. improwizacja-mniejsza

Marzenia z permanentnego dzieciństwa mi się spełniły

…i pomyśleć, że nie omieszkałam pomarudzić zanim poszłam pod Żaczka. Warto wspomnieć, że były to koncerty, na które czekałam od piętnastego roku życia. I jeszcze marudziłam.
Tak więc Juwenalia podarowały mi CKOD i HEY, dwa zespoły pisane CAPSEM. I jeden i drugi pojawił się w moim życiu jakoś sześć lat temu (pomijając „Teksański” w czasach harcerskich). Nigdy nie było tak, że słuchałam ich jakoś nałogowo i bardziej niż innych, ale jedno wiedziałam na pewno, już będąc Fiolką piętnastoletnią: koncert, koniecznie, trzeba będzie kiedyś odbyć.
To i odbył się, dokonał był, oto.
CKOD wyobrażałam sobie inaczej. Chciałam się wyskakać, wypocić i ubłocić, może nawet jakąś kontuzję nabyć, kto wie. A tu Ostrowski, Pan, zupełnie nie zachęcił mnie do takiego poświęcenia, żadnego hardcorowego czaru na mnie nie rzucił, nic nie zaiskrzyło między nami. Nawet na „Butelkach i kamieniach”, kiedy postanowiłam pierwsza dłoń wyciągnąć i pod scenę się przepchałam do towarzystwa skaczącego (wszak przestać tej piosenki się nie godzi, nie ważne jak kijowy jest koncert). Tymczasem Pan Ostrowski przeżywał sobie sam.
W pierwszym momencie myślałam, że winę za to ponosi publiczność. Wszak atmosfera po tej stronie sceny była ewidentna, a imię jej My-tu-tylko-czekamy-na-Hepised i ogólnie „Nie przeszkadzaj sobie, skacz jak musisz”. Później skonsultowałam się z Mociumpanem VViciem, weteranem, który orzekł, że „Oni tak zawsze”.
Cóż.
O, a Hepised dostałam do połowy. Nawet znalazłam dwie piosenki, które całkiem do rzeczy były. No, i trzeba przyznać, że ci grają koncerty z publicznością. Co tylko na plus.

HEY poprzedzili NeLL, o których pytałam znajomych i żaden nie miał bladego pojęcia, kto zacz (Gógla nie pytałam). Poszłam w ciemno więc. I trudno mi napisać cokolwiek, bo Panowie mi chyba w głowie lekko zamącili. Już od pierwszego „Impossibly True”, które brzmiało jak stare, dobre, „Sweet Dreams”-Eurythmix. Później troszkę Placebo, ale bardziej strawnie, przewrotnie, sarkastycznie, bez łez w oczach – Panowie wymieszali drinka specjalnie dla mnie chyba. O moich uwagach prawionych na bieżąco do ucha Zone, o tym, że „ależ im się te gitary bujają” i „ty widzisz jak on gryf trzyma?” pisać nie będę, bo się trochę wstydzę. Za to wiem, jak napisać o wokalu Pana Księżyka. Rzadkością jest, żeby ktoś na koncertach śpiewał lepiej niż w studiu. Pan mi mało kości od mięśni nie oddzielił, kiedyś Pan te swoje historie opowiadał. Swoją drogą czoła chylę za „Wright'a”.
Najbardziej niesamowite było to, że oni grali swoje. Nie mieli repertuaru na tyle, żeby grać dla (pod?) ludzi. W dodatku klimatycznie raczej są ciężcy w odbiorze. Tymczasem cały czas czułam się, jakby mi Panowie elektrodę przypięli do lędźwi i kazali przeżywać, co przeżywali oni.

O HEY krótko. Wiedziałam, że Pani Kasia jest na scenie specyficzna i nie do podrobienia. Tak, mówię o jej oszczędnych gestach, o ruchu scenicznym, który dzieje się na jej twarzy, a i to nie zawsze.
Cóż, niesamowita w tym jest. Te jej gesty się po prostu spija.
Zaskoczona byłam kompletnie tym, jak inną osobą jest w przerwach między piosenkami. Jej skrajność mnie powaliła. Nie wiedziałam co się dzieje.
Szkoda, że było głównie z nowej płyty. Co prawda, „Mukę” mi zagrali, a później, kiedy już siedziałam na przystanku słyszałam „Teksańskiego” (ach, te obozy harcerskie), ale… mało. Pewnie dlatego nie miałam motywacji stać do końca.

...bo lędźwie mnie bolały pieruńsko, a ludzie coś się ruszać nie chcieli, nie mówiąc już o skakaniu. Jakbym sobie trochę poskakała, odciążyła stare kości, to by było lepiej, o!

[♪] 12 Stones [Potter's Field] - "Far away"
[a co, tak ni z gruchy ni z pietruchy - im też się gitara buja]

[!!!] Tak zwany "łorning": Jeśli komentarz Twój wymagał będzie mojej odpowiedzi (albo nie będzie wymagał, ale mnie się akurat ubździ odpowiedzieć) to umieszczę ją TUTAJ, na moim własnym, prywatnym i oplutym blogu, a nie na twoim, jak to się już na ownlogu (niestety) utarło. Głównie po to, aby zachować tak zwaną ciągłość dialogu (nabijanie sobie komci nie ma tu nic do rzeczy wbrew pozorom).
Uprasza się o tak zwane vice - versa! Innymi słowy: błagam, nie róbcie mi pod notką serii odpowiedzi na moje wywody u was. Po pierwsze: robi się syf. Po drugie: w moim przekonaniu pisanie komentarza po notką, której się nawet nie przeczytało jest lekko niegrzeczne. Ujmując to dyplomatycznie.
Dziękuję za uwagę.

rollcake; 18.05.2010, 00:38

no, w krakowie to się pobawić można. co roku jest w czym wybierać, jak zresztą we wszystkich większych miastach. a z moją bieda-uczelnią to się już chyba nic nie zrobi.

papierowe-miasto; 14.05.2010, 23:23

Kasuj linka do mego bloga. Myślę, że jeżeli wejdziesz na niego teraz zrozumiesz dlaczego. Jeszcze nie wiem co z tym fantem zrobić, ale niekoniecznie chcę mieć na stronie gości przy takim stanie rzeczy.

mru; 14.05.2010, 20:41

Co do pani Kasi - wolę tych wokalistów którzy krzyczą do ludzi, a nie mrugają do siebie. I kiedy nawet po wyłączeniu fonii wiem, że to rockowy koncert a nie kościelny chórek. I kiedy widzę ich oddanie do tego co tworzą i poświęcenie dla ludzi, którzy ich kochają.

Po raz kolejny mam wrażenie, że tradycyjnie najlepszy koncert juwenaliowy, to ten pierwszy, reggeowy ;)

anoriell; 12.05.2010, 18:32

Mnie się ten koncert kompletnie nie podobał.

Oświetleniowiec chyba normalnie pracuje w Studiu na studenckich dyskotekach, akustyk przyszedł do pracy chyba na kacu.

Zespoły koncerty zagrały dla siebie... Tak zerowego kontaktu z publicznością chyba jeszcze nigdy nie doświadczyłam.
Nell kompletnie nie wie czy grać po polsku, czy po angielsku, czy szybko czy wolno, czy gitarowo, czy na organkach. Nie lubię takiego niezdecydowania... Pan tembr głosu miał tak drażniący, że miałam ochotę go przymknąć. A Hey... No znowu się przekonałam czemu ich nie słucham. Nudni są jak flaki z olejem. Emocje na twarzy pani K. równie wyszukane by były po pigułce ecstasy, więc odczucia mam mieszane.

Nie podobało mi się. Ani ani.

takczysiak; 12.05.2010, 16:50

juwenalia, juwenalia. U mnie od jutra :).

O "kręceniu beki" dowiedziałam się dopiero od rodowitych Torunian. O co chodzi zrozumiałam, gdy mi to zaprezentowano. A chodzi o nabijanie się po prostu ;)

missa-pagana; 12.05.2010, 15:04

ja wiem, że brzmi to wszystko głupio, ale mam jakieś takie lęki przy zostawaniu na noc w pustym domu. oczywiście, są gorsze rzeczy. generalnie i tak uważam się za szczęściarę.

katafrakt; 12.05.2010, 13:27

Mi poznańskie juwenalia od lat trzech darują jedynie wielkie egzystencjalne pytanie WTF?! ;)