. improwizacja-mniejsza

A niech tam! Nawet emotikony użyję!

Się właśnie zorientowałam, że siedzę w tym blogerskim grajdole od lat ponad siedmiu i jeszcze nigdy nie obchodziłam "Dnia Bloga" (w zasadzie, kiedy ktoś wpadł na coś takiego? Bo chyba nie przed 2003, prawda?).
Tak więc oto rodzi się nowa świecka tradycja.
Od teraz, jeśli nie zapomnę, dzień ów czczony prze mnie będzie napisaniem notki prosto w panelu admińskim, a nie w Łordzie, jak się to zawsze dzieje (odkąd zauważyłam, a było to jeszcze na blog.pl, że dodawane wpisy czasami giną w niewyjaśnionych okolicznościach gdzieś w czeluściach internetu. A później szukaj tu takiej).
Proszę o niewymuszone brawa.

W sumie mogłabym się podzielić tymi pięcioma linkami do blogów, którym Fiolka przylepiła znaczek epickości ogólnej tudzież zawsze-zielonego-stajla. Ale po co. Skoro wszystkie albo już nie istnieją, albo ostatni raz apdejtowane były jakoś w sześćdziesiątym siódmym. W porządku, jest jeszcze Ein, ale jego wolę nie komentować na wszelki wypadek. To jest człowiek, który czytał moje początki. A miałam wtedy lat 13/14. Jest taka niepisana zasada zachowania równowagi we wszechświecie, która codziennie ratuje życia wielu istot. Znana już w starożytnych Chinach. Włączona w samurajskie bushido. Miała być nawet zamieszczona w konstytucji ÓSA, ale jeden z Ojców Założycieli postawił w tym miejscu kubek i atrament wtopił się nieodwracalnie w kawowe kółko. (Poprzedzone chrząknięciem) "Osoby posiadające dostęp do twoich zdjęć z dzieciństwa należy traktować z łagodnością, ostrożnością, a nawet, jeśli sytuacja tego wymaga, z należytym ą, ę, ależ."

Innymi słowy: linków nie będzie. Ale zawsze można sobie pogrzebać w tej kolumnie po lewej stronie. Tylko uważajcie, w co klikacie, bo może wam z tak zwanego nienacka wyskoczyć moja lista zachciołów albo nagie zdjęcia biblioteki Neila Gaimana.

O, w żadnym konkursie ogólnopolskim na najcudowniejszego bloga też nie brałam udziału. Patyk od kaszanki ze mnie, a nie bloger.
[!] Ale za to mogę się pochwalić kotylionem od Czerskiego, ha. Bo co to było za siedem lat! Ach, co to było za siedem lat... Siedem! Matkokochana! Tak to jest, jak się nigdy rocznic blogowych nie obchodzi, później zwykłe siedem lat człowieka zaskakuje.

To my tu tera wspominać będziem, a wnusie spać, bo jutro do szkoły.

[♪] Sy - "Urodzinyyy (Rynkowski cover)"
[utwór - yeti: podobno nie istnieje, ale ja i mój dysk wiemy swoje; pomyślałam, że idealnie podkreśla klimat (: (emotikonka!)]

1 września 2010 [0:11:10]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (3) || Wyślij wiadomość ||

O, klocki niestałe w swej naturzĘ / ledwo coś wybuduję - zaraz burzę / i nie bardzo wiem chyba / po kiego grzyba

Gdybym miała jakoś ubrać w słowa swoje emocje związane z faktem, że jutro rozwalą mi nos tylko po to, żeby go później złożyć do kupy (obiecali, że ładniej, modniej, prościej przede wszystkim i ma mi pasować do wszystkiego) to pewnie napisałabym wiersz. Których, upieram się przy tym stwierdzeniu dalej, chociaż powoli zaczynam podejrzewać, że tak naprawdę łżę w żywe oczy, JESZCZE NIE PISZĘ. A zaczynałby się przepełnioną głęboką empatią inwokacją do klocków lego. Podejrzewam, że z lekką nutką dekadencji, ze względu na to, co się dzieje za oknem (chociaż mam powody podejrzewać, że ów -yzm w moim wykonaniu skończyłby się bezlitosnym skopaniem tego włóczącego się po deszczu smutnego szatana oraz wersem "a robić to ni ma komu!" - czyli w sumie akcent pozytywistyczny by się znalazł tyż).

Najlepsze jest to, że dostałam skierowanie do szpitala, w którym anestezjoloży Siostra Skalpel. Pomyślałam sobie, że w sumie dobrze się składa, bo kiedy te parę lat temu ćwiczyła na mnie wiązanie bandaży obiecała, że kiedyś podłączy mi kroplówkę.
Pełna entuzjazmu (cytuję: "Czaaad!") przyjęłam informację, że przy takich zbiegach nikogo się nie usypia i w zasadzie to będę świadoma każdej sekundy tego barbarzyństwa.
Fiol: (z nadzieją w obu oczach na raz) A dadzą mi pomacać narzędzia, jak ich poproszę?
Siostra Skalpel: (z konsternacją w jednym oku i politowaniem w drugim) Zrobię ci takiego głupiego Jasia, że nie będziesz nawet umiała się przedstawić.
Cóż. Nie można mieć wszystkiego.

[!] Poza tym, apdejtując poprzednią notkę chciałam dodać, że warto było blogować te siedem lat, by stać się posiadaczką Adolfa Szarego (który, o ile dobrze widzę, jest bratem bliźniakiem Szarego na zdjęciu, z mniej fanatycznym spojrzeniem i zaczesaną grzywą, ale co tam, Adolf to Adolf). [kryptoreklama nieszczelna] A to wszystko od oVVcy, Szanowna Publiczności w Studiu (oklaski!), jej rączkami uczynione i potem skropione [/kryptoreklama nieszczelna]. Co tam kotylion Czerskiego! Chociaż też fajny i do dzisiaj nie wiem kto mnie do niego zgłosił tak naprawdę.

A teraz chcę takie. Koniecznie.

[♪] TLC [Fanmail] - "Fanmail"
[wspominki muzyczne tym razem]

2 września 2010 [21:54:40]

[Nudle w5minut]

tu! tu pyknij! (8) || Wyślij wiadomość ||

Czy jest na sali jakiś deista?

Nikt mi nosa nie rozbił. Oblałam rozmowę wstępną.
Pytanie, które mnie pogrążyło dotyczyło szczepień przeciwko żółtaczce. Poczułam się jak wtedy, kiedy na "egzaminie" przed bierzmowaniem xsiondz zapytał "Jak się nazywa proboszcz twojej parafii?". A ja za nic w tym groteskowym świecie nie mogłam sobie przypomnieć, jak wabi się człowiek, który właśnie siedział przede mną i starał się nie pęknąć ze śmiechu.

Pytanie z kategorii "żółtaczka typu Be" brzmiało: "Czy była pani szczepiona?".
Tik - tak - tik - tak.
Hmm... Pamięć fotograficzna napina mięśnie, aby przywołać stronę w "Książeczce zdrowia dziecka". No, przypomnij sobie, szara okładka, strony z papieru toaletowego, chabrowy kolor długopisu, zielone pieczątki. Hmm...
Tik - tak - tik - tak, czas ucieka.
Odra - done, świnka - done, kurczę, nie ta strona.
Tik - tak.
O, mam! Szczepienia - żółtaczka typu be. Done.
Fiol: Tak! Tak. Chyba tak. Tak mi się coś majaczy w każdym razie...
Odpowiedź, jak się okazało, względnie prawidłowa.
Sympatyczna Pani pielęgniarka: A kiedy szczepienie zostało powtórzone?
Tik - tak, tik - tak.
Ej, to niesprawiedliwe. Zadaje Pani takie pytania osobie, która do dzisiaj nie wie, jaka jest jej grupa krwi. To znaczy wiem, że na pewno RH-, bo mi już od dzieciństwa smędzili, że mam znaleźć "se chłopa z taką samą krwią" co bym dzieci miała proste. Natomiast jeśli chodzi o skonkretyzowanie informacji powyższej - nie ma szans. Słyszałam już tyle wersji, że trudno mi się zdecydować na którąkolwiek.
Tik - tak.
Fiol: Nie mam pojęcia.
Odpowiedź bardzo, bardzo zła.

Pani stwierdziła, że najpierw muszę sobie zrobić badanie na ilość przeciwciał. Koniecznie. Bez tego nie mam co marzyć o rozwalaniu nosa.
Siostra Skalpel, zdziwiona niezmiernie. Tłumaczy mi później, że nawet nie pomyślała o tych badaniach, bo jako istota urodzona w rewolucyjnym 89 przeciwciał na pewno mam pod dostatkiem (tutaj mogłaby być cała nota z zakresu historii medycyny polskiej, aby wyjaśnić, skąd ta pewność, ale wam daruję łaskawie). I mówi, że jej koleżanka ze studiów (datowana na głębokie lata siedemdziesiąte) miała ich tysiąc (słownie: t y s i ą c), przy czym lekarze wymagają od każdego skromnej setki (słownie: s e t k i). Generalnie upór Pani Pielęgniarki był nieco intrygujący.
I tak, zamiast obiecanej pizzy ze szpinakiem i brokułką, Siostra Skalpel postawiła mi badania. Zniosłam to dzielnie, nawet nie było mi szkoda tych wielu, smutnych godzin bez jedzenia przed operacją. Cóż.

Zadzwoniła do mnie wieczorem.
Siostra Skalpel: Mam twoje wyniki. Chyba cię ktoś tam na górze lubi i pilnuje. Masz dziewięćdziesiąt jeden (słownie: d z i e w i ę ć d z i e s i ą t j e d e n).
Jak następnym razem usłyszę, że Szef Wszechmogący ma mnie gdzieś, to ograniczę się do kontrargumentu wyrażonego jeno śmiechem jak najbardziej gromkim.

[♪] Corvus Corax [Gaudia Vite] - "Filii Neidhardi"
[ale koniecznie z tej koncertówki]

4 września 2010 [11:11:19]

[Filozofia RZyciowa]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

A może ktoś z Szanownej Publiczności w Studiu chciałby z nami zamieszkać?

Poważnie pytam. Szukamy ludzi. Chociaż niekoniecznie. Szukamy istot. Byleby sprzątać po sobie umiały i nie paliły (śmieci, starych notatek, papierosów, żarcia na obiad itepe).

Inauguruję mój nowy kubek na kawę w podskakujące na jednej nodze zajączki. Pięć PLN, nie mogłam się powstrzymać. Tym bardziej, że Sklep z Fajnymi Bezedurami ma zniżki pięćdziesiąt procent, na co narzekała Pani Sklepowa, "bo to spisek przeciwko nam, ekspedientom, ja tu już pół wypłaty zostawiłam chyba!".
Wpisując swój numer paragonu na kartkę konkursową obiecałam jej, że jak wygram ten bon na 1k, to pozwolę jej coś wybrać dla siebie.
No, bo co ja bym z tym zrobiła? Kupiła se żyrandol?

Tak więc kubek + miseczka z uchwytem na pałeczki. Do tego inauguracja nowego pokoju w Kroke, do którego przeniosłam się przedwczoraj. Flatmejtka Doti cały czas utrzymywała, że jest "łososiowy", z czym zaczęłam zgadzać się dopiero teraz, mając w perspektywie spędzenie tu następnego roku. Ten pokój nie może być po prostu różowy. To mój pokój, więc z definicji nie jest różowy.
[!] Niniejszym przeniosłam się z Narnii do Łonderlendu. Przynajmniej będzie cieplej - może nawet dźwięk nie będzie zamarzał.

Poza tym wczoraj nastąpiła ta wiekopomna chwila i pierwszy raz ujrzałam właściciela mieszkania, w którym żyję od dwóch lat. Jakoś po ósmej było. Spałam jeszcze. A on, mara senna, przemknął przez Łonderlend w towarzystwie Pana od Okien (albowiem pojawiły się pierwsze znaki świadczące o tym, że pradawna "Legenda o Wymianie Okien" jednak może być prawdą). Pomyślałam, że zaiste "nie znacie dnia ani godziny", otrzeźwiłam się na siłę mamrocząc coś niezrozumiale nawet dla mnie samej. Przyodziałam wyjściowy szlafrok i wkroczyłam do Narnii.
I oto był tam. Człowiek - Widmo, Człowiek - Yeti. Człowiek, Którego Imienia Się Nie Wymawia, Bo Się Go Nie Zna. Był tam.
Gdy powiedziałam do niego "Dzień dobry"...
... On odpowiedział "Dzień dobry"...
...rzeczywistość się załamała, a wymiary zaczęły się na siebie nakładać. Pod łóżkiem ukrywam smoka (kieszonkowego).

[♪] Katy Perry [Teenage Dream] - "E.T."
[...a Fiolka dodaje do notki piosenkę Pani Perry; w sumie trzecia spod jej ręki (hmm...), która nie wiedzieć czemu, mniej lub bardziej mi podeszła (chociaż po trzecim przesłuchaniu już nie jest tak fajnie); w następnym odcinku JoJo]

8 września 2010 [12:58:06]

[Tajemnice Wszechświata]

tu! tu pyknij! (4) || Wyślij wiadomość ||

O niemocy w sytuacji jakby nie patrzył - podbramkowej

Przyznać muszę, żem rozleniwiła się do obrzydliwości.
Och, nie dla mnie jakieś akademickie lektury, ach, nie dla mnie powtórka z hebrajskiego (takie było postanowienie, bo znowu będę potakiwać mojej Pani Lektorator uśmiechając się promiennie - a tymczasem połowa mojej grupy wakacje w Izraelu spędzała, u Żydów za piecem, na balangach w Tel - Awiwie, oni pewnie już medabrimują jak starzy rabini nie przymierzając).

A pierwszy października zbliża się nieubłaganie. Śmiem zaryzykować stwierdzenie, że z każdym dniem co raz szybciej nawet. I nie chodzi o nowy rok akademicki, albowiem ten zechcę rozpocząć może, ewentualnie, to nic pewnego wszak, dnia siedemnastego.
Śpieszę z wyjaśnianiami.
Siedemnastego właśnie powracam z Dziennikarskiego Unijnego Projektu na Litwie (w skrócie: DUP na Litwie). Ale to nie wszystko. Bo od pierwszego do bodajże siódmego włóczyć się będę po Lwowie przy okazji inwentaryzując cmentarz. Żydowski oczywiście, katalogowanie innego zapewne nie miałoby sensu biorąc pod uwagę fakt, że jadę z bandą żydologów.

W związku z tym Pan Doktór nakazał nam, słusznie całkiem, zapoznanie się z odpowiednią literaturą. I JHWH niech będą dzięki, że nie jest zbyt obszerna.
Dostałam na mejla artykuł do przeczytania. Otwieram, sprawdzam, ot, dwadzieścia pięć stron A4. Czymże jest dwadzieścia pięć stron w obliczu tomisk, które studiowałam do tej pory? Jeszcze autorstwa tego poczciwego Bałabana, który utrzymywał, że Krzysztof Kolumb był Żydem?
Wierzcie mi, Szanowna Publiczności w Studiu. Trzy dni to czytałam. Na ostatnich pięciu stronach usnęłam dwa razy. I to nie dlatego, że było jakieś nudne do wybitności. Nie. Jedyne, co było tu wybitne, to moje rozleniwienie akademickie, moja pasja do nicnierobienia nad książkami Flanagana, mój tryb wakacyjny pozwalający na przyswojenie sobie informacji typu "warto do śmietany dodać fixa, co by się piękniej ubiła".
I nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić przedzierania się przez resztę lektur obowiązkowych. A parę na poczcie się już zahaczyło.

Ale zanim Lwów to jeszcze Kulka w Warszawa, Warszawa w kulce i COMA symfoniczna, Szanowna Publiczności. Jeszcze będzie pięknie.

[!] Co się zaś tyczy zastoju na blogu - tutaj nie ma żadnej mojej winy. Ani mojego trybu wakacyjnego czy któregokolwiek z powyższych usprawiedliwień. Ktoś mi kradnie słowa po prostu od jakiegoś czasu. Uczciwie zostawia własne, co prawda, ale nie zmienia to faktu, że cóż... naprawdę da się wspólnie wyprodukować mejla tak długiego, że dżimejl wariuje i użera końcówkę. A przynajmniej odmawia jej wyświetlenia.

[♪] Neil Davidge, Tina Dico, Ramin Djawadi [Clash Of The Titans Score] - "The Storm That Brought You To Me"
[coś mi się wydaje, że mamy godnego następcę dotychczasowej Piosenki Prze-jesiennej, czyli "The harder they come" Oakenfolda, Furtado i Trickiego]

18 września 2010 [0:56:04]

[University Show]

tu! tu pyknij! (10) || Wyślij wiadomość ||

§ 22

- Będzie sobie pani brała te inhalatory dwa razy dziennie.
- Do kiedy?
- Do zawsze –
orzekł Doktor Hiperaktywny, mój lekarz pierwszego kontaktu, który obala wszelkie stereotypy na temat kolejek w budynkach polskiej służby zdrowia swoją umiejętnością przyjmowania pacjenta w5minut. I to z wszelkimi przywilejami obsłuchania stetoskopem, "proszę-powiedzieć-aaaaa" oraz zapoznania się z połową życiorysu.
- Hm… - spojrzałam na receptę – czyli astma?
- No, jeszcze nie, ale nie leczone oskrzela, kiedyś, być może. Na tym etapie jesteśmy w stanie przewidzieć, kiedy się będą kurczyć. Także inhalator dwa razy dziennie zapobiegawczo i przed każdym wysiłkiem fizycznym. Oczywiście ruch jak najbardziej wskazany, ale nie każdy.
- To znaczy?
- Bieganie na długie dystanse – nie. Rower na długie dystanse – nie.
- Pływanie? –
zapytałam modląc się w duchu, żeby nie ważył mi się odebrać jedynego sportu, do którego czuję jakąś namiętność.
- Nie bardzo. Raczej nie.
- Hmm… Chodzenie po górach?
- Jak najbardziej wskazane.
- Mhm… Chociaż tyle…


Dostałam wtedy połowiczne usprawiedliwienie, dla mojego siedzącego trybu życia. Właśnie wtedy, kiedy zaczęłam darzyć je szczerą niechęcią.
Na basenie nie byłam ponad rok, o inhalatorach czasami (ha) zapominam (ha-ha), a moje oskrzela, faktycznie, zyskały prawo veta. Kiedy coś im się nie podoba, zaciskają się, bezczelne dranie i szantażują, że jak się nie uspokoję, to będę mieć problem.
A ja się nie uspokajam. Psikam je tymi gorzkimi badziewiami w odwecie.

Tak więc od tamtego czasu łażę z paradoksem pod rękę. Kolejnym.
Bo w momentach, kiedy ten złośliwy narząd wewnętrzny zaciska się przypominając o, jakby to słowo patetyczne nie było, śmiertelności - właśnie wtedy zazwyczaj żyję mocniej, intensywniej, bardziej.

[♪] Katie Gray [From far away] - "Set free"

19 września 2010 [23:50:17]

[Między 1.00 a 3.00]

tu! tu pyknij! (10) || Wyślij wiadomość ||

*kaszlu* Ni krzty marudy *kaszlu, kaszlu*

Śłońce swieci, ćwaszki ptakają. A smarka Fiolka.
Mam doprawdy wyśmienite i wysublimowane wyczucie, kiedy doprowadzić się do takiego stanu, że nic, tylko pod Kordełką zalec. Zaległam więc dwa dni temu i już od wczoraj mi się nie chce. Nie dość, że plany układane od tygodnia znowu się posypały to jeszcze pogoda jest wybitnie spacerowa.
Marudzić, oczywiście, nie będę, bo to, oczywiście, nie w moim stylu. Oczywiście. Kto mnie zna, ten OCZYWIŚCIE podpisze się pod tym wszystkimi rękami / łapami / mackami jakie ma.

Tak więc lista plusów sytuacji:
1] Nie muszę robić nic poza dystyngowanym smarkaniem, oglądaniem filmów ("Jarhead"!) i czytaniem książki dla chłopców +11 (w której od czterech tomów nie pojawia się mój ulubiony bohater, co w zasadzie nie ma znaczenia, bo pewnie i tak jak się już pojawi to zginie - to chyba jedyna cecha, która łączy wszystkie moje ulubione postacie z książek / filmów / gier: żadnej nie udało się dotrwać do końca historii).
2] Jak już wychynę spod Kordełki bardziej niż tylko oczami - mam głód pisania. Dobrze mi się pisze w takim stanie. Głównie dlatego, że nikt nic ode mnie nie chce i mogę się nie stresować, że w trakcie kolejnego zdania ktoś wpadnie do pokoju i znowu karze mi ratować świat.
3] Ominął mnie wcześniejszy wyjazd do Kroke - w sam środek Har-Magedonu skrzyżowanego z Ragnarokiem. Albowiem Przepowiednia o Wymianie Okien zaczęła się wypełniać (...czy niemłody już, acz zdolny adept sztuk magicznych Adamsso i jego ukochana Dzyunya opanują nagłe zapadanie się wymiarów? Czy wspólnie pokonają inwazję złowrogiego Imperatora Grzybtrona?...).
[margines] Przeczytałam jeszcze raz treść ostatniego nawiasu i stwierdziłam, że potrzebuję większej ilości leków. Albo mniejszej.[/margines]
4] Nie wiem, czy uda mi się wyzdrowieć do soboty. Ach, ta adrenalina (taaa...).
5] Z tytułu większej ilości czasu mogłam porządnie przemyśleć sprawę mojego planu na nowy rok akademicki. Żydolodzy się postarali - tak przemyślanego, niedziurawego planu, to ja chyba od podstawówki nie widziałam. Na uczelni od rana do południa. A piątki nadal wolne, cudo.
Gdybym jeszcze tylko francuski na poziomie A2, semestr trzeci miała gdzie wcisnąć... ale nie miałam. Toteż musiałam się zastanowić. Porządnie. Wyszło na to, że albo notorycznie będę zwiewać z hebrajskiego i jednego konwersatorium albo zadzwonię do Dumbledora z zapytaniem, czy nie pożyczyłby mi tej fajnej klepsydry, jeśli Hermiona już jej nie używa. Jako, że pierwsze rozwiązanie grozi śmiercią, a drugie zamknięciem w wariatkowie (przecież Dumbledor już dawno [spojler] nie żyje [/spojler]) wybrałam trzecie. Poświęciłam zajęcia z Moją Ulubioną Madame. Poświęciłam trzeci semestr - zapisałam się na pierwszy. Poświęciłam ostatnie piętnaście minut hebrajskiego i pierwsze piętnaście francuskiego. Na przejazd z jednego miejsca w drugie. Winno styknąć.

...a tak naprawdę to wcale, a wcale mi się ta przeziębieniowa sytuacja nie podoba. Wcale.
I znowu chce mi się rosołu.

[!] Myślałam, że to nigdy nie nastąpi, zaczęłam już tracić nadzieję. Ale stało się. Złodziej wykształcił we mnie nawyk pisania grzecznościowej, dużej litery. Do tego stopnia, że teraz nawet gadając na komunikatorze, ba! pisząc komentarze (gdziekolwiek) fatyguję się doklikiwać ten szift przy "Ty", "Cię", "Tobie".
Teraz się jeszcze nauczę mówić moim współlokatorom "Smaczego", kiedy będę ich widzieć szamających i zaprawdę, zaprawdę powiadam wam - wymiary znowu się zapadną, a mag Adamsso będzie miał kupę roboty.

[♪] Carla Bruni [Quelqu'un m'a dit] - "La derničre minute"

23 września 2010 [14:08:04]

[Nudle w5minut]

tu! tu pyknij! (14) || Wyślij wiadomość ||

Symfoniczne dreszcze jeszcze przed akustycznym deszczem

To, co się działo w ten weekend trzeba rozdzielić na dwie notki. Albowiem intensywnie było.
Zacznijmy od końca. COMĄ symfoniczną w Warszawie zacznijmy.

Kiedyś siądę w tym przysłowiowym bujanym fotelu, z książką w łapie, spojrzę na moje wnuczki i powiem: "Bo może dzisiaj nie wygląda, ale babcia wasza to potrafiła pogować do wszystkiego. Nawet na koncercie symfonicznym. A wręcz zwłaszcza."
(Oczywiście w momentach, kiedy nie stała oniemiała dźwiękami z zamkniętymi oczami równowagę próbując utrzymać w pionowej pozycji koniecznie - inna pozycja w takich miejscach mocno niebezpieczna by była - a że łapać mnie nie było komu, sama musiałam o to zadbać).

Tak to już jest, że każdy ma swoją amfetaminę, moją pewnie jest połączenie gitar elektrycznych z sekcją instrumentów smyczkowych tudzież dętych (chóru tylko brakowało, no naprawdę).
Także obiektywna w relacji to ja nie będę. I wylewna, bo przeżyć to se można, ale opisać to się tego nie da.

Generalnie warto było przejść przez wszystko, co opiszę w notce następnej. Choćby dla absolutnie niesamowitej aranżacji "Zamętu" i "Świadków…". Choćby dla prze – mistrzowskiego wykonania "Ekharta". Choćby po to, aby przekonać się, że miało się rację te cztery lata temu stwierdzając po pierwszym odsłuchu "Ostrości na nieskończoność", że jest to idealny utwór do przerobienia go pod orkiestrę symfoniczną właśnie.
[Choćby po to, aby moje gromkie "SIADAMY!!! na pierwszych taktach "Stu tysięcy jednakowych miast" zostało zarejestrowane i wydane na DVD – na ten temat nie mogę powiedzieć nic więcej ponad jedno, proste "muehehe" oraz "pewnie i tak mnie wyciszą, ergo - nie podniecajmy się nadaremno].

Dużym minusem był Pan Dźwiękowiec. W pierwszej części koncertu orkiestrę ledwo słyszałam.

I z niecierpliwością w oczach czekam, aż "akustyczna jesienna trasa koncertowa zahaczy o Kroke. Się rozdreszczyłam tam mocno. A jak się człowiek rozdreszczy, to i więcej chce.

[♪] COMA [Symfonicznie] - "Ostrość na nieskończoność"
[Państwo albo sobie głośności dodadzą, albo sobie słuchawki na uszy założą - i wtedy dreszczą]

28 września 2010 [11:50:42]

[Mniejsza Propaganda]

tu! tu pyknij! (3) || Wyślij wiadomość ||

Jak osiągnęłam kolejny szczyt samosieństwa

Wybór był dość prosty. Albo pojadę po prostu, na zasadzie "jakoś będzie". Albo nie pojadę, bo brak było chętnych to towarzystwa, a najprawdopodobniej czekała mnie noc na dworcu Warszawa Centralna. Przy czym ta druga opcja zakładała marudzenie przez następny rok.
Toteż na początku czerwca kupiłam ten bilet. Jakoś być musiało wszak.
[!] Odkąd pamiętam sama podejmuję decyzje, sama się odprowadzam do domu, sama dla siebie jestem osobą towarzyszącą na imprezach, sama sobie kwiatki kupuję i noszę bagaże, także to miał być tylko następny krok w skrajnym samosieństwie.

Kiedy już myślałam, że nie będę mieć kasy na pociąg do Warszawy - dostałam wycieczkę przewodników do oprowadzenia po cmentarzu żydowskim.
Kiedy już myślałam, że nie będę się miała gdzie w tej Warszawie podziać - wkroczyła Kulka ze swoim domem na końcu świata, w którym Duńczycy robią zdjęcia do katalogu mopów, czy czegośtam.
Kiedy już myślałam, że nie będę mieć noclegu po koncercie - zostałam oddelegowana do "Wujka" Rafiego i jego Anji zamiast tłuc się nocnym pociągiem do domu. I jeszcze rano zostało mi zaaplikowane śniadanie gigantyczne.

To banalne powiedzenie o wszechświecie, który Ci pomaga w zrealizowaniu jakiegoś celu chyba ma jakiś sens.

[!] Bilans strat: Mum miała jedną nieprzespaną noc (nie mogła zdzierżyć, że jadę sama i nawet mi zabroniła [!] dzień przed wyjazdem); się rozchorowałam po tym wszystkim i teraz nie wiem, czy pojadę wyrywać chwasty na cmentarzach żydowskich Ukrainy; zostałam rozbita na drobne kawałeczki.
Ot.

Warto było? Warto było.
Da się? Da się.

[♪] Linkin' Park [Reanimation] - "Ppr:Kut"
[bitter-sweet]

29 września 2010 [23:11:06]

[Między 1.00 a 3.00]

tu! tu pyknij! (11) || Wyślij wiadomość ||