niesprawiedliwość objawiająca się w tym, że pociąg spóźnił się o dziesięć minut, które miałeś przeznaczyć na przesiadkę.
Poszukiwanie mieszkania, które jest zbyt drogie, ale za to ma (cytuję) "osobny aneks kuchenny".
Włażenie z naiwnego opakowania ochronnego na spotkanie trzeciego stopnia z rzeczywistością. Kwaśno.
I założę się, że ten wrzesień będzie pogodowo na wzór i podobieństwo najgorszego z listopadów. Cóż, przynajmniej w Łodzi będzie klimatycznie. Jak "Falloucie", jego nać.
Znowu nie będzie kiedy tego mojito bez mojito wypić (robię naprawdę dobre mojito bez mojito, ale tylko powyżej pewnych temperatur).

[♪] Safri Duo - [Episode II] "Everything" + "Everything Epilogue"
[czyli inny taki tam hit wakacyjny, w którym ważne jest nawalanie z kumplem w bębny - bardzo ładne nawalanie tak swoją drogą;]

24 sierpnia 2011 [1:44:52]

[Zwyczaje Fiolkus Fasolkus]

tu! tu pyknij! (13) || Wyślij wiadomość ||

Póki rosa

O czwartej dwadzieścia siedem w nocy obudziło mnie natrętne bzyczenie. Następne piętnaście minut spędziłam czając się z klapkiem na komara wielkości dorodnego grapefruita. Polowanie zostało zakończone sukcesem*, klapek na wieczność połączył się z insekcim ciałkiem, a ja nie odniosłam większych obrażeń mimo niebezpiecznych akrobacji na krześle obrotowym godnych radzieckiej woltyżerki.
O godzinie szóstej trzydzieści sześć obudziły mnie moje własne drzwi. Zostały otwarte przez moją własną siostrę, która koniecznie, ale to koniecznie i nieodwołalnie musiała się zważyć akurat o szóstej trzydzieści sześć na mojej własnej wadze. Z wściekłości na to, że nikt tu nie szanuje ani mnie, ani mojego snu nie mogłam zasnąć przez następne pół godziny.
O godzinie ósmej siedemnaście. "Tak więc aaaaaaaaaby wszystko mieć, potrzebujeeeeemy sieeeebie raaaaaazeeeeeeeeeem!!!" (pomnożyć przez nagłośnienie megafonu). Myśl pierwsza: „Co tu, kurna, robi pielgrzymka?” Albowiem mój dom stoi w dzielnicy, która zawsze była takim imprezom nie po drodze. I był to jej wielki plus. Później nastąpił szereg myśli o innym nieco charakterze, z których wynikło jednoznacznie, że o wiele bardziej wolałabym mieć pod oknem pielgrzymkę żydowską, nawet z megafonem na wyposażeniu. Chodzi li i jedynie o estetykę muzyczna. Bo o ile jakieś 90% Europejczyków śpiewać za kij nie potrafi (Pani z megafonem w znacznym stopniu nie potrafiła i chyba kierowała się w swoim życiu gumpizmem, że „jeśli nie potrafisz śpiewać ładnie, to śpiewaj głośno”), o tyle 90% Żydów od urodzenia śpiewa rewelacyjnie.
Po tym dałam za wygraną uznając, że widocznie wszechświat nie chce, abym spokojnie dospała swoje. Wszechświat, bo Bóg jest z natury dobry i przecież nie zrobiłby mi czegoś takiego.

* Oprócz tego walczę jeszcze z zarazkami i pracą licencjacką. Straszna mordęga, tego byle klapkiem załatwić się nie da.


"ברי סחרוף ורע מוכיח - [אבן גבירול, אדומי השפתות] "בחייכם אדומי השפתות [♪]

25 sierpnia 2011 [11:32:16]

[Nudle w5minut]

tu! tu pyknij! (10) || Wyślij wiadomość ||